W letnim letargu. Siedzę przed laptopem, kosztując słodkie mango zmieszane z serem feta. Popijane białym winem. Po moim debiucie z dwudziestoma krewetkami, od których zawsze uciekałam. Niebieski kubek z napisem Keep calm be happy stoi na biurku, przypominając mi o rudymentarnych, życiowych zasadach. Zwłaszcza to Keep calm.
W Londynie albo parno, albo chłodno. Okropne koty, każdej nocy odgrywają partie solo, nie pozwalając mi spac. A jakby tego było mało, deszcz stuka o szyby, budząc mnie nad ranem.
Szykują się dwa wakacyjne tygodnie. Takie o których od dawna marzyłam. Kolejny tydzień to ostatni tydzień pracy. A później... Pierwszy tydzień to tydzień tańca, nowych dań, filmów i oddechu. Wreszcie będę miała czas pójśc na Dancehall! Kolejny, to intensywny kurs angielskiego, a raczej nauki wymowy i akcentu. Intensywny, bo od 10 do 17, czyli 7 godzin dziennie. W Chancery Lane! Ale to przyszłośc! Jutro natomiast czeka mnie mój ukochany jazz oraz popołudniowy debiut w bieganiu, w towarzystwie Francuza! Nie przypuszczałam, że taniec może byc aż tak uzalezniający. Codziennie robie brzuszki i wszystkie inne cwiczenia, po czym włączam muzykę taneczną i cwiczę układy. Jestem monotematyczna. To chyba synonim pasji, czyż nie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz