poniedziałek, 7 września 2015

Edynburg

Edynburg. Wybierałam tam się od czasu, kiedy zamieszkałam w Londynie. Zabierałam się do kupna biletu, ale później stwierdzałam że za drogo, że nie mam czasu. Były chwile kiedy wolałam pójsc na jazz, zamiast jechac przez kilka godzin do innego miasta. Aż do tego roku. Gdy U. wraz z A. wyprowadziła się do Szkocji, poczułam się zmotywowana. Zmotywowana, żeby ją odwiedzic, żeby zobaczyc ten słynny Edynburg, życie Szkotów od podszewki.
Pogoda w Szkocji nie rozłożyła przed turystami czerwonego dywanu. Była grymaśna, jak hollywodzka gwiazda. Czasem słońce, czasem deszcz. Bardziej deszcz. Przynajmniej w piątek.Wysiadłam na stacji Edynburg Waverley - największej stacji kolejowej w mieście, tuż obok Princess Street - ulicy, która jest takim londyńskim odpowiednikiem Oxford Street. Odebrana ze stacji powędrowałam autobusem numer 11 do cudownego mieszkania, ze znakomitym jedzeniem i wspaniałymi osobami. Pogoda stawała się coraz lepsza, z dnia na dzień, choc wiatr smagał mi wlosy.
Edynburg to miasto piękne, przyjazne ludziom. Przyjazne mieszkańcom i turystom. Bez metra można bardzo szybko dostac się do najważniejszych częsci miasta, biorąc autobusy czy tramwaje.
W częsci starego miasta (Old Town) poczuc można zapach średniowiecznych wyobrażeń. Zamki, wzgórza, architektura, a na dodatek gwar festiwalowy - uliczny performerzy, grajkowie, komedianci, TANCERZE czy śpiewacy. To miasto trzeba poczuc, trzeba poznac. Przypomina okolice Tower of London, kiedy człowiek czuje się, jak gdyby wrzucony został do innych czasów, a ktoś w wielkiej zbroi wyskoczyc mial za chwilę zza rogu. Zawsze będę wspominac to miasto z sentymentem i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś je odwiedzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz