Zwariowałam na punkcie tańca. Od zawsze miałam do niego ogromny pociąg. Pasjami oglądałam programy taneczne, filmy czy seriale. W końcu każdy z nas, potrzebuje odskoczni od codzienności, wyzwań i trudów. Takiego oczyszczenia. Katharsis. Czasami trudno jest wyłączyc umysł, przestac myślec o bieżących sprawach, ale zapanowałam nad tym. Kiedy przekraczam próg sali, pozostawiam za sobą wszystko. Skupiam się na tu i teraz. Interesują mnie tylko kroki. Choreografia. I pozytywna energia na sali. Grupa ludzi, którzy zbierają się zawsze o tej samej porze, w tym samym celu. Aby wspólnie, dobrze się bawic. By robic cos dla przyjemności. Dla pasji. Nie rozumiem ludzi, którzy nie mają żadnych pasji. Nie rozumiem osób, które chłodno liczą cyfry, pracują w bankach lub na wysokich stanowiskach, nie rozumiejąc czym jest pociag serca. Radośc ze sztuki.
Całe życie przekonana byłam o swojej wielkiej miłosci i pasji do fortepianu. Przesłoniło mi to oczy. Fortepian był tylko i wyłacznie na pierwszym miejscu. Rachmaninov. Bach. To geniusze. Ale taniec, sprawia mi taką samą przyjemnośc. Czasem może większą? Kiedy oczyszcza się umysł i skupia na tym, by nie skompromitowac na tle profesjonalynych tancerzy. O to nie trudno. Nie ma wiekszej kompromitacji (sic!)od dostrzeżenia, iz w pewnym momencie ktoś zapomniał kroków, po czym przystanął, próbując się złapac. To się zdarza często. Zwłaszcza u nowych.
Nie jestem w grupie zaawansowanej. Grupa ta jest godzinę wcześniej. Jednak ludzie z wyższej grupy zawsze zostają na drugą godzinę. Godzinę, która w teorii przeznaczona jest dla nie-profesjonalistów. Stety i niestety, choreografia jest zawsze na najwyższym poziomie, a mi sprawia ogromną radośc uczenie się wszystkiego od nowa. Tak jak kiedyś w muzyce. Cwiczenie grania oktaw w szybkim tempie, gam tercjami czy walczyka z pierwszej ballady. Teraz połknęłam innego bakcyla. I chętnie slucham tego, jak ulatwiac sobie trudne technicznie figury. I słucham od najlepszej z możliwych choreografek. Absolutnego top choreografów w Europie. Czasami zastanawiam się jak potoczyłoby się zycie, gdybym jednak poszła na akademię. W tym roku kończyłabym studia i szukała pracy jako nauczycielka. Jednak mój oczywisty wybór, życie przewróciło do góry nogami. Zamiast fortepianu, zaczęłam studiowac literaturę. Przedmiot do którego miałam ogromny pociąg. Oraz pisanie. Które zawsze przychodziło mi z łatwością. Gdybym była na fortepianie, nie zdecydowałabym się na wyjazd do Londynu. I to wszystko, co do tej pory się zdarzyło, nigdy nie miałoby miejsca. Tymczasem poznałam cudownych ludzi, zarówno w angielskich szkołach jak i genialnej, polskiej szkole. Rozpoczęłam, prawie rok temu pracę nad tańcem jazzowym, zatracając się w nim totalnie, a także nauczyłam się o wiele więcej życia. Stawiając samotnie kroki na obcej (już nie!) ziemi. Nauczyłam się też nie rezygnowac i wytrwale pracowac, bo to zawsze daje efekty. I pomijac codziennośc. Nie myślec o sprawach, które mogłyby zepsuc mi nastroj. Zamiast tego wytrwale się rozwijac. Niejednokrotnie widzę, jak mnóstwo ludzi rezygnuje z grupy jazz już po pierwszych dwóch zajęciach. Tylko dlatego, że nie łapią choreografii. A wszystko jest kwestią wprawy. Niektórzy zakładają, że ci, którzy tańczą równo z muzyką, nie myląc się, tak po prostu, są od urodzenia bezbłędni. A tak nie jest. Ja, jak i wiele innych osób, na początku uczyłam się kolejnych kroków, dając sobie czas na praktykę. Dzięki temu, po prawie roku, z przyjemnością stoję pod lustrem, w pierwszym rzędzie, widząc otaczających mnie ludzi po szkołch tanecznych. I napawam się satysfakcją, kiedy jestem w stanie załapac układ w takim samym tempie, jak ci zaawansowani, a nawet lepiej. Bo często mimo tego, że większośc z nich jest dużo lepiej rozciągnięta i siada w szpagacie, zapomina kroki, nie opanowując ukladu pamięciowo. Ach, pasja. Czy jest coś wspanialszego?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz