niedziela, 20 kwietnia 2014

Na Blackfriars

"Nie czyta się takich listów z rozmazaną szminką" brzmiała rubaszna Holly Golightly w Śniadaniu u Tiffany'ego. Nie opuszcza się też Londynu, w nieszykownym wdzianku, mimo iż z żalem w oczach chwytałam, a może nawet wydzierałam oczyma, szybko uciekające mi kadry miasta. Miasta, któremu oddałam swoje serce.

A serce to ZAWSZE bije mocniej, mijając Stację Blackfriars. Jedną z tych, do których mam niezatapialny sentyment, a sam widok wywołuje metaforyczne drganie wspomnień. Stacja centralnego Londynu. Stacja, na której z nosem w szybie zastygam, wpatrując się w znajome budowle, kosztując moją radość przez krótką chwilę, aż do wyjącego, ostrzegawczego tonu, oznajmiającego zamykanie drzwi pociągu. Jedna tylko stacja, poza Blackfriars, napawa mnie gorączką tego miasta. King's Cross St. Pancras. Jedna z największych stacji metra Londynu. Ta, której schody kierują nas w stronę niebanalnego klimatu, zmurszałych budowli oraz szczypiącego oczy dymu. Ale basta, wróciłam. Rozmemłana miłością dojrzałą, która nie wygasa, a staje się mocniejsza. To dziwne uczucie, kiedy tęskni się za miastem, które jest nieco obce. Na szczęście nie dla mnie. Wróciłam, wprost na Wielkanoc, spędzając tym samym pierwszą Wielkanoc na angielskim terytorium. Deszcz nie skapitulował, a raczej rośnie w siłę. Skąpana w strugach lejącej się wody, brnęłam przed siebie szukając schronienia. I nawet jak na Londyn, tym razem większość sklepów była pozamykana. W Anglii też, tradycja świąteczna wygląda inaczej. Nie było koszyczków, za to uroczysty, rodzinny obiad. I pudding. Pogoda nie rozpieszcza, smagając oczy brakiem słońca. Planowałam Kew Gardens, Hyde Park albo Regent Park. Tymczasem breja.  Jubilee Line zamknięta. Okolica ponura, a ludzie albo zasiadają w kafejkach, popijając kawę, albo walczą w wiatrem wyrywającym im parasole. A mimo to, są mili. Dużo bardziej, niż w Polsce. W Polsce często, mnóstwo ludzi jest permanentnie niezadowolonych. W sklepach. Zwłaszcza. O ile w Anglii zawsze ekspedientka uśmiechnie się, pożyczy dobrego dnia i nawet jeśli to nie jest szczere, to napawa optymizmem. A w Polsce? Chyba brakuje nam tego uśmiechu. Wiem, że są różni ludzie i w Anglii można trafić na niezbyt miłych, ale wolę pozytywne nastawienie i to, że ktoś jest nawet sztucznie miły, niż szczerze niemiły. Wolę tę mentalność, mimo że jestem dumną Polką, która z dumą opowiada o wspaniałych polskich artystach, bo w końcu to z Polski wywodziło się mnóstwo wielkich ludzi. I literatura polska zawsze będzie dla mnie jedną z ciekawszych na świecie!