wtorek, 26 sierpnia 2014

"Britisz aksent?"

Miałam piętnaście lat. I mimo tych piętnastu lat, tkwiła we mnie świadomośc daru od losu. Daru, który nie każdemu jest dany.
Ach tak, tak. Wiem. Wstęp niczym z dzienników poczytnych poetów. Ale czytajcie dalej, drodzy czytelnicy.
Tym razem nakieruję się w stronę puentowania.
Darem tym był dzień, w którym posłana zostałam - w wieku lat ośmiu - do szkoły muzycznej. Wtedy zaczęła się wielka pasja. Bo w końcu niewiele osób zostaje w tak młodym wieku nakierowanych artystycznie. Mając osiem lat nie wiemy jeszcze, że istnieje coś takiego jak szkoła muzyczna, szkoła baletowa, szkoła tańca, łyżwiarstwo figurowe, szkoła sportowa. Mamy szczęście lub jego brak. Czasem to właśnie to my jesteśmy posłani do szkoły artystycznej, co odróżnia nas od naszych rówieśników. To ogromny dar jaki możemy otrzymac. Bo uczęszczając tam przez wiele lat, zdobywamy umiejętności, których inni, w wieku lat 20 nie nabędą za pstryknięciem palca. To nie jest umiejętnośc komunikatywnego posługiwania się językiem obcym, którego można nauczyc się stosunkowo szybko. Igram z ogniem? I z tym różnie bywa. Bycie pianistą, bycie tancerzem, a wreszcie sportowcem, to bycie kimś, kto na swoje umiejętności pracował kilkanaście lat. Nikt inny, nie nabędzie ich w rok. Ba. Nawet w kilka lat. Bo w końcu nie nauczysz się grac Appassionaty w rok, nie mając wcześniej styczności z fortepianem. Nie zagrasz koncertu wiolonczelowego Elgara, jeśli nie uczyłeś się grac na wiolonczeli od dziecka, nie zrobisz perfekcyjnego technicznie szpagatu w powietrzu, okraszonego potrójnym piruetem, jeśli nie biegałaś/eś - używając eufemizmu - na salę każdego poranka, samotnie okręcając się wokół własnej osi. Aż do zasranego znudzenia. Albo jeśli nie powtarzałaś w kółko tego samego motywu oktawowego. Z różnym efektem. Pasja to wspaniały dar. Chyba zawsze będę załowac, że nie zostałam zapisana do szkoły tanca. Ale w końcu nie można realizowac dwóch wielkich pasji. Bo niby jak? Pianistką i tancerką w tym samym czasie? Marzenie ściętej głowy. Ale moją duszę ciągnie w kierunku tańca, tak jak gdybym w poprzednim wcieleniu miała z nim stycznośc. No dobra. Nie wierze w poprzednie wcielenie, ale tak właśnie czuje. Zdarzało mi się popadac w marazm, tak jak każdemu człowiekowi. Kiedy zapominamy o tym, że w życiu jest tak wiele pozytywnych emocji, tak wiele do odkrycia. Taniec mi o tym przypomniał. Zwłaszcza kiedy mijam sale w szkole tańca i obserwuje ludzi, którzy w kólko cwiczą piruety, skoki, wymach nóg. I ta piekielna pasja, która iskrzy w ich oczach. I marzenia. Tańczenia w największych teatrach. Nie chcę byc gorsza. Teoretycznie jestem amatorką, ale już nie aż tak bardzo. Chodzę tam od roku. Dużo się nauczyłam. Chcę przejśc do wyższej grupy i wiem, że taniec to cos, czego nigdy nie będę robiła zawodowo (bo w końcu za późno zaczęłam, więc nie dla mnie castingi do teatrów na West Endzie), a mimo to coś, co przydaje się w życiu. Jesteśmy bardziej sprawni, cwiczymy, mamy lepszą kondycję, więcej endorfin. Zwłaszcza, że taniec jest nierozerwalnie związany z muzyką, a ta jest niezwykle bliska memu sercu. Klasyczna i nie tylko. Może to trywialne, ale czasami, ludzie na pytanie co lubisz w życiu robic albo jaką masz pasję odpowiadają: eee, lubię czytac. Lubię słuchac muzyki. To nie pasja. To hobby. Pasja to cos, czemu oddajesz duszę. I cwiczysz. Pasja wymaga poswiecenia. Ale daje równiez wiele satysfakcji.

Wyjezdzając do Londynu byłam zdania, że można wypracowac mówienie z brytyjskim akcentem. Bo jeśli już mówię po angielsku, to chcę mówic dobrze. Bo jesli chce sie pracowac na stanowisku na którym jest bardzo dużo konkurencja, perfekcyjny język to podstawa. Wierzyłam, że można mówic z innym akcentem. Jeśli tylko włozy się w to dużo pracy. Później, zwątpiłam w to, że jest to możliwe. Aż do ostatniego piątku, kiedy poznałam Polaka, który mówi z czystym, brytyjskim akcentem. Nie mogłam uwierzyc, że można dojsc aż tak dobrego poziomu zaawansowania. Dużo czytałam o pracy nad akcentem i w wiekszosci nawet ludzie pracujacy nad zgubieniem akcentu wiele lat, nie mogli się go pozbyc. Nawet jesli brzmieli bez polskiego akcentu, to akcent był po prostu nieokreślony. Ale nie czysto francuski/hiszpańki/angielski. A tu nagle, spotykam Polaka, który mówi najbardziej perfekcyjnym angielskim, jaki w życiu słyszałam. Możliwe? Tak. To była karkołomna praca, jak stwierdził, ale nie jest to niemożliwe. Zainspirował mnie. Zwłaszcza że żaden Anglik nie poznał się na tym, że Polak ten nie jest Anglikiem. To też pasja. Pasja do języków.Potrafię sobie wyobrazic jak wiele pracy go to kosztowało i choc niektórzy powiedza: "Ale po co pozbywac sie akcentu, przeciez jestes Polakiem", ja odpowiem: "Warto byc dumnym z bycia Polakiem, warto mówic pieknymi, polskimi zdaniami, ale kiedy mówimy w innym języku, warto mówic tym innym językiem".  Jak najlepiej. Bo polski akcent nie jest do niczego potrzebny językowi angielskiemu/francuskiemu itd. Tak jak angielski akcent nie jest potrzebny przy posługiwaniu się polskim. Kiedy mówię po polsku, chcę mówic po polsku. Jak najczyściej się da. Kiedy mówię po angielsku, chcę mówic po angielsku. Jak najlepiej. Nie wymawiając słowa "manage" na 300 sposobów, bo może mnie zrozumieją. Zaawansowanie w wymowie świadczy o naszych umiejętnościach lingwistycznych. A praca nad językiem, to niezwykle pasjonująca praca.

sobota, 23 sierpnia 2014

Beneath your beautiful

Tak długo jak tańczysz jesteś szczęśliwa.

Czas biegnie niczym rasowy biegacz, wyprzedzając wszystko inne na naszej drodze. We wtorek będzie moja druga rocznica pobytu w Londynie. Ale tak naprawdę to od października zeszłego roku wszystko zaczęło składac sie w czytelną układankę. Wspomnień jest mnóstwo. A wspomnienia potęgują znajome zapachy, przypisane do konkretnych miejsc, melodie, rutyna. Beneath your beautiful to piosenka, która zawsze będzie kojarzyc mi się ze szkołą tańca. Kiedy zaczęłam chodzic na jazz, w każdą niedzielę wstawałam z ekscytacją na to, co mnie czeka. Nie przeszkadzał mi padający deszcz i pazdziernikowy chłód, cieszyły przebłyski wiosennego wiatru. Zawsze będę pamiętac czytanie ksiązek w metrze, przeciskanie się przez tłumy ludzi w "pikadelce" oraz bieganie do windy w Covent Garden, żeby jak najszybciej dotrzec na miejsce. Zapach szkoły tańca też utkwił mi w pamięci. Tak jak zapach gorącego kakao z cynamonem, przedziera się przez nozdrza w chłodny, jesienny wieczór, tak zapach szkoły od razu, jak za ruchem magicznej różdżki oddala mnie od codzienności. Tancerze, ci zawodowi, biegają z góry na dół lub cwiczą na korytarzu. Mijam recepcję, słyszac dźwięk otwieranych drzwi. Idę na pierwsze piętro, już z oddali słysząc głos naszej choreografki, która pełna energii, roznosi pozytywne myślenie. Jeśli nie mam czasu na szybko herbatę z mlekiem i red velvet cake, kupuję coś na miejscu, po czym stoje w okienkach obserwując zaawansowaną grupę. Beneath your beautiful rozbrzmiewało przez miesiąc przy każdej rozgrzewce. Przy tym wszystkie pozycje, które wywodzą się z baletu, pięknie komponowały się z rytmem muzyki. Muzyka to najlepsze katharsis.

Ostatnie kilka dni pełne były pomyłek lub innej, niż dotychczas rutyny. Ostatni jazz pełen był genialnej choreografii, ale moje myśli były gdzie indziej. Zakochana w jazzie, postanowiłam jeszcze raz przyjśc na zajęcia w poniedziałek, bo tylko w te 2 tygodnie poniedziałki są wolne, a w każdy poniedziałek cwiczymy ten sam układ co w niedzielę. Układ cwiczyłam w domu i pełna entuzjazmu, po truskawkowo-naleśnikowym śniadaniu, czekoladowymi tostami i pogawędką z rodziną moich Anglików (która przyjechała do Londynu w wakacje, a którą przywitałam moim zmodyfikowanym przepisem na fish pie), wyruszyłam na cytrynowy tort i obiad na Ealingu, a następnie w kierunku Covent Garden. Padało. Bardzo mocno. Przemoczona, pomimo posiadania parasolki, weszłam do szkoły, będąc kilkanaście minut przed czasem. W poniedziałki zajęcia są w innych salach niż zwykle. Na górze. Stanęłam pod salą, pod którą stały dwie znajome mi twarze, z grupy niedzielnej. Zeszłam na chwilę na dół, po czym wróciłam w to samo miejsce, widząc że grupa weszła do środka. Weszłam i ja. Niestety po jakimś czasie do klasy weszła inna choreografka (byłam kiedyś na 2 zajęciach z nią). Myślałam, że jest to zastępstwo. Godzina się zgadzała. Twarze też. Jazz. Górne piętro. Pierwsze 10 minut było typową rozgrzewką, ale nieco bardziej zaawansowaną niż zwykle. Choreografka mówiła francuskie nazwy, a tancerze odpowiednio się ustawiali. Dałam radę. Dzięki temu że pewne elementy się powtarzają, a ja chodzę do tej szkoły już prawie od roku. Nagle, po kilku minutach, drzwi uchyliły się a ja usłyszałam melodię z niedzieli. W innej sali, gdzieś na górze. Moją choreografię. Moją godzinę jazzu. Wtedy, uswiadomiłam sobie że pomyliłam sale, a że nigdy nie chodziłam tam w poniedziałki, odruchowo poszłam na górę, a następnie weszłam za znajomymi ludzmi z grupy jazzu. Nie pomyślałam tylko, że te znajome twarze, to tancerki które zaczęły tańczyc w wieku 8 lat, wtedy, kiedy ja zaczęłam grac na fortepianie. Było juz za pozno, aby zmienic sale. Zaplaciłam za tę godzinę, poza tym nie można się spozniac.
To, że ludzie chodzą na różne grupy, czasem nawet na bardziej zaawansowane jest normą. Każdy chętnie poznaje innych choreografów.

Schody zaczęły się, gdy choreografka powiedziała po francusku (!) sic! aby tancerze usiedli w szpagacie. Rozejrzałam się dokoła, i prawie wszyscy (grupa liczyła około 25 osób) usiedli w szpagacie. Wielkie lustra, przyczepione do wszystkich scian znakomicie to zilustrowały. Oczywiście nie jestem jeszcze na tyle zaawansowana, by wykonac takie cwiczenie. Usiadłam tak jak niektórzy, ze zgiętą z tyłu nogą, a wyprostowaną drugą. Choreografka podeszła do mnie i dała wskazówkę, iz palce u stopy muszą byc wyprostowane. Jakie palce? - pomyślałam. Jeśli nie ma nawet szpagatu - wyprostowałam się, prostując przy tym palce. Choreografia była bardzo trudna i piękna zarazem. Dałam radę, ale najwięcej przyjemnosci czerpie sie zawsze z zajec na swoim poziomie zaawansowania tanecznego. Gdy wyszłam z sali, chwyciłam leżace na recepcji harmonogramy zajęc sprawdzajac w jakiej grupie przez przypadek wylądowałam. "Advanced" przeczytałam.

Konkludując: Póki tańczymy jesteśmy szczęsliwi. First position parallel wybrzmiewa mi juz od dłuższego czasu w głowie. Zafascynowana tańcem obejrzałam ostatnio dwa filmy. Centre Stage - turn it up i Billy Elliot. Oba bardzo pięknie obrazują miłosc i pasję. 

To był ostatni dzień wakacji. Od jutra rytyna.

Parallel... 


środa, 6 sierpnia 2014

I am going to celebrate it!

"Wartośc butelki zmienia się w zależności, czy sprzedawana jest na pustyni czy przy wodospadach".

O tak czytelnicy! Kiedy w czasach studenckich miałam przed sobą perspektywę trzech miesięcy wakacji, nie zawsze doceniałam ich wartośc. Jednak pewnego dnia zaczęłam szukac oddechu. Zwłaszcza kiedy zaczęłam pracowac od poniedziałku do piątku z maksimum dwugodzinną przerwą w ciągu dnia, kiedy w sobotę wstawałam by dzielnie stawiac czoła przygotowaniom do egzaminu GCSE, a w niedzielę biegałam po całym Londynie. Nie żebym tego nie lubiła. Miałam chwile, kiedy uśmiechałam się do siebie na przystanku, ciesząc się możliwością mieszkania w mieście, które kocham i spotykania ludzi, których uwielbiam...

Ale. Ostatnio...

Celebrowałam każdą chwilę odpoczynku. Siadałam na moment w kawiarni, żeby przestac biegac i chwilę odpocząc. Ale każdego dnia, budzik z całym majestatem swojej bezczelności, budził mnie o znienawidzonej 6:30, wyrywyjąc z mojego wielkiego i miękkiego łóżka. Otwierałam oczy i nawet nie wstając miałam w głowie: Again? Podchodziłam do lustra, i nie miałam czasu, żeby spokojnie się wybudzic. Z zegarkiem w ręku próbowałam dogonic codzienną rutynę, żyjąc wielowątkowo.

Wciskając pedał energii, dobrnęłam do dzisiaj, kiedy to z szelmowskim uśmiechem na twarzy mogę zaplanowac moj jeden, całkowicie wolny tydzień. Nie za wiele, jak po dwóch latach (niebawem rocznica!) ciągłej pracy, uczenia się i stresu, ale ja winszuje sobie. To będą oprószone relaksem dni.

Mówię dużymi literami! Nadchodzi upragniony od dawna tydzień. Tydzień,  który był w sferze moich marzeń. Czas, kiedy zostaje zupełnie sama w domu, bez obowiązków, bez nauki, bez budzika, wolontariatów, zwiedzania. Bez czytania pierwszych stron gazet, z myślą o...

Omamiona perspektywą wolności, wyszukuję przepisy na różnorodne śniadania, na których nigdy aż tak bardzo się nie skupiałam. Obiady, kolacje. Jamie Oliver kusi kolorami, wydzierając z mojej wyobraźni ogromne płaty kulinarnej wirtuozerii. 

W sukience koloru marengo, naleśnikami osłodzonymi truskawkami oraz bawarką, rozpocznę niedzielny poranek, siedząc w angielskim ogródku. Czy można sobie wyobrazic bardziej błogą niedzielę? Kiedy pierwszy raz od dłuższego czasu będę spała do chwili, aż się obudzę, po czym przyrządzę słodkie śniadanie, wychodząc chwilę później do najbardziej znanej, londyńskiej szkoły tańca? Oddając duszę pasji?

Jak dawno nie miałam czasu na oglądanie starych filmów, w których kocham się do szaleństwa. Nic tak nie poprawia humoru jak musicalowe dźwięki, okręcone pluszem lejącego się wina i włoskiej kuchni. Ups, niespodziewane crescendo mojej radości!

Jestem absolutnie kontent! Taniec, jedzenie i stare filmy, to to, na co długo czekałam. W międzyczasie wycieczki nad morze, czytanie książek i wdychanie tego brudnego powietrza metropolii. Ot truizm! Wspaniałych wakacji!

sobota, 2 sierpnia 2014

Monotematycznie

W letnim letargu. Siedzę przed laptopem, kosztując słodkie mango zmieszane z serem feta. Popijane białym winem. Po moim debiucie z dwudziestoma krewetkami, od których zawsze uciekałam. Niebieski kubek z napisem Keep calm be happy stoi na biurku, przypominając mi o rudymentarnych, życiowych zasadach. Zwłaszcza to Keep calm.

W Londynie albo parno, albo chłodno. Okropne koty, każdej nocy odgrywają partie solo, nie pozwalając mi spac. A jakby tego było mało, deszcz stuka o szyby, budząc mnie nad ranem.

Szykują się dwa wakacyjne tygodnie. Takie o których od dawna marzyłam. Kolejny tydzień to ostatni tydzień pracy. A później... Pierwszy tydzień to tydzień tańca, nowych dań, filmów i oddechu. Wreszcie będę miała czas pójśc na Dancehall! Kolejny, to intensywny kurs angielskiego, a raczej nauki wymowy i akcentu. Intensywny, bo od 10 do 17, czyli 7 godzin dziennie. W Chancery Lane! Ale to przyszłośc! Jutro natomiast czeka mnie mój ukochany jazz oraz popołudniowy debiut w bieganiu, w towarzystwie Francuza! Nie przypuszczałam, że taniec może byc aż tak uzalezniający. Codziennie robie brzuszki i wszystkie inne cwiczenia, po czym włączam muzykę taneczną i cwiczę układy. Jestem monotematyczna. To chyba synonim pasji, czyż nie?