piątek, 18 lipca 2014

Rubbish.

Angielskie jedzenie. Te dwa słowa zawsze działają na moją wyobraźnię! I nie bez przyczyny, bo opinie na temat tego jedzenia predestynują go do miana arcynudnego i pozbawionego polotu.
Pamiętacie film "Kevin sam w domu"? I scenę, w której tytułowy Kevin, nakłada na twarz płyn po goleniu? I jego reakcję? No właśnie. Na samą myśl o angielskim jedzeniu wielu ludzi ma taką samą. Bo-les-ną.
Czy to tylko wytarte stereotypy czy w każdej plotce znajduje się ziarno prawdy?
Jestem daleka od generalizacji. Wszystko zależy od upodobań ludzi. Nie należy mówic, że w Anglii znajdziemy tylko i wyłącznie śmieciowe jedzenie, bo takie samo, znajdziemy wszędzie. W domu, w którym mieszkam, Anglicy mają spore upodobanie i otwartośc do kulinarnych eksperymentów. Tak też tworzą, razem ze mną, wariacje mięsne, warzywne czy też owocowe. Ostatnie odkrycie to "Chicken paprikash", czyli duszona papryka, kurczak, ogółem mnóstwo warzyw, pomidory z puszki i przyprawy. Z racji, iż półki w sklepach uginają się od kulinarnych pozycji, a Anglia oszalała na punkcie gotowania za sprawą programów kulinarnych (popularnych i w Polsce, np. Ugotowani), Anglicy chętnie kupują książki kulinarne, niekoniecznie pamiętając, by potem do nich zajrzec. Moi współlok, atorzy, chętnie korzystają z różnych książek kulinarnych, zarażając mnie pasją do gotowania, ale nie sądzę, że w Anglii jest to aż tak powszechne. J. Oliver i G. Ramsay to dwaj patelniani bożyszcze, spijający komercyjną śmietankę. Zwłaszcza ten pierwszy, kusi znakomitymi przepisami. Dzisiaj na przykład, wypróbowaliśmy kurczaka duszonego z jabłkami, rozmarynem i innymi dodatkami. Czyż nie brzmi to niczym poemat? Zapach duszonego jabłka wiruje nad sufitem, okręcając dym wokół przekrzywionego żyrandolu. Prażące słońce komponuje się z pałaszującym kuchnię aromatem. Breathe in, breathe out. Typowo angielski ogród, cisza, nie czuję że jestem w Londynie, piękny zapach i gorąco, spływające po policzkach. Tak tutaj gotujemy. Ale w większości, inni Anglicy (nie wszyscy), preferują szybkie dania. Najbardziej bezwartościowe z listy "Rubbish", to makaron z sosem beszamelowym. Nie ma gorszego połączenia niż niepożywne kluski i sos, robiony z mąki, mleka, sera "cheddar" i masła. Zero konstrukcji smaku. Zero wirtuozerii. Co więcej? Frytki kupione w sklepie, które wystarczy wyjąc z zamrażalki i włożyc do piekarnika na 15 minut. Gotowe. Ta daaam! Dorzuc fasolkę z puszki odgrzaną w mikrofali albo kluski "hoops" w sosie pomidorowym i obiad gotowy. Mnóstwo znajomych Anglików upodobało sobie wszelkie kombinacje dań makaronowych. Makaron z łososiem, makaron z tuńczykiem i kukurydzą, makaron z beszamelem, makaron z boczkiem. Błeee. Słyszeliście o innych daniach?  A poźniej uczeni analizują, dlaczego w Wielkiej Brytanii znajduje się największa liczba osób otyłych. No czemu? Sama siebie pytam. Ot truizm. Nie jedzcie tyle makaronu! Z wartościowych dań angielskich, które uwielbiam, polecam wszelkiego rodzaju zapiekanki, do których Anglicy mają upodobanie. Zapiekanka rybna, z mięsem wołowym czy innym. Godne polecenia. Jednak obserwacje, jak wiele osób kupuje w sklepach gotowe frytki, które smakują jak 100 letnia tortilla, napoje z lotnym napisem "Bez cukru"... Och tak. Cóż z tego, że bez cukru, gdy pełne kwasu cytrynowego i nienaturalnych dodatków? Nie wiem, jak móżno pic cos takiego z własnej woli. Nie istnieje pojęcie kompotów, a w sklepach nie ma zbyt szerokiej palety soków smakowych. Są smoothie, ale poza tym? Soki pomaranczowe i gazowane. I tak nikt ich nie kupuje, bo królują soki "z koncentratu" o smaku kostki zapachowej, które rozcieńcza się z wodą. Anglicy nie robią surówek, a zamiast tego, chętnie gotują lub wkładają warzywa do piekarnika. Królują brokuły. Ale nie tylko. Gdy większośc jest zbyt leniwa, aby ugotowac, w kolejce przy kasie dostrzec mozna jak wiele ludzi kupuje gotową lazanię lub kurczaka w różnym sosie. W Polsce również dostepne są gotowe produkty, zwłaszcza w większych miastach, ale gotowy ryż odgrzewany w mikrofali w 1 minutę, to jednak przesada. Smakuje jak plastik. Żartujesz? Nie.
Tymczasem idę do kuchnim przyrządzic łososia z syropem klonowym i sosem sojowym. Bon apetit.

wtorek, 15 lipca 2014

Taniec

Zwariowałam na punkcie tańca. Od zawsze miałam do niego ogromny pociąg. Pasjami oglądałam programy taneczne, filmy czy seriale. W końcu każdy z nas, potrzebuje odskoczni od codzienności, wyzwań i trudów. Takiego oczyszczenia. Katharsis. Czasami trudno jest wyłączyc umysł, przestac myślec o bieżących sprawach, ale zapanowałam nad tym. Kiedy przekraczam próg sali, pozostawiam za sobą wszystko. Skupiam się na tu i teraz. Interesują mnie tylko kroki. Choreografia. I pozytywna energia na sali. Grupa ludzi, którzy zbierają się zawsze o tej samej porze, w tym samym celu. Aby wspólnie, dobrze się bawic. By robic cos dla przyjemności. Dla pasji. Nie rozumiem ludzi, którzy nie mają żadnych pasji. Nie rozumiem osób, które chłodno liczą cyfry, pracują w bankach lub na wysokich stanowiskach, nie rozumiejąc czym jest pociag serca. Radośc ze sztuki.
Całe życie przekonana byłam o swojej wielkiej miłosci i pasji do fortepianu. Przesłoniło mi to oczy. Fortepian był tylko i wyłacznie na pierwszym miejscu. Rachmaninov. Bach. To geniusze. Ale taniec, sprawia mi taką samą przyjemnośc. Czasem może większą? Kiedy oczyszcza się umysł i skupia na tym, by nie skompromitowac na tle profesjonalynych tancerzy. O to nie trudno. Nie ma wiekszej kompromitacji (sic!)od dostrzeżenia, iz w pewnym momencie ktoś zapomniał kroków, po czym przystanął, próbując się złapac. To się zdarza często. Zwłaszcza u nowych.
Nie jestem w grupie zaawansowanej. Grupa ta jest godzinę wcześniej. Jednak ludzie z wyższej grupy zawsze zostają na drugą godzinę. Godzinę, która w teorii przeznaczona jest dla nie-profesjonalistów. Stety i niestety, choreografia jest zawsze na najwyższym poziomie, a mi sprawia ogromną radośc uczenie się wszystkiego od nowa. Tak jak kiedyś w muzyce. Cwiczenie grania oktaw w szybkim tempie, gam tercjami czy walczyka z pierwszej ballady. Teraz połknęłam innego bakcyla. I chętnie slucham tego, jak ulatwiac sobie trudne technicznie figury. I słucham od najlepszej z możliwych choreografek. Absolutnego top choreografów w Europie. Czasami zastanawiam się jak potoczyłoby się zycie, gdybym jednak poszła na akademię. W tym roku kończyłabym studia i szukała pracy jako nauczycielka. Jednak mój oczywisty wybór, życie przewróciło do góry nogami. Zamiast fortepianu, zaczęłam studiowac literaturę. Przedmiot do którego miałam ogromny pociąg. Oraz pisanie. Które zawsze przychodziło mi z łatwością. Gdybym była na fortepianie, nie zdecydowałabym się na wyjazd do Londynu. I to wszystko, co do tej pory się zdarzyło, nigdy nie miałoby miejsca. Tymczasem poznałam cudownych ludzi, zarówno w angielskich szkołach jak i genialnej, polskiej szkole. Rozpoczęłam, prawie rok temu pracę nad tańcem jazzowym, zatracając się w nim totalnie, a także nauczyłam się o wiele więcej życia. Stawiając samotnie kroki na obcej (już nie!) ziemi. Nauczyłam się też nie rezygnowac i wytrwale pracowac, bo to zawsze daje efekty. I pomijac codziennośc. Nie myślec o sprawach, które mogłyby zepsuc mi nastroj. Zamiast tego wytrwale się rozwijac. Niejednokrotnie widzę, jak mnóstwo ludzi rezygnuje z grupy jazz już po pierwszych dwóch zajęciach. Tylko dlatego, że nie łapią choreografii. A wszystko jest kwestią wprawy. Niektórzy zakładają, że ci, którzy tańczą równo z muzyką, nie myląc się, tak po prostu, są od urodzenia bezbłędni. A tak nie jest. Ja, jak i wiele innych osób, na początku uczyłam się kolejnych kroków, dając sobie czas na praktykę. Dzięki temu, po prawie roku, z przyjemnością stoję pod lustrem, w pierwszym rzędzie, widząc otaczających mnie ludzi po szkołch tanecznych. I napawam się satysfakcją, kiedy jestem w stanie załapac układ w takim samym tempie, jak ci zaawansowani, a nawet lepiej. Bo często mimo tego, że większośc z nich jest dużo lepiej rozciągnięta i siada w szpagacie, zapomina kroki, nie opanowując ukladu pamięciowo. Ach, pasja. Czy jest coś wspanialszego?

czwartek, 3 lipca 2014

Brytyjski system

Koniec roku. Te dwa słowa wywołują na twarzach uczniów i studentów szelmowski uśmiech, rozpędzając ich wyobraźnię do prędkości ekskluzywnego Porsche, śmigającego gdzieś między Piccadilly a Oxford Street. Koniec roku wszędzie wygląda inaczej. Inaczej jest przecież w Polsce, inaczej w Hiszpanii, a jeszcze inaczej w Anglii. Inne są zakończenia roku w prestiżowych szkółkach dla bogaczy. Tak, tak. Tych wyjętych rodem z taśm filmowych. Chocby tej przejaskrawionej, nowojorskiej, momentami karykaturalnie przedstawionej szkoły z Gossip Girl. Tam, gdzie każdy ma swojego Chucka Bassa. Tam gdzie pieniądze fruwają w powietrzu, niczym bąbelki, z pękającej bańki mydlanej. Takie szkoły też są. I huczne zakończenia. Te polskie, konotują galowe, białe bluzki i ciemne spódnice lub spodnie. Szemrzące, dziewczęce głosy, czekoladki i bukiety róż, zalewają ulice. I świadectwa. Te z czerwonym paskiem. Zero mundurków, przynajmniej za moich czasów. A tu? W Londynie? Jak jest w tej wrzącej od różnorodności stolicy? Opisac mogę na przykładach dwóch szkół, z którymi mam stycznośc od dwóch lat. Moja percepcja opiera się na tych dwóch, szczególnych szkołach, a więc nie przedstawia obrazu wszystkich placówek, a taki krótki punkt w londyńskim wielokropku. Jedna ze szkół to przedszkole, znajdujące się na południu Londynu. Druga, to "top ten" brytyjskich szkół podstawowych.

Pierwsza różnica między brytyjską, a polską szkołą, to brak świadectwa na koniec roku. Nie dostaje się takiego typowego świadectwa do ręki. Dostaje się natomiast raport. W raporcie opisane są przedmioty, a także znajduje się tam opisowe ujęcie postępów danego ucznia oraz wynik, jaki dany uczeń otrzymał.

Kolejną różnicą jest brak lizusowskich bukietów kwiatów dla nauczycieli. To nie uczniowie dają prezenty nauczycielom (no chyba że jest okazja), a nauczyciele uczniom. Tym młodszym zazwyczaj małe książeczki z dedykacją (w Anglii kładzie się duży nacisk na czytanie), tym starszym malutkie gry, coś z przyborów szkolnych etc.

Do szkoły przychodzi się w mundurkach, jest tzw. końcowy apel czy przedstawienie i na tym koniec. Year one, czyli taka nasza pierwsza klasa przypada na czas, gdy uczeń ma 6 lat. Pamiętam, że ja zaczęłam przedszkole w tym właśnie wieku. Dużo osób jest przeciwnych oddawaniu zbyt małych dzieci do szkól, w Anglii natomiast, jest to szeroko praktykowane. Dzieci bardzo często zaczynają szkolę już w wieku lat 3. Nauka przez zabawę i nie tylko.

W przedszkolach, co jest dużym plusem, znajdziemy mnóstwo asystentów, gap year studentów i wolontariuszy. W szkole w której przebywałam w tym semestrze, w klasie liczącej 25 dzieci, znajdowało się ponad 7 osób, pomagających nauczycielowi.

Anglia wypracowała sobie mistrzowski sposób na wzmacnianie poczucia wartości najmłodszych. Metoda, która w Polsce nie jest na taką skalę rozwinięta, w Londynie ma się wyśmienicie. Naklejki za każde, dobre postępowanie, wielkie "wow" wywieszone na tablicy, "wow" zbierane od rodziny za to że dziecko samo się rano ubrało itd. Mało jest krytyki, a na pewno mniej niż w Polsce. Nie stawia się uczniów na środku sali, ostentacyjnie dając im jedynkę za to że się nie nauczyły. Nawet za niezbyt wyszukaną pracę najpierw się chwali, a potem ewentualnie dopisuje nad czym popracowac.

To co jest blaskiem i cieniem zarazem, to to, że skończywszy 16 rok życia wybiera się tylko 4( lub 5) przedmioty, nad którymi stale się pracuje, jednak nie jest się obciążonym jak w Polsce, przez lata liceum, uczenia się niepotrzebnych rzeczy i odrabiania lekcji z kilkunastu przedmiotów. Pamiętam, ze wielu moich znajomych nie wyrabiało się z natłokiem zajęc, a ja sama, przez szkolę muzyczną, odrabiałam lekcje do pólnocy czy pierwszej, żeby wyrobic sie z dwoma szkolami.

Nie wszyscy koncza zajecia w tym samym terminie. Cześc na począku lipca, czesc po 20 lipca. Tak czy siak lipiec znaczy jedno: słodkie wakacje. Czego i Wam życzę.