czwartek, 1 maja 2014

My dreams are always coming true.

"My dreams are always coming true. I achieve them, I go for them" 

Słowa te wypowiedziała w jednym z wywiadów topowa, popowa, amerykańska gwiazda. Jedna z tych, która bawi się aranżacjami, cieniuje głosem, kolorując tonami wokalne krajobrazy. Popowa nie brzmi w kontekście sztuki nazbyt szumnie, jednak w tym przypadku mam na myśli kobietę sukcesu. Jedną z tych, która komponuje, a jej utwory nie schodzą z pierwszej trójki przez długi czas, triumfując w wielu krajach. Siedząc przed laptopem w to melancholijne, deszczowe, majowe popołudnie, wsłuchiwałam się w jej słowa. To zdanie, zapadło mi w pamięci.

Przez trzy godziny oglądałam wywiady z ulubionymi artystami. Po angielsku. Bo ktoś postanowił być dla mnie - jak sam to określił - "harsh". Tylko po to, żeby mnie zmotywować. To co powiedział, niewiele miało wspólnego z prawdą. Ale miał dobre intencje. Zatem mimo, że jestem zadowolona z poziomu angielskiego jaki mam, to wciąż nie brzmię jak native speaker. I ktoś mi to powiedział. I nie chodzi tu o gramatykę, o to że bez problemu rozumiem trudne, słuchowe teksty czy że jestem w stanie napisać formę pisemną na poziomie CAE. Nie o to też, że szybko odpowiadam na pytania i potrafię utrzymać płynną konwersację z Anglikiem. Chodziło o to, że wymowa, która jest absolutnie zadowalająca jak na obcokrajowca, nie jest zadowalająca kiedy należy mierzyć się z native speakerem. I nie zadowala tej osoby. A że ta osoba jest bardzo wymagająca i bardzo mnie lubi, więc postanowiła mnie zmotywować.
Staram się zatem odrobić tę lekcję i jeszcze bardziej pretendować do angielskiego akcentu. Nie aby brylować, ale żeby móc dostawać zadowalające pozycje pracy.
To, co w Polsce nie byłoby aż tak wielkim wyzwaniem, w Anglii może być. Choćby szkoła. A raczej uczenie w niej. Nie, żeby nie było to w ogóle wyzwaniem. Nie to mam na myśli. Jest. Ale w innym kontekście.
Dwa dni temu, pomagałam nauczycielce, która wspomaga najsłabszych uczniów. Kiedy weszłam do jej klasy, postanowiła dać mi wstęp, jak będą wyglądały najbliższe trzy godziny pracy. Rozpoczęła szybkim, wyrazistym angielskim, konstytuując tym samym to, czemu chwilę później nadałam imię: WYZWANIE. Rozumiałam ją. Bez problemu. Pomimo stu informacji na minutę i tylu samych pytań. Po tych trzech godzinach odetchnęłam, z entuzjazmem opuszczając szkołę.

Znajomi, którzy mieszkają w Anglii od wielu lat, mówią że obcokrajowiec nigdy nie będzie brzmiał jak native. Ja uważam, że może nie w 100 procentach, ale w bardzo przybliżonym stopniu. O ile włoży w to wiele pracy. Czy mi się uda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz