Październik, jak na swój jesienny charakter, jest niezwykle łaskawym miesiącem. Choćby dzisiaj. Wprawdzie pierwsza połowa była nieco chłodna, ale teraz, powoli, miesiąc ten znów nabiera barw. Mam nadzieję, że będzie coraz, coraz cieplej. Aż do końca grudnia.
Dwie symultaniczne płaszczyzny nakładają się na siebie. Jutro zapewne, mój budzik będzie dobijał się z największym impetem, skwiercząc wręcz od powtarzalnej, nudnej melodii. Piąta rano. To nie jest godzina, o której powinno się wstawać. Nie tym razem. Sobotni poranek da o sobie znać dość wcześnie. Muszę dojechać z drugiej strefy, aż do piątej, by zdążyć na egzamin. Egzamin rozpoczynający się o brawurowej 8:45. Sześć godzin naprzeciwko monitora to całkiem długi okres czasu. Gdy wzdrygając się na widok klawiatury komputera, zakończę wszystko przed 15, nadejdzie czas, by przez blisko półtorej godziny wracać metrem na drugi koniec Londynu. Again. Szybko zmienić nastrój i wejść w rytm lat 70, gdzieś na Piccadily. A gdy przyjdzie mi znów powrócić do współczesności, będzie już bardzo późno. Niewiele śpiąc wstanę w niedzielę, po czym rozpocznę dzień od jazzu, w jednej z najgenialniejszych szkół w Londynie. W Covent Garden. Nie przypuszczałam, że taniec ma w sobie tak wiele trudnych elementów. To, co na filmach wygląda na proste, wcale takie nie jest. I... nawet te najprostsze, mało spektakularne układy taneczne, wymagają sporo pracy. Ach, pracy. Do pracy zatem. Testy szczerzą do mnie zęby, wciągając w świat idiomów.