czwartek, 3 lipca 2014

Brytyjski system

Koniec roku. Te dwa słowa wywołują na twarzach uczniów i studentów szelmowski uśmiech, rozpędzając ich wyobraźnię do prędkości ekskluzywnego Porsche, śmigającego gdzieś między Piccadilly a Oxford Street. Koniec roku wszędzie wygląda inaczej. Inaczej jest przecież w Polsce, inaczej w Hiszpanii, a jeszcze inaczej w Anglii. Inne są zakończenia roku w prestiżowych szkółkach dla bogaczy. Tak, tak. Tych wyjętych rodem z taśm filmowych. Chocby tej przejaskrawionej, nowojorskiej, momentami karykaturalnie przedstawionej szkoły z Gossip Girl. Tam, gdzie każdy ma swojego Chucka Bassa. Tam gdzie pieniądze fruwają w powietrzu, niczym bąbelki, z pękającej bańki mydlanej. Takie szkoły też są. I huczne zakończenia. Te polskie, konotują galowe, białe bluzki i ciemne spódnice lub spodnie. Szemrzące, dziewczęce głosy, czekoladki i bukiety róż, zalewają ulice. I świadectwa. Te z czerwonym paskiem. Zero mundurków, przynajmniej za moich czasów. A tu? W Londynie? Jak jest w tej wrzącej od różnorodności stolicy? Opisac mogę na przykładach dwóch szkół, z którymi mam stycznośc od dwóch lat. Moja percepcja opiera się na tych dwóch, szczególnych szkołach, a więc nie przedstawia obrazu wszystkich placówek, a taki krótki punkt w londyńskim wielokropku. Jedna ze szkół to przedszkole, znajdujące się na południu Londynu. Druga, to "top ten" brytyjskich szkół podstawowych.

Pierwsza różnica między brytyjską, a polską szkołą, to brak świadectwa na koniec roku. Nie dostaje się takiego typowego świadectwa do ręki. Dostaje się natomiast raport. W raporcie opisane są przedmioty, a także znajduje się tam opisowe ujęcie postępów danego ucznia oraz wynik, jaki dany uczeń otrzymał.

Kolejną różnicą jest brak lizusowskich bukietów kwiatów dla nauczycieli. To nie uczniowie dają prezenty nauczycielom (no chyba że jest okazja), a nauczyciele uczniom. Tym młodszym zazwyczaj małe książeczki z dedykacją (w Anglii kładzie się duży nacisk na czytanie), tym starszym malutkie gry, coś z przyborów szkolnych etc.

Do szkoły przychodzi się w mundurkach, jest tzw. końcowy apel czy przedstawienie i na tym koniec. Year one, czyli taka nasza pierwsza klasa przypada na czas, gdy uczeń ma 6 lat. Pamiętam, że ja zaczęłam przedszkole w tym właśnie wieku. Dużo osób jest przeciwnych oddawaniu zbyt małych dzieci do szkól, w Anglii natomiast, jest to szeroko praktykowane. Dzieci bardzo często zaczynają szkolę już w wieku lat 3. Nauka przez zabawę i nie tylko.

W przedszkolach, co jest dużym plusem, znajdziemy mnóstwo asystentów, gap year studentów i wolontariuszy. W szkole w której przebywałam w tym semestrze, w klasie liczącej 25 dzieci, znajdowało się ponad 7 osób, pomagających nauczycielowi.

Anglia wypracowała sobie mistrzowski sposób na wzmacnianie poczucia wartości najmłodszych. Metoda, która w Polsce nie jest na taką skalę rozwinięta, w Londynie ma się wyśmienicie. Naklejki za każde, dobre postępowanie, wielkie "wow" wywieszone na tablicy, "wow" zbierane od rodziny za to że dziecko samo się rano ubrało itd. Mało jest krytyki, a na pewno mniej niż w Polsce. Nie stawia się uczniów na środku sali, ostentacyjnie dając im jedynkę za to że się nie nauczyły. Nawet za niezbyt wyszukaną pracę najpierw się chwali, a potem ewentualnie dopisuje nad czym popracowac.

To co jest blaskiem i cieniem zarazem, to to, że skończywszy 16 rok życia wybiera się tylko 4( lub 5) przedmioty, nad którymi stale się pracuje, jednak nie jest się obciążonym jak w Polsce, przez lata liceum, uczenia się niepotrzebnych rzeczy i odrabiania lekcji z kilkunastu przedmiotów. Pamiętam, ze wielu moich znajomych nie wyrabiało się z natłokiem zajęc, a ja sama, przez szkolę muzyczną, odrabiałam lekcje do pólnocy czy pierwszej, żeby wyrobic sie z dwoma szkolami.

Nie wszyscy koncza zajecia w tym samym terminie. Cześc na począku lipca, czesc po 20 lipca. Tak czy siak lipiec znaczy jedno: słodkie wakacje. Czego i Wam życzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz