niedziela, 19 stycznia 2014

Sposób na kobietę

To był kolejny styczniowy poranek. Chłodny i słoneczny zarazem. Mijając wszystkich tych, którzy biegają by przygotować się na maratońskie wyczyny, lub też tych, którzy robią to dla przyjemności, zbliżałam się do stacji, by kupić travel card. Bieganie balansuje pomiędzy kosmicznym wysiłkiem fizycznym, a dzikim natchnieniem. Natchnieniem o przyszłej, smukłej sylwetce, rodem z magazynów Vogue'a. I am lucky. Nie marnuję potencjału dnia, na donkiszoterię. Właściwie wcale nie muszę się w nią bawić, bo odmawianie sobie czekolady, to nigdy nie był mój problem. Mogę ją pić, jeść i smarować nią gruby kawałek chleba, a moja waga nie drgnie nawet o jeden gram. Bywa i tak. Gdy wreszcie kupiłam travel card, okazało się że jest tylko - o zgrozo - na strefy 1-6, a nie 1-2 (dziwnie mówiący kasjer - z filisterskim uśmiechem - stwierdził, że nie ma już na 1-2, a miną dał do zrozumienia, że jest już wycieńczony od permanentnego tłumaczenia całemu światu przyczyn tego haniebnego czynu - za co mu płacą?). Złapałam zatem czerwony autobus, bezczelnie uciekający mi sprzed nosa. Następnie Victoria line do Covent Garden, by chwilę później przekroczyć próg Pineapple. Jazzowe dźwięki wirowały we wszystkich zakątkach szkoły tańca, a ciekawscy ludzie, jak zawsze, z nosem opartym o szybę, przyglądali się ciężko pracującym tancerzom. Zaraz? Napisałam tancerzom? Tancerzom i pretendującym do roli tancerzy. Z łamiącym się sercem wydałam sześć funtów. W zasadzie na nic. Ale czego nie robi się dla przyjemności, by rozświetlić tę ponurą, styczniową aurę? Kupiłam panino, które jest namiastką włoskiej kanapki - smakuje inaczej niż zwykła (ciabatta, często cheddar i szynka), bawarkę, a także suszone truskawki, które są fenomenem świata. Jazz, tak jak te truskawki, ma genialny smak artystyczny. Trwa godzinę, z czego połowa to rozgrzewka. Druga połowa - taniec. Zakończywszy wybitne piruety (!) :D , pojechałam do Hammersmith. Na deskach teatru, wystawiana tam była komedia pt. Sposób na kobietę. Skusiła mnie obsada: Marcel Wiercichowski, Magdalena Walach, Paweł Okraska. Szcze-gól-nie Magdalena Walach, która jest znakomitą aktorką. Aktorką, którą oglądałam wiele razy w telewizji, a teraz nastąpił debiut oglądania jej na żywo. Siedziałam tam gdzie zawsze - w pierwszym rzędzie. Podyktowane to było nie tylko rozbuchaną potrzebą zobaczenia sławetnych aktorów z jak najbliższej odległości, ale i brakiem okularów, które częściej not to be, aniżeli be. Jako pierwsza, na scenie pojawiła się konferansjerka, która z zachwytem zapraszała na sztukę. Gdy wybiła 16, na scenę wkroczyli aktorzy. Kurtyna w górę! Zasłuchana tym co mówili, nie mogłam oderwać oczu od znajomych - ze szklanego ekranu - twarzy. Teatralne gesty, namacalne postury i poetycko brzmiące zdania. Filologia polska to nieustanne dryfowanie w kierunku poezji. Dlatego też bogactwo językowe i współgrające epitety zapadały w pamięć. Uderzało to nieco o trywialny ton, rodem z wyzutych, szekspirowskich dramatów, ale gra aktorka skupiała uwagę wszystkich. W pewnym momencie, gdy grająca Magdalena Walach prowadziła miłosny, ociekający melodramatem (aczkolwiek pięknie brzmiący - dla wszystkich romantycznych dusz) dialog z zakochanym w niej mężczyźnie, pewna osoba z publiczności, w niezwykle chamski sposób włączyła się w dialog aktorski. Bohater komedii powiedział słowa: I pozostaniesz ze mną... po czym mężczyzna z widowni odpowiedział: Nie, to ze mną pozostaniesz - wpadając w sarkastyczny śmiech. Aktorzy zachowali zimną krew, nie przerywając spektaklu. Jednakże nieustępliwy pan z widowni, co jakiś czas sam włączał się w dialogi, ironicznie komentując całe przedstawienie - na tyle głośno, by cała sala o tym słyszała. To wzbudziło u lwiej częściej widowni obruszenie i komentarze typu: "Wyprowadźcie tego pajaca!". Aktorzy, ignorując nagłe ożywienie teatralnej atmosfery, kontynuowali sceny ze scenariusza. Gdy okropny mężczyzna przekroczył w pewnym momencie granicę ( u większości ludzi wzbudził konsternację, u innych zastanawianie się jakie wrażenie na tak znanych aktorach wywoła takie zachowanie i/lub jaka będzie percepcja polskich imigrantów w Londynie), jeden z aktorów, pełnym głosem przerwał przedstawienie, krzycząc: Jeśli pan się nie uspokoi, to ja nie ręczę za siebie. To zdanie wywołało eskalację wrażeń, od zaniepokojenia publiczności po krygujący wyraz twarzy Magdaleny Walach. Wszyscy zastygli w milczeniu, obserwując nagły zwrot zdarzeń. Wówczas, mężczyzna, którego twarz nie była widoczna ze względy na zaciemnioną, teatralną salę, poczuł przypływ animuszu. Z impetem chrząknął, po czym rzekł do aktora: Z pana jest nikt, a nie artysta. Polakom chcą zabrać w Anglii benefity, a pan tu jakieś przedstawienia o niczym urządza. (W polityce wrze od słów premiera D. Camerona na temat idei zabrania zasiłków dzieciom polskich imigrantów, a także "stygmatyzowania" tylko i wyłącznie tej jednej narodowości. Dla niewtajemniczonych - zagrywka polityczna) Zdanie to wywołało śmiech na sali. Niektórzy szeptali pomiędzy sobą: skandal, co oni sobie pomyślą? czy przerwą spektakl? Zdenerwowany aktor wdał się w słowną batalię słowną, by mężczyzna natychmiast opuścił salę. Po chwili, człowiek ten został wyprowadzony. Aktorzy wrócili na swoje miejsca. Rozproszony aktor próbował zagrać kolejną scenę, lecz w pewnym momencie całkowicie zapomniał tekstu. M. Walach, półszeptem przypominała mu słowa, lecz on, nie reagował na jej pomoc, z impetem opuszczając ręce, na znak rezygnacji. Widowni zaczęła bić brawo, choć przedstawienie trąciło o groteskę, inni ludzie natomiast zaproponowali przerwę. Aktorzy jednakże nie poddali się, kontynuując scenę. Gdy wszystko zdawało się zmierzać w dobrym kierunku, nagle, drzwi sali zostały otwarte, a u progu zjawił się okropny mężczyzna mówiąc: Przepraszam bardzo, ale nie zwrócono mi pieniędzy za bilet. To zmroziło wszystkim krew w żyłach. Co teraz? Cała publiczność wkręciła się w rozgrywającą się na naszych oczach scenę, niecierpliwie wyczekując reakcji aktorów. Wówczas, jeden z nich, zszedł ze sceny, chwytając uporczywego człowieka za kaptur. Chciał go bowiem pobić! Tamten jednakże wyrwał się, po czym mężczyźni zaczęli biegać wokół sceny. Wszyscy wyczekiwali na finał "co mi zrobisz jak mnie złapiesz". Obydwaj to pojawiali się, to znikali za kuluarami. Na sali panował rozgardiasz i ogromne skupienie. Nagle, aktor chwycił mężczyznę, po czym wbił w niego sztylet. Wtedy wszyscy wstrzymali oddech: O Jezu, zabił go! - wrzasnęła z przejęciem starsza kobieta. - Trzeba dzwonić po policję - szepnęła ze zdenerwowaniem siedząca za mną dziewczyna. Przed oczyma jawiły nam się obrazki z kryminałów A. Christie. I wtedy właśnie... okazało się, że była to część przedstawienia, która spowodowała wzrost adrenaliny widzów. Kolejne sceny były absolutnym majstersztykiem - zabawne dialogi, niesamowite zwroty akcji. Płakałam ze śmiechu i zazdroszczę sobie, że miałam przyjemność uczestniczyć w tak wspaniałym wydarzeniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz