W Londynie gorzej niż w Barcelonie, w Hyde Parku gorzej niż na Oxford Street. Gorąco, a tego nie lubię. Prawie lato. Najgorsza pora roku. A może nie. Może ma coś w sobie, kiedy świeci piękne słońce, ale nie grzeje aż tak mocno. Kiedy w autobusach czasem jest mniej ludzi, a wszyscy stojący nie mdleją od tego wszechogarniającego gorąca.
Londyn spotkał zaszczyt. Tak, i to wielki. Wczoraj (z pewnością któryś już raz z kolei) stolicę Anglii odwiedził N. Lugansky. Niesamowicie znany, rosyjski pianista, zdobywca między innymi SREBRNEGO MEDALU na słynnym Konkursie Czajkowskiego. Kiedy odczytuje się główną stronę tego konkursu, prześlizgując się do zakładki - wymagany repertuar - główną myślą staje się: wow.
Repertuar przeogromny, z tego co pamiętam znacznie większy niż na Konkursie Busoniego, bardziej zróżnicowany niż na Chopinowskim.
Do Czajkowskiego przystępuje niewielu pianistów, ale zdobycie jakiegokolwiek miejsca, a może nawet samo zakwalfikowanie się do tego konkursu, jest dla pianistów przeogromnym wyróżnieniem.
Tam też grał Lugański. Znakomity interpretator - zwłaszcza Rachmaninova, ale również Scriabina, Chopina i wielu, wielu innych.
Miliony razy porównywałam różne wykonania poszczególnych utworów. Słuchałam wszystkich możliwych wykonań - chociażby Preludium g-moll op. 23 nr 5 czy Momentu muzycznego e-moll op. 16 nr 4. Tak jak Lugansky jest w nich absolutnie wybitny, (choć zawsze uwielbiałam we wspomnianym preludium Gilelsa), czwarty moment muzyczny Rachmaninova brzmi pod jego palcami tak, jakby ten wielki kompozytor skomponował go specjalnie dla niego.
Wigmore Hall godzina 19:00. Jest niedziela. Przechodzę Oxford Street, skręcam obok znanego J. Lewisa, znajdując się niebawem na Wigmore Street. Jeszcze tylko chwila i znajdę się wewnątrz. Podekscytowanym wzrokiem spoglądam dookoła, z nadzieją że... może... gdzieś tu będzie się kręcił. Master. Nie, nie ten od Margarity. Lugański.
19:05. Nie widzę go nigdzie, wchodzę zatem do środka, na zewnątrz jest w końcu dość chłodno.
Piękny korytarz zapełniony jest ludźmi. Ale nie jest ich aż tak dużo.
Dostrzegam małą, wystawną wersalkę.
Są dwa wolne miejsca.
Siadam.
Patrzę na wielki ścienny zegar. 19:20. Z sali koncertowej dobiega głos fortepianu, ale to jeszcze nie Lugański. Coraz więcej ludzi przybywa do środka. Robi się tłok.
Dobrze że przyszłaś wcześniej, dzięki temu możesz siedzieć - myślę.
Obok siada Anglik. Starszy Anglik. Pyta czy gram na fortepianie. Tak - odpowiadam. - Pan również? Coś odpowiedział, ale nie usłyszałam, gdyż rozległ się gong. 19:25. Ekskluzywnie ubrani pracownicy Wigmore Hall otwierają drzwi do sali koncertowej. Pierwszy raz stawiam w niej kroki. Szukam mojego miejsca. Na bilecie jest napisane A 12. Idę więc. Pierwszy rząd, tuż pod sceną, będę tak blisko. Drugi gong. Oglądam się dokoła, cała sala pełna. 19:30. Gong trzeci. Rozlegają się brawa, a na scenę wychodzi sam Mistrz. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Ktoś kogo oglądałam tysiące razy. Ktoś kogo słuchałam tysiące razy - stoi tak niedaleko mnie.
Biję brawo.
Lugański siada i rozpoczyna piękny, niemal 2-godzinny recital.
Utwory Schuberta - a dokładniej te: http://www.youtube.com/watch?v=gUDnf3yh0Xk
Zwłaszcza czwraty wywołuje dreszcze. Rozlegają się wielkie brawa. Brzmi jak banał, ale to przwdziwa uczta. Następnie Medtner. Można grać aż tak dobrze?
Gdy Lugański zaczyna grać drugą sonatę Rachmaninova, w sali rozbrzmiewa potęga. Jest w niej wszystko. Wszystko to co pragną usłyszeć muzycy. Emocje. Żywa muzyka. Dbanie o szczegół. Potęzne forte i liryczne piano. Tak. To prawdziwy Rachmaninov.
Oklaski stają się coraz głośniejsze. Granie na bis. Dwa preludia Rachmaninova - czwarte i piąte.
Brawa. Brawa dla prawdziwego talentu.
Schodzi ze sceny. Po chwili wychodzi, gdyż ludzie wciąż klaszczą. Kłania się i znika w kuluarach.
Lugański.
Poeta.