Miałam piętnaście lat. I mimo tych piętnastu lat, tkwiła we mnie świadomośc daru od losu. Daru, który nie każdemu jest dany.
Ach tak, tak. Wiem. Wstęp niczym z dzienników poczytnych poetów. Ale czytajcie dalej, drodzy czytelnicy.
Tym razem nakieruję się w stronę puentowania.
Darem tym był dzień, w którym posłana zostałam - w wieku lat ośmiu - do szkoły muzycznej. Wtedy zaczęła się wielka pasja. Bo w końcu niewiele osób zostaje w tak młodym wieku nakierowanych artystycznie. Mając osiem lat nie wiemy jeszcze, że istnieje coś takiego jak szkoła muzyczna, szkoła baletowa, szkoła tańca, łyżwiarstwo figurowe, szkoła sportowa. Mamy szczęście lub jego brak. Czasem to właśnie to my jesteśmy posłani do szkoły artystycznej, co odróżnia nas od naszych rówieśników. To ogromny dar jaki możemy otrzymac. Bo uczęszczając tam przez wiele lat, zdobywamy umiejętności, których inni, w wieku lat 20 nie nabędą za pstryknięciem palca. To nie jest umiejętnośc komunikatywnego posługiwania się językiem obcym, którego można nauczyc się stosunkowo szybko. Igram z ogniem? I z tym różnie bywa. Bycie pianistą, bycie tancerzem, a wreszcie sportowcem, to bycie kimś, kto na swoje umiejętności pracował kilkanaście lat. Nikt inny, nie nabędzie ich w rok. Ba. Nawet w kilka lat. Bo w końcu nie nauczysz się grac Appassionaty w rok, nie mając wcześniej styczności z fortepianem. Nie zagrasz koncertu wiolonczelowego Elgara, jeśli nie uczyłeś się grac na wiolonczeli od dziecka, nie zrobisz perfekcyjnego technicznie szpagatu w powietrzu, okraszonego potrójnym piruetem, jeśli nie biegałaś/eś - używając eufemizmu - na salę każdego poranka, samotnie okręcając się wokół własnej osi. Aż do zasranego znudzenia. Albo jeśli nie powtarzałaś w kółko tego samego motywu oktawowego. Z różnym efektem. Pasja to wspaniały dar. Chyba zawsze będę załowac, że nie zostałam zapisana do szkoły tanca. Ale w końcu nie można realizowac dwóch wielkich pasji. Bo niby jak? Pianistką i tancerką w tym samym czasie? Marzenie ściętej głowy. Ale moją duszę ciągnie w kierunku tańca, tak jak gdybym w poprzednim wcieleniu miała z nim stycznośc. No dobra. Nie wierze w poprzednie wcielenie, ale tak właśnie czuje. Zdarzało mi się popadac w marazm, tak jak każdemu człowiekowi. Kiedy zapominamy o tym, że w życiu jest tak wiele pozytywnych emocji, tak wiele do odkrycia. Taniec mi o tym przypomniał. Zwłaszcza kiedy mijam sale w szkole tańca i obserwuje ludzi, którzy w kólko cwiczą piruety, skoki, wymach nóg. I ta piekielna pasja, która iskrzy w ich oczach. I marzenia. Tańczenia w największych teatrach. Nie chcę byc gorsza. Teoretycznie jestem amatorką, ale już nie aż tak bardzo. Chodzę tam od roku. Dużo się nauczyłam. Chcę przejśc do wyższej grupy i wiem, że taniec to cos, czego nigdy nie będę robiła zawodowo (bo w końcu za późno zaczęłam, więc nie dla mnie castingi do teatrów na West Endzie), a mimo to coś, co przydaje się w życiu. Jesteśmy bardziej sprawni, cwiczymy, mamy lepszą kondycję, więcej endorfin. Zwłaszcza, że taniec jest nierozerwalnie związany z muzyką, a ta jest niezwykle bliska memu sercu. Klasyczna i nie tylko. Może to trywialne, ale czasami, ludzie na pytanie co lubisz w życiu robic albo jaką masz pasję odpowiadają: eee, lubię czytac. Lubię słuchac muzyki. To nie pasja. To hobby. Pasja to cos, czemu oddajesz duszę. I cwiczysz. Pasja wymaga poswiecenia. Ale daje równiez wiele satysfakcji.
Wyjezdzając do Londynu byłam zdania, że można wypracowac mówienie z brytyjskim akcentem. Bo jeśli już mówię po angielsku, to chcę mówic dobrze. Bo jesli chce sie pracowac na stanowisku na którym jest bardzo dużo konkurencja, perfekcyjny język to podstawa. Wierzyłam, że można mówic z innym akcentem. Jeśli tylko włozy się w to dużo pracy. Później, zwątpiłam w to, że jest to możliwe. Aż do ostatniego piątku, kiedy poznałam Polaka, który mówi z czystym, brytyjskim akcentem. Nie mogłam uwierzyc, że można dojsc aż tak dobrego poziomu zaawansowania. Dużo czytałam o pracy nad akcentem i w wiekszosci nawet ludzie pracujacy nad zgubieniem akcentu wiele lat, nie mogli się go pozbyc. Nawet jesli brzmieli bez polskiego akcentu, to akcent był po prostu nieokreślony. Ale nie czysto francuski/hiszpańki/angielski. A tu nagle, spotykam Polaka, który mówi najbardziej perfekcyjnym angielskim, jaki w życiu słyszałam. Możliwe? Tak. To była karkołomna praca, jak stwierdził, ale nie jest to niemożliwe. Zainspirował mnie. Zwłaszcza że żaden Anglik nie poznał się na tym, że Polak ten nie jest Anglikiem. To też pasja. Pasja do języków.Potrafię sobie wyobrazic jak wiele pracy go to kosztowało i choc niektórzy powiedza: "Ale po co pozbywac sie akcentu, przeciez jestes Polakiem", ja odpowiem: "Warto byc dumnym z bycia Polakiem, warto mówic pieknymi, polskimi zdaniami, ale kiedy mówimy w innym języku, warto mówic tym innym językiem". Jak najlepiej. Bo polski akcent nie jest do niczego potrzebny językowi angielskiemu/francuskiemu itd. Tak jak angielski akcent nie jest potrzebny przy posługiwaniu się polskim. Kiedy mówię po polsku, chcę mówic po polsku. Jak najczyściej się da. Kiedy mówię po angielsku, chcę mówic po angielsku. Jak najlepiej. Nie wymawiając słowa "manage" na 300 sposobów, bo może mnie zrozumieją. Zaawansowanie w wymowie świadczy o naszych umiejętnościach lingwistycznych. A praca nad językiem, to niezwykle pasjonująca praca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz