Czuję się jak na skrzydłach. Pełna entuzjazmu. Mimo tego deszczu. Mimo szarości dnia. Mimo, że moje życie nie jest idealne.
Słyszę głos J. Krzyczy: "Anna". Odwracam się. Mówi, że nie działa telewizor. Jakby był to największy news dnia. Mówię że trudno, on, że skończył czytac "Matyldę". Wchodzę w angielski ton, z zachwytem wykrzykując: "Excellent!" To go motywuje. Obiecuję, że pozwolę mu pokazac swoje karty wieczorem, a on, już szaleje na moim punkcie. Oh, dear.
Idę tą samą uliczką co zawsze, w kierunku przystanku. Wiem, że mam doładowaną oyster, więc spokojnie łapię autobus. Potem biorę "victorię" i spędzam w niej długi kawał czasu. Otwieram "Nanę" Zoli, którą obiecałam sobie przeczytac. Po angielsku. Ale książka ta nudzi mnie coraz bardziej. I w tym jest jej cymes. Nic się w niej nie dzieje. Odkładam ją do torby, czekając, aż dojadę na miejsce. Gdy opuszczam stację, nastaje ta genialna, sobotnia chwila, kiedy jestem przez 15 minut sama. Bez nikogo. Mam ten błogosławiony, święty spokój (po całym tygodniu), więc wdycham to deszczowe powietrze, uśmiechając się do siebie.
Gdy przekraczam próg szkoły, widzę czekające dzieci i ich rodziców. Obchodzimy "Dzień Nauczyciela", a w pokoju czeka przepiękny tort, upieczony przez Anię i Pawła. To rozbudza pozytywną atmosferę i radośc na twarzach nauczycielek. Wspaniała chwila, w gronie świetnych ludzi, kiedy można wypic kawę czy herbatę z mlekiem (które musi byc!) i wymienic się spostrzeżeniami.
Następnie spotkanie z moimi nowymi rodzicami, lekcja o frazeologizmach i apel. Na apelu, losowaliśmy różne zadania do wykonania. Wiedziałam że trafię albo na opowiedzenie kawału, albo na śpiewanie. Chyba jestem profetką, bo wylosowałam śpiewanie! I mimo, że kocham śpiewac, to nie jestem najwybitniejszą wokalistką. Postanowiłam zatem wybrac kilka dzieci i zaspiewac razem z nimi. A że pozwolono mi zagrac na pianinie, tak więc, stałam się akompaniatorką dla moich utalentowanych wokalistów.
Po zajęciach skończyliśmy przepyszny tort, a ja udałam się na Ealing.
Wieczorem oglądałam mecz Polska - Niemcy. Wraz z A. i J.
A. stwierdził, że Niemcy są znakomici, no i ostatnio wygrali mistrzostwa. Ja odpowiedziałam: Well... That was a miracle. And you know... miracles sometimes happen.
Późną nocą, zasładzałam się słodkim mango, oglądając moje ulubione reality show - Dance Moms. Po angielsku.
Przypadkiem też, dowiedziałam się czegoś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Życie zaskakuje.
Niedziela była przepiękna. Szłam Covent Garden, kierując się w kierunku bocznej uliczki, między drogimi restauracjami. Uwielbiam tam przesiadywac, wdychając to chłodne, październikowe powietrze. Wprawdzie padało, ale miałam swoją klasę jazzu (której oddałam serce), udało mi się poznac S. (!) i delektowac się francuskim przysmakiem z Marca i Spencera, z pysznymi kawałkami brzoskwiń. Nowa tradycja?
Czy jest cos genialniejszego niż wieczór w Londynie, w kawiarni, z gorącą czekoladą i bitą śmietaną oraz bestsellerem Ch. Handler? Uwielbiam tę kobietę!
W domu czekało na mnie Sherped's pie. Mój niedzielny obiad od E. Już odliczam dni do weekendu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz