sobota, 27 kwietnia 2013

Margate

Morze faluje, faluje, faluje. Senny, letni dzień, wcale nie przypomina typowo letniej pogody. Porywisty wiatr niszczy ochotę na uwiecznianie siebie na pamiątkowej fotografii. To nie Lloret de Mar. Witamy w Margate.
Kolejni ludzie ustawiają się w długiej kolejce po fish & chips. Zapach morza komponuje się z zapachem ryby. Ach tak. Jesteśmy w Margate. Fish & chips. Fish & chips, fish &....
Wszyscy zachęcają do wydania 5 funtów na typowo angielskie danie. Czemu nie? Już stoimy w kolejce wraz z pozostałymi ludźmi, wdychając zapach ryb, zapach morza, ryb czy...
- Fish and chips, please!
- Five pounds, please!
Jemy.
Jesteśmy głodni po długiej podróży, więc zadowalamy się nowym, angielskim daniem. A może siła sugestii wywiera na nas tak silny wpływ, że mimowalonie zachwycamy się rybą z frytkami.
Słońce wychodzi zza chmur. Morze faluje. To niezbyt dobry widok po podróży promem, gdzie wszystko falowało nazbyt mocno. W pewnym momencie zaczynasz zastanawiać się czy masz gorączkę czy... Ach tak tak... Prom.
Morze przypomina swym kolorem bardziej zieleń aniżeli pełny turkus jak w Hiszpanii. W końcu to Morze Północne. A jednak ma coś w sobie. Ta angielska pogoda. Ten angielski zapach. Urok hrabstwa Kent.
Przewodnik powiadamia nas, iż za chwilę wyjedziemy do Londynu. Gdy docieramy, unosimy oczy by zobaczyć słynne Tower of London oraz Tower Bridge. Naprawdę? Jesteśmy szczęściarzami? Przewodnik mówi, że rzadko udaje się trafić na otwarcie tego mostu. My to właśnie oglądamy. Rozglądam się dokoła. Jakie to wielkie miasto, ten Londyn. Pilnuje się ludzi z wycieczki by przypadkiem nie zagubić się na którejś uliczce. Oxford Street? Jedziemy na Oxford? Miliony ludzi przeciska się przez wąskie ulice. Mamy spotkać się za 3 godziny w umówionym miejscu. Nie. Zgubiłyśmy się. Nie, nie, gdzie bylo to miejsce? W szóstke szukamy wskazanego punktu, pytamy ludzi, lecz wszyscy się śpieszą. Spóźniamy się pół godziny. Uf. Nie my jedne. Za nami spóźniają się inni uczestnicy. O całą godzinę. Chwała Bogu.
Czas biegnie do przodu. Pakujemy walizki. Jedziemy autokarem. Mija siedem lat, a ja piszę post z Londynu. Londynu, który wydaje mi się tak znajomy jak moje rodzinne miasto. Znam wszystkie skróty, najlepsze miejsca do uchwycenia i wszelkie obyczaje.
Londynie. Tak bardzo czarujesz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz