sobota, 15 czerwca 2013

Deszczowa kołysanka

Im dłużej mieszkam w mieście, które coraz częściej przypomina bardziej scenerię dickensowską aniżeli tę z ostatnich miesięcy, tym dłużej przywołuję wspomnienia o polskiej pogodzie. Londyn wbrew pozorom wcale nie jest miastem wiecznie skąpanym w deszczu. Plusk kropelek spadających na głowy śpieszących się ludzi wcale tak często nie nawiedza mieszkańców tejże stolicy, a jednak....
Lampy migocą pod wpływem uderzającego je deszczu. Wiatr świszczy dokoła, prześlizgując się miedzy budynkami. Pogoda nie zmienia się jak w kalejdoskopie. O ile sierpień bywa upalny, a od września aż do połowy grudnia pogoda uderzała w ton wiosenny, styczeń chwilowo przebrał się w śniegowy kostium by pozwolić na chwilę wyjść słońcu, które zniknęło w dniu, w którym kończył się marzec. A kwiecień? Ten primaaprilisowy? Godnie reprezentował tradycję, bo spłatał figle rozpuszczając Londyn w jesiennej aurze. I tak jest aż do teraz. Czasem ciepło, czasem zimno. Zimno. Tak, to lepsze słowo. Jest zimno, jest deszczowo, jest październikowo. Podobno rzadko czerwiec bywa tak chłodny. Czemu zatem to statystycznie niemożliwe "chłodno" trafiło akurat wtedy, kiedy ja tu przebywam?
Polska z pewnością pod względem pogody jest o wiele ciekawsza. Wiosna to czas lekkiego, zielonego powiewu, lato bywa gorące, bywa burzliwe, bywa... tak. Letnie. Jesień. Złota, polska jesień. Kolorowe liście, kasztany i te sprawy, no i zima. Ta prawdziwa, gdy marzniemy, gdy śnieg pięknie uderza o okna, kiedy dokoła jest biało, puchowo, świątecznie. Cóż. W Londynie albo wiosennie albo jesiennie. Jakoś ostatnio brak większych kontrastów. A mi brakuje tych czerwcowych, parnych dni, gdy otwierałam okno na poddaszu i czytałam opowiadania Iwaszkiewicza z lampką czerwonego płynu na nocnym stoliku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz