New York, New York
I want to wake up in a city
That never sleeps
And find I'm a number one
Top of the list
śpiewał Frank Sinatra, zanurzając się w sennych, "marzennych" szuwarach o nigdy niezasypiającym mieście. Ja mam tak samo, tylko że z Londynem. Pomimo, że w moim misternie upiętym grafiku, dni wolne stanowią jego dramatycznie niewielki ułamek, staram się zaznaczać je grubą czcionką.
Ostatni weekend, nie ustąpił miejsca poprzedniemu. Był równie ciekawy. Rutynowo, znalazłam się w najwspanialszej szkole tańca, w której odbywają się próby wielu aktorów czy piosenkarzy. Szkołę tę nazywa się mekką tancerzy, a po jej korytarzach przechadzała się chociażby Madonna.
Nieco irytujące, a jednocześnie ekscytujące jest to, że do mojej grupy, która w swojej nazwie wskazuje na grupę dla ludzi rozpoczynających swój życiowy romans z jazzem, chodzą tancerze z grupy zaawansowanej. Rozpoczynają o 12:00, a następnie zostają na drugą godzinę, co mnie nie dziwi, bo jazz jest przepięknym tańcem. Choć momentami ma się wrażenie, porównując to do gr na fortepianie, że wykonując tę samą sonatę Haydna niektórzy brzmią w niej jak doświadczeni muzycy, mający za sobą etiudy Rachmaninova, sonaty Beethovena czy Brahmsa, a niektórzy, jak nowicjusze, grający całe życie chałtury.
Przez to też, a może i dzięki temu, choreografia jest zawsze nieco trudniejsza, a wszyscy ci, którzy kręcą podwójne piruety czy szpagaty w powietrzu, wzbudzają we mnie zastygające na ustach "wow". Nasza choreografka należy do osób o wielkim poczuciu humoru i dużym dystansie do siebie, a to nie często chodzi w parze, jeżeli ma się przed sobą osobę, która zrealizowała się w swojej dziedzinie. Fleur, ma na koncie wiele tanecznych nagród, występowała w kabaretach oraz przy różnych brytyjskich produkcjach telewizyjnych, mimo to jest niezwykle pomocną acz wymagającą osobą, która cieszy się największą popularnością. Mówią, że jest legendą tej szkoły, chociaż ma dopiero ponad 30 lat.
Po tańcu, udałam się do Bermondsey. Tam, gdzie rozpościera się przepiękny widok na Tower Bridge, Canary Wharf czy Liverpool Street. Tam też mieszka kilku moich znajomych: jedna Polka i dwoje Anglików.
Po Bermondsey nastąpił market w Liverpool Street. Ze znajomą wydałyśmy pieniądze na nieplanowane sukienki. Sic! Następnie, udałyśmy się na dział z żywnością, gdzie spróbowałam francuskiej kuchni. Trochę nazbyt kalorycznej, jak dla mnie. Po Liverpool Street, komentując Eurowizję, udałyśmy się na Leicester Square, zobaczyć jak wygląda - od podszewki - premiera filmowa. Pamiętam, jak bardzo często widziałam urywki z londyńskich premier filmowych, o których opowiadała Ania Wendzikowska. W telewizji, magia telewizji działa. Odpowiednie ujęcie kamery, głośna muzyka i flesze sprawiają wrażenie wielkiego blichtru. Zwłaszcza mieniący się, krwiście czerwony dywan. Na żywo wyglądało to nieco inaczej, ale wciąż robiło wrażenie. Muzyka, konferansjerzy, onomatopeiczne kliknięcia aparatów i mnóstwo gapiów. Wszyscy. O tak! Wszyscy oczekiwali na przyjazd "gwiazd". "Limuzyny" podjeżdżały w odstępach czasu. Szyby na tylnych siedzeniach były przyciemnione, potęgując napięcie. Aktorzy, po wyjściu na dywan podchodzili do ludzi, chętnie robiąc sobie z nimi zdjęcia. Premiera Godzilli była niezwykle udana, a ja, po jakimś czasie udałam się ze znajomą na bawarkę, po czym wieczorem, zadowolona z kończącego się weekendy, wróciłam pociągiem do domu.
poniedziałek, 12 maja 2014
sobota, 3 maja 2014
Rutyna
Długa jest droga do raju kochanie, więc nie przejmuj się drobiazgami.
Stephen King
Czym charakteryzuje się dorosłość? Nie wiem. Ale zauważyłam, że im jestem starsza tym bardziej selekcjonuję rzeczy i ludzi. Tworzę swoje mentalne kolumny, z nagłówkami: ważne i nieistotne. I o ile widzę, że niektórzy przejmują się pewnymi wydarzeniami, o tyle ja, czując że mogłyby wywrzeć to na mnie wpływ, wrzucam pewne zdarzenia do rubryki nieistotnych zupełnie je ignorując.
To samo dotyczy budowania swojej codzienności. Ot, trywialne myśli, że życie składa się z drobiazgów, przekładam na życiową dewizę. Tygodniową rutynę, traktuję jako balsam dla duszy, a weekendy, jako klejnoty w królewskiej koronie codzienności.
Otaczam się książkami, filmami, muzyką, wyzwaniami, szukam nowych przepisów i codziennie próbuję moich nowych dań. Czytam biografię, a raczej quasi biografię, Stephena Kinga. Po angielsku. Poniekąd utożsamiając się z jego myślami.
Ten znany wszystkim pisarz też stawał przed wyzwaniami młodości. W ramach asekuracji (gdyby pisanie nie wypaliło) skończył studia, które uprawniały go do piastowania pozycji nauczyciela. Opowiadał, że szukał pracy, co wcale nie było takie łatwe. I pisał, pisał, pisał.
Ja też piszę. Niektórzy uważają, że pisanie powieści nie ma nic wspólnego z natchnieniem, że nie można na nie czekać, kiedy zabraknie weny i staje się w pewnym punkcie rozdziału, z niemocą pociągnięcia wątku. Twierdzą też, Ci niektórzy, i w sumie tak jak i King, że nawet jeśli brakuje pomysłów czy weny, to trzeba siedzieć i pisać. Pisać i pisać. Bo to praca. Należy się zmusić i regularnie pisać, powiedzmy 2 godziny dziennie. Zgadzam się z tym, ale poniekąd. Bo czasem pomysły czerpie się z dnia na dzień, bo czasem wyjazd do innego miejsca zmienia oblicze powieści i gdybym pisała regularnie, to moje rozdziały byłyby zupełnie inne niż te, które napisałam po wyjeździe do Londynu. Bohaterowie też byliby inni. Dlatego czasem popadam w długie przerwy w pisaniu, a potem nagle coś się zdarza, i piszę 10 bardzo dobrych stron. Po czym brakuje mi weny, zostawiam to i czekam na pomysły. Albo myślę: w ogień z taką literaturą! Przez to właśnie, wciąż jestem na początku ostatniej, trzeciej części mojej powieści. I trudno jest przebić się dalej.
Dlatego warto oglądać jak najwięcej, słuchać i obserwować. Doświadczać nowych rzeczy, rozwijać nowe pasje. Nowe pasje? Taniec. To to, co wywołuje we mnie tak samo wiele pożerających od środka namiętności, co kiedyś fortepian. Jazz zawładnął moją duszą. Tydzień kręci się wokół jazzu. Od poniedziałku zawsze odliczam dni do następnej niedzieli. Nie cierpię tego rodzaju tęsknoty, czy to do ludzi, czy zdarzeń, czy miejsc, kiedy zaczyna się tęsknić, jeszcze nie opuszczając tej drugiej osoby, ale wiedząc że za chwilę trzeba będzie. Tak. To najgorszy rodzaj tęsknoty, bo tam zostawia się swoje serce.
czwartek, 1 maja 2014
My dreams are always coming true.
"My dreams are always coming true. I achieve them, I go for them"
Słowa te wypowiedziała w jednym z wywiadów topowa, popowa, amerykańska gwiazda. Jedna z tych, która bawi się aranżacjami, cieniuje głosem, kolorując tonami wokalne krajobrazy. Popowa nie brzmi w kontekście sztuki nazbyt szumnie, jednak w tym przypadku mam na myśli kobietę sukcesu. Jedną z tych, która komponuje, a jej utwory nie schodzą z pierwszej trójki przez długi czas, triumfując w wielu krajach. Siedząc przed laptopem w to melancholijne, deszczowe, majowe popołudnie, wsłuchiwałam się w jej słowa. To zdanie, zapadło mi w pamięci.Przez trzy godziny oglądałam wywiady z ulubionymi artystami. Po angielsku. Bo ktoś postanowił być dla mnie - jak sam to określił - "harsh". Tylko po to, żeby mnie zmotywować. To co powiedział, niewiele miało wspólnego z prawdą. Ale miał dobre intencje. Zatem mimo, że jestem zadowolona z poziomu angielskiego jaki mam, to wciąż nie brzmię jak native speaker. I ktoś mi to powiedział. I nie chodzi tu o gramatykę, o to że bez problemu rozumiem trudne, słuchowe teksty czy że jestem w stanie napisać formę pisemną na poziomie CAE. Nie o to też, że szybko odpowiadam na pytania i potrafię utrzymać płynną konwersację z Anglikiem. Chodziło o to, że wymowa, która jest absolutnie zadowalająca jak na obcokrajowca, nie jest zadowalająca kiedy należy mierzyć się z native speakerem. I nie zadowala tej osoby. A że ta osoba jest bardzo wymagająca i bardzo mnie lubi, więc postanowiła mnie zmotywować.
Staram się zatem odrobić tę lekcję i jeszcze bardziej pretendować do angielskiego akcentu. Nie aby brylować, ale żeby móc dostawać zadowalające pozycje pracy.
To, co w Polsce nie byłoby aż tak wielkim wyzwaniem, w Anglii może być. Choćby szkoła. A raczej uczenie w niej. Nie, żeby nie było to w ogóle wyzwaniem. Nie to mam na myśli. Jest. Ale w innym kontekście.
Dwa dni temu, pomagałam nauczycielce, która wspomaga najsłabszych uczniów. Kiedy weszłam do jej klasy, postanowiła dać mi wstęp, jak będą wyglądały najbliższe trzy godziny pracy. Rozpoczęła szybkim, wyrazistym angielskim, konstytuując tym samym to, czemu chwilę później nadałam imię: WYZWANIE. Rozumiałam ją. Bez problemu. Pomimo stu informacji na minutę i tylu samych pytań. Po tych trzech godzinach odetchnęłam, z entuzjazmem opuszczając szkołę.
Znajomi, którzy mieszkają w Anglii od wielu lat, mówią że obcokrajowiec nigdy nie będzie brzmiał jak native. Ja uważam, że może nie w 100 procentach, ale w bardzo przybliżonym stopniu. O ile włoży w to wiele pracy. Czy mi się uda?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)