piątek, 13 września 2013

So, how can I get there?

Ciągle pada. Miasto skąpane w deszczu. I ja kąpię się w tej jesiennej pogodzie. Metropolia zraszana równomiernie, gubi się w szarości dni. W zeszłym roku wrzesień był bardziej przyjazny. Nieco chłodny, nieco słoneczny, bardzo wiosenny. Pamiętam jak spacerowałam po South Kensington, trzymając w ręku papierowe torebki z pączkami waniliowymi z Sainsbury's. Jednak ciepły czy chłodny? Wrzesień oznacza tylko jedno. Koniec pomarańczowej oranżady, słodkiego mango i prażącego słońca. Koniec wakacji, które pojawiły się mimochodem, a następnie zniknęły na dobre. Bo w tym roku trwały zaledwie dwa tygodnie. O ile Polska przywitała mnie parnym powietrzem, o tyle Anglia, a ściślej mówiąc jej stolica - kroplami wody, kapiącymi na moje buty. Japonki.

Wszystko poszło gładko. Jak nigdy. Samolot bez opóźnień, współpasażerowie normalni, nawet nie bili brawa gdy samolot wylądował. Na stację pociągów dotarłam bez większych opóźnień, po czym z radością odczytałam że tym razem pierwszy z dostępnych pociągów jedzie na London Bridge, a z London Bridge wystarczy wziąć jeszcze jeden pociąg i w ekstrawagancko szybkim tempie, można znaleźć się w "wiktoriańskim" domu. Niestety. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje plany, bo okazało się, że wszystkie pociągi z London Bridge były niedostępne. A deszcz padał diabelskim stukotem. Słysząc tę jakże radosną nowinę, z dwoma wielkimi walizkami obok, zapytałam:
- So, how can I get there? (wymieniając nazwę mojej dzielnicy) Oczywiście wiedziałam, że mogę wziąć taksówkę. Zwyczajną lub jedną z tych ekskluzywnych, czarnych, angielskich taksówek, które oprószone natłokiem zadymionego miasta kuszą swoją genialnością. Mogłam, ale kosztowałoby to ponad 20 funtów, a byłam nazbyt blisko domu by taką taksówkę wzywać. Mogłam wziąć autobus. Jednak autobusy z London Bridge są najwolniejszymi autobusami na świecie, pomimo że mają swój angielski urok. Są czerwone i przestrzenne. Tyle, że do najbliższego przystanku miałam jakieś 10 minut, a bez parasolki, w taką ulewę było to raczej nietrafionym pomysłem. Zapytałam zatem, jak mogę się dostać do swojej dzielnicy. Odpowiedziano, że będzie podstawiony specjalny autobus. Miał być za 3 minuty, później za 5, później te 5 wydłużyło się do 40 minut, po czym zrezygnowana złapałam pierwszą nadjeżdżającą sławetną, angielską taksówkę, zapłaciłam 22 funty, po czym z żalem za pieniędzmi, a także odhaczeniem jednej z rzeczy jaką koniecznie należy zrobić w Londynie (przejechać się słynną taxi) dotarłam do domu, by chwilę później zjeść Sherped's Pie. Nieznośny deszcze bębnił swoją niedoskonałością, a ja oddychałam miastem, które tętni życiem.