1:30. W nocy. Ta pora generuje tylko jedno odczucie. Ochotę spania. Zwłaszcza kiedy w ciągu tygodnia nie potrzeba minuty, by zasnąć, bo zasypia się natychmiastowo. Noc z soboty na niedzielę, to jedyny czas kiedy mogę się wyspać. Kiedy mam leniwy poranek, suszone mango, bawarkę i śniadanie, którego nie muszę jeść w pośpiechu. Patrzę na zegarek, już prawie 2:00. Otwieram szafkę i jem słodkie mango, zaczynając czytać. Skoro nie mogę zasnąć, nie wiedzieć czemu, niech ten bezsenny czas ma chociaż jakąś wartość. W mgnieniu oka zasypiam, choć było to tak trudne jak Trzeci Rachmaninova albo Pierwszy Czajkowskiego.
Budzi mnie głośne miauczenie paskudnego kota, którego mijam codziennie popołudniu. Dałam mu na imię Crazy Cat, bo sama nie wiem czy jest rudy czy siwy, a poza tym zawsze stara się łapać te biedne, szare wiewiórki, które pewnego razu z pewnością go zaatakują. Wstrętny kot. Szczególnie, gdy włazi do naszego ogrodu i depcze róże, a na każde pukanie do szyby ucieka, jak gdyby zobaczył trąbę powietrzną.
Poranek minął, a ja udałam się autobusem do najbliższej stacji metra. Tylko cztery słowa potrafią postawić mnie na krawędzi tak jak dzisiaj: The line is suspended. Sic! Ludzie stoją na stacji i wpatrują się w czytniki na oyster card. A czytniki świecą się czerwonym kolorem, nikogo nie przepuszczając na magiczne, ruchome schody, chociaż ja ostatnio wybieram normalne, żeby ćwiczyć kondycję. Nikt nie podaje żadnej informacji, a zdezorientowani Londyńczycy kierują się w stronę wyjścia. Nie przejęłabym się tym faktem, gdyby nie to, że za półtorej godziny rozpoczyna się jazz, a chciałam usiąść na chwilę przed zajęciami i spokojnie wypić kawę, planując pracę na najbliższy tydzień. Trudno. Wychodzę. Kieruję się w stronę przystanku autobusowego i biorę autobus do najbliższej stacji metra. Następnie Northern Line, jednak tu też problemy. Z przesiadką ląduje w Piccadily, po czym okazuje się że Covent Garden jest zamknięte. Na szczęście od Leicester Square to tylko pięć minut, by dojść do szkoły. Thanks God. Docieram. Metro londyńskie ma w sobie trochę uroku. Lubię jeździć metrem. Victoria Line działa zazwyczaj bez zarzutów. "Pikadelka" jest zawsze załadowana, nic dziwnego, skoro jest w stronę Heathrow. Nie przepadam za linią centralną. Nie wiem dlaczego. Ale lubię metro, choć w metrze znajdujemy odbicie różnych kultur i zachowań. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy siadają i na oczach współpasażerów wyjmują tusze, cienie i szminki, malując się. Albo malując paznokcie. W metrze. Nie jestem wredna, ale zawsze śmieszą mnie sytuacje, gdy grupa znajomych biegnie do drzwi, chce zdążyć i ktoś zostaje na zewnątrz, bo nie był w stanie wbiec. Okropne nie?
Taniec wymaga tyle samo pracy co każda inna pasja. Nie przypuszczałam, że zrobienie double piruet jest takie trudne, nie wspominając już o różnych skokach, szpagatach i poziomie rozciągnięcia. Tak jak w pianistyce ćwiczy się skoki, dwudźwięki, szybkie granie oktaw, pasaże czy diabelny walczyk z pierwszej ballady, tak w tańcu ćwiczy się wyskoku. I nie tylko. Ale. Po kilkunastu latach siedzenia przed fortepianem i życia w szkołach od 7:30 do 20:30, przez okrągłe dwanaście lat, mój kręgosłup domaga się teraz ruchu, a jazz to jeden z najpiękniejszych stylów tanecznych, choć zależy, którą odmianę jazzu tańczę. Uwielbiam commercial jazz, lubię street jazz, choć choreografia jest zawsze czysto detaliczna, tak jak gdybym rozczytywała Gaspard de la Nuit Ravela. Albo Debussy'go. Albo którąś z etiud Rachmaninova. Niuans, to nie jest moje ulubione słowo. Weekend dobiegł końca, przebiegając mi przed oczyma niczym błyskawica. Już odliczam dni do następnego.
Bisous, bisous!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz