Tak długo jak tańczysz jesteś szczęśliwa.
Czas biegnie niczym rasowy biegacz, wyprzedzając wszystko inne na naszej drodze. We wtorek będzie moja druga rocznica pobytu w Londynie. Ale tak naprawdę to od października zeszłego roku wszystko zaczęło składac sie w czytelną układankę. Wspomnień jest mnóstwo. A wspomnienia potęgują znajome zapachy, przypisane do konkretnych miejsc, melodie, rutyna. Beneath your beautiful to piosenka, która zawsze będzie kojarzyc mi się ze szkołą tańca. Kiedy zaczęłam chodzic na jazz, w każdą niedzielę wstawałam z ekscytacją na to, co mnie czeka. Nie przeszkadzał mi padający deszcz i pazdziernikowy chłód, cieszyły przebłyski wiosennego wiatru. Zawsze będę pamiętac czytanie ksiązek w metrze, przeciskanie się przez tłumy ludzi w "pikadelce" oraz bieganie do windy w Covent Garden, żeby jak najszybciej dotrzec na miejsce. Zapach szkoły tańca też utkwił mi w pamięci. Tak jak zapach gorącego kakao z cynamonem, przedziera się przez nozdrza w chłodny, jesienny wieczór, tak zapach szkoły od razu, jak za ruchem magicznej różdżki oddala mnie od codzienności. Tancerze, ci zawodowi, biegają z góry na dół lub cwiczą na korytarzu. Mijam recepcję, słyszac dźwięk otwieranych drzwi. Idę na pierwsze piętro, już z oddali słysząc głos naszej choreografki, która pełna energii, roznosi pozytywne myślenie. Jeśli nie mam czasu na szybko herbatę z mlekiem i red velvet cake, kupuję coś na miejscu, po czym stoje w okienkach obserwując zaawansowaną grupę. Beneath your beautiful rozbrzmiewało przez miesiąc przy każdej rozgrzewce. Przy tym wszystkie pozycje, które wywodzą się z baletu, pięknie komponowały się z rytmem muzyki. Muzyka to najlepsze katharsis.
Ostatnie kilka dni pełne były pomyłek lub innej, niż dotychczas rutyny. Ostatni jazz pełen był genialnej choreografii, ale moje myśli były gdzie indziej. Zakochana w jazzie, postanowiłam jeszcze raz przyjśc na zajęcia w poniedziałek, bo tylko w te 2 tygodnie poniedziałki są wolne, a w każdy poniedziałek cwiczymy ten sam układ co w niedzielę. Układ cwiczyłam w domu i pełna entuzjazmu, po truskawkowo-naleśnikowym śniadaniu, czekoladowymi tostami i pogawędką z rodziną moich Anglików (która przyjechała do Londynu w wakacje, a którą przywitałam moim zmodyfikowanym przepisem na fish pie), wyruszyłam na cytrynowy tort i obiad na Ealingu, a następnie w kierunku Covent Garden. Padało. Bardzo mocno. Przemoczona, pomimo posiadania parasolki, weszłam do szkoły, będąc kilkanaście minut przed czasem. W poniedziałki zajęcia są w innych salach niż zwykle. Na górze. Stanęłam pod salą, pod którą stały dwie znajome mi twarze, z grupy niedzielnej. Zeszłam na chwilę na dół, po czym wróciłam w to samo miejsce, widząc że grupa weszła do środka. Weszłam i ja. Niestety po jakimś czasie do klasy weszła inna choreografka (byłam kiedyś na 2 zajęciach z nią). Myślałam, że jest to zastępstwo. Godzina się zgadzała. Twarze też. Jazz. Górne piętro. Pierwsze 10 minut było typową rozgrzewką, ale nieco bardziej zaawansowaną niż zwykle. Choreografka mówiła francuskie nazwy, a tancerze odpowiednio się ustawiali. Dałam radę. Dzięki temu że pewne elementy się powtarzają, a ja chodzę do tej szkoły już prawie od roku. Nagle, po kilku minutach, drzwi uchyliły się a ja usłyszałam melodię z niedzieli. W innej sali, gdzieś na górze. Moją choreografię. Moją godzinę jazzu. Wtedy, uswiadomiłam sobie że pomyliłam sale, a że nigdy nie chodziłam tam w poniedziałki, odruchowo poszłam na górę, a następnie weszłam za znajomymi ludzmi z grupy jazzu. Nie pomyślałam tylko, że te znajome twarze, to tancerki które zaczęły tańczyc w wieku 8 lat, wtedy, kiedy ja zaczęłam grac na fortepianie. Było juz za pozno, aby zmienic sale. Zaplaciłam za tę godzinę, poza tym nie można się spozniac.
To, że ludzie chodzą na różne grupy, czasem nawet na bardziej zaawansowane jest normą. Każdy chętnie poznaje innych choreografów.
Schody zaczęły się, gdy choreografka powiedziała po francusku (!) sic! aby tancerze usiedli w szpagacie. Rozejrzałam się dokoła, i prawie wszyscy (grupa liczyła około 25 osób) usiedli w szpagacie. Wielkie lustra, przyczepione do wszystkich scian znakomicie to zilustrowały. Oczywiście nie jestem jeszcze na tyle zaawansowana, by wykonac takie cwiczenie. Usiadłam tak jak niektórzy, ze zgiętą z tyłu nogą, a wyprostowaną drugą. Choreografka podeszła do mnie i dała wskazówkę, iz palce u stopy muszą byc wyprostowane. Jakie palce? - pomyślałam. Jeśli nie ma nawet szpagatu - wyprostowałam się, prostując przy tym palce. Choreografia była bardzo trudna i piękna zarazem. Dałam radę, ale najwięcej przyjemnosci czerpie sie zawsze z zajec na swoim poziomie zaawansowania tanecznego. Gdy wyszłam z sali, chwyciłam leżace na recepcji harmonogramy zajęc sprawdzajac w jakiej grupie przez przypadek wylądowałam. "Advanced" przeczytałam.
Konkludując: Póki tańczymy jesteśmy szczęsliwi. First position parallel wybrzmiewa mi juz od dłuższego czasu w głowie. Zafascynowana tańcem obejrzałam ostatnio dwa filmy. Centre Stage - turn it up i Billy Elliot. Oba bardzo pięknie obrazują miłosc i pasję.
To był ostatni dzień wakacji. Od jutra rytyna.
Parallel...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz