Wrzesień w Londynie ma to do siebie, że przypomina bardziej przełom kwietnia i maja. Londyńskie ulice, jak na początek września przystało, muśnięte są jaskrawymi promieniami słonecznymi.
Pewnie każdy z Was zna te pełne possy obrazki filmowe, kiedy to zdesperowani ludzi biegną co sił, by dogonic uciekający im sprzed nosa autobus. Też to znam. A w codziennym życiu, gonienie autobusu jest nawet bardziej karykaturalne. Wysokie buty, samochody które przemykają z głośnym echem oraz czerwony, angielski autobus, który właśnie podjeżdża pod przystanek od którego jestem zbyt daleko. Trzy, dwa, jeden, start. Przebiegam na czerwonym. Raz, drugi. W Londynie to norma. Po czym udaje mi się złapac autobus, a mój poziom adrenaliny sięga zenitu, bo słynne "Oyster cards" mają to do siebie, że nie zawsze są przeze mnie na czas doładowane. Znacie to? Kiedy nie ma czasu albo pobliskiej stacji, aby sprawdzic stan oysterki, a my z biciem serca stajemy przed czytnikiem w autobusie z pulsującym oczekiwaniem czy zapali się zielona czy czerwona lampka? Czerwona to dramat, bo od niedawna nie można zapłacic w autobusie za bilet, przez co wspomniany autobus, trzeba opuścic. A potem? Szukac sklepów lub stacji żeby doładowac kartę, po czym znów czekac na nastepny.
W ostatnią niedzielę poza jazzem, w którym jestem zakochana, udałam się na koncert Agnieszki Chylińskiej i Dawida Podsiadło. Koncert miał w miejscu w sławetnym KOKO, znajdującym się w imprezowej części Londynu, zwanej Camden Town.
Dawid Podsiadło zaprezentował wysokiej jakości zdolności wokalne. Jego kontakt z publicznością był bardzo zachowawczy, a on sam niezwykle kulturalny i skupiony na muzyce. Jego wypowiedzi czy komentarze były lakoniczne i dokładnie takie jak w wywiadach. Kwieciste zdania nie są jego mocną stroną, a on sam na pewno nie jest typem showmana, mimo, że tak czy siak, należy do układanki "szołbiznesowej". Ale może to i dobrze? Bo w końcu mamy różne osobowości, różne nurty i ZAWSZE powinno chodzic przede wszystkim o muzykę.
Po ponad godzinie na scenę weszła Chylińska. Totalny kontrast. Dała popis swoich najbardziej znanych numerów, dając wspaniałą rozrywkę publiczności. Stałam tuż pod sceną. Chylińska była pełna humoru i żartów. Kiedy rozmawiała z publicznością, non stop wspominała że ma teraz dzieci i nie ma czasu koncertowac. Pewien męzczyzna z publiczności krzyknął: Ja się nimi zajmę! Chylińska odpowiedziała: Taaa, Ty się zajmiesz. A co Ty wiesz o dzieciach, kurwa. (odpowiadając w swoim charakterystycznym, ciętym stylu).
Melodie, bardzo znane mi od dziecka przenikały mi do duszy, przypominając o czasach, kiedy mieszkałam w Polsce. Mimo, że chciałabym zostac w Londynie jak najdłużej, to momentami czułam, że życie w polskiej stolicy byłoby o wiele łatwiejsze, a życie w Londynie powoduje mnóstwo trudnych i stresujących sytuacji, których osoby - nigdy nie mieszkające na obczyźnie - nie zrozumieją. Większośc ma przed sobą obrazek pięknej stolicy i zdjęc, wrzucanych z weekendu, a tak naprawdę nie widzi tej typowej prozy życia.
Miałam nawet myśl, ze gdybym wróciła, byłoby mi łatwiej. Prościej. Ale zbyt wiele trzyma mnie w Londynie i zbyt wiele rzeczy w nim kocham.
Myśl ta, bardzo szybko zniknęła z mojego umysłu.
Po koncercie, grupa ludzi (bardzo niewielka) czekała tuż przed wejściem, aby dostac autograf Chylińskiej albo zrobic sobie z nią zdjęcie. Nie było tłumu. Podpisanie płyt zajęłoby jej nie więcej niż 10 minut. Osoby te czekały tam przez ponad 40 minut. Gdy Chylińska wyszła z KOKO, ludzie gratulowali jej (tak po ludzku i mega kulturalnie): "Agnieszka, to był świetny koncert" etc. Ona jednak, nie zwróciła twarzy w stronę grupki tych osób, nie rzuciła nawet zwyklego "dzięki". Nonszalancko i bez klasy schowała się za ramionami ochroniarza, zakryła się, po czym rzuciła krótkie "O matko". Pomimo, że koncert i jej osobowosc jest na pewno ciekawa, to moim zdaniem takie zachowanie swiadczy o braku szacunku do publicznosci. Bo to dzieki ludziom jest tu gdzie jest, bo autografy są mimo wszystko formą jej pracy. I gdyby powiedziała "Sorry, ale jestem zmęczona. Miło było dla Was zagrac", to ludzie by to zrozumieli. Tymczasem Chylińska wyszła jak gdyby była gwiazdą formatu międzynarodowego, z emfazą uwydatniając swoją ignorancję. Myślę, że artysta, który używając eufemizmu, olewa swoją publicznośc i tylko zbiera kasę za koncert, mając wszystkich w dupie, nie zasługuje na miejsce, w którym jest. Bo tego zwyczajnie nie docenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz