niedziela, 12 października 2014

Jazz, komediowa Chelsea i gorąca czekolada

Pada. Stukot, za stukotem. Otwieram oczy. Uporczywy budzik, rzęzi fałszywym tonem. 6:40. Jeszcze chwila. Za oknami ciemno, brak światła i ten natrętny deszcz. Słyszę brzęk. Na oknie, leniwym krokiem, spaceruje sobie "daddy long-legs". Typowe dla Anglii. Otwieram szkatułkę z dobrym humorem, aplikując jej zawartośc do duszy. Po co rozmieniac się na drobne? Nie zdezerteruję. 7:40. Zakładam kupione wczoraj kalosze. Zawsze wzdrygałam się na ich widok. Są dla mnie niemodne, jakkolwiek, ktokolwiek, by ich nie promował. Wyglądają koszmarnie i są dla mnie bez polotu. No tak. Czyżbym się starzała? Nie. Mam młodą duszę. I młode ciało. Ale zakładam te kalosze, bo wolę to, niż mokre buty.

Czuję się jak na skrzydłach. Pełna entuzjazmu. Mimo tego deszczu. Mimo szarości dnia. Mimo, że moje życie nie jest idealne.

Słyszę głos J. Krzyczy: "Anna". Odwracam się. Mówi, że nie działa telewizor. Jakby był to największy news dnia. Mówię że trudno, on, że skończył czytac "Matyldę". Wchodzę w angielski ton, z zachwytem wykrzykując: "Excellent!" To go motywuje. Obiecuję, że pozwolę mu pokazac swoje karty wieczorem, a on, już szaleje na moim punkcie. Oh, dear.

Idę tą samą uliczką co zawsze, w kierunku przystanku. Wiem, że mam doładowaną oyster, więc spokojnie łapię autobus. Potem biorę "victorię" i spędzam w niej długi kawał czasu. Otwieram "Nanę" Zoli, którą obiecałam sobie przeczytac. Po angielsku. Ale książka ta nudzi mnie coraz bardziej. I w tym jest jej cymes. Nic się w niej nie dzieje. Odkładam ją do torby, czekając, aż dojadę na miejsce. Gdy opuszczam stację, nastaje ta genialna, sobotnia chwila, kiedy jestem przez 15 minut sama. Bez nikogo. Mam ten błogosławiony, święty spokój (po całym tygodniu), więc wdycham to deszczowe powietrze, uśmiechając się do siebie. 

Gdy przekraczam próg szkoły, widzę czekające dzieci i ich rodziców. Obchodzimy "Dzień Nauczyciela", a w pokoju czeka przepiękny tort, upieczony przez Anię i Pawła. To rozbudza pozytywną atmosferę i radośc na twarzach nauczycielek. Wspaniała chwila, w gronie świetnych ludzi, kiedy można wypic kawę czy herbatę z mlekiem (które musi byc!) i wymienic się spostrzeżeniami. 

Następnie spotkanie z moimi nowymi rodzicami, lekcja o frazeologizmach i apel. Na apelu, losowaliśmy różne zadania do wykonania. Wiedziałam że trafię albo na opowiedzenie kawału, albo na śpiewanie. Chyba jestem profetką, bo wylosowałam śpiewanie! I mimo, że kocham śpiewac, to nie jestem najwybitniejszą wokalistką. Postanowiłam zatem wybrac kilka dzieci i zaspiewac razem z nimi. A że pozwolono mi zagrac na pianinie, tak więc, stałam się akompaniatorką dla moich utalentowanych wokalistów. 

Po zajęciach skończyliśmy przepyszny tort, a ja udałam się na Ealing. 

Wieczorem oglądałam mecz Polska - Niemcy. Wraz z A. i J. 
A. stwierdził, że Niemcy są znakomici, no i ostatnio wygrali mistrzostwa. Ja odpowiedziałam: Well... That was a miracle. And you know... miracles sometimes happen. 

Późną nocą, zasładzałam się słodkim mango, oglądając moje ulubione reality show - Dance Moms. Po angielsku. 
Przypadkiem też, dowiedziałam się czegoś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Życie zaskakuje.

Niedziela była przepiękna. Szłam Covent Garden, kierując się w kierunku bocznej uliczki, między drogimi restauracjami. Uwielbiam tam przesiadywac, wdychając to chłodne, październikowe powietrze. Wprawdzie padało, ale miałam swoją klasę jazzu (której oddałam serce), udało mi się poznac S. (!) i delektowac się francuskim przysmakiem z Marca i Spencera, z pysznymi kawałkami brzoskwiń. Nowa tradycja?

Czy jest cos genialniejszego niż wieczór w Londynie, w kawiarni, z gorącą czekoladą i bitą śmietaną oraz bestsellerem Ch. Handler? Uwielbiam tę kobietę! 

W domu czekało na mnie Sherped's pie. Mój niedzielny obiad od E. Już odliczam dni do weekendu.

środa, 8 października 2014

I'm starving!

Poniższy przepis jest dla wszystkich tych, którzy kochają się w szybkich daniach, a także dla tych którzy odpychają od siebie dania makaronowe oraz śmieciowe, angielskie jedzenie.

Gdyby Anglicy poza oglądaniem obrazków, czytali również zawartośc książek kucharskich, ich problemy z nadwagą zniknęłyby w mgnieniu oka.
Jak się bowiem okazuje, Londyn, to nie tylko najdroższe miasto na świecie (jeżeli chodzi o utrzymanie się), ale i stolica największej ilości ludzi otyłych.

Jeżeli przytłacza Was ta okropna, jesienna pogoda i zamiast poddac się melancholii, szukacie w sobie choc odrobinę euforii, może dobrze będzie zacząc od ugotowania sobie nowego dania? Przygotowanie go zajmie Wam nie więcej, niż 20 minut.

Składniki: (1 lub 2 porcje, w zależności od tego, jak bardzo jesteście głodni)
- dwa filety z kurczaka
- kuskus (100 g)
- puszka czerwonej fasolki (dodajcie tyle, ile lubicie o ile w ogóle)
- dwie rzodkiewki
- 2 spring onions (szumnie brzmi, a jest to po prostu szczypior)
- ogórek (opcjonalnie)
- chutney (tylko nie kupujcie owocowego)

Przygotowanie:
1. Kurczaka pokroic w kostkę i usmazyc.
2. Kuskus (wsypac do naczynia/foremki etc. i zalac wrzatkiem, odczekac kilka minut)
3. Gotowy kuskus obsypac pokrojona rzodkiewka, fasolką, szczypiorem oraz kurczakiem. Dodac chutney dla smaku.

Powodzenia!


wtorek, 7 października 2014

Arktyka

Chłodno w tym Londynie. Snuję się znajomymi uliczkami, w mojej dzielnicy, przemarzając do cna. Jak gdybym znalazła się w samym centrum Arktyki. Policz do trzech. Nawet jak na emfazę, brzmi to zbyt szumnie. Raz, dwa, trzy. Nie jest aż tak zimno, ale chłód roztapia się na każdym centymetrze mojego ciała. Autobusy wymijają się na zakrętach, a ja desperacko spoglądam na czerwone światło, próbując jak najszybciej dojśc do domu. Brrr. Jak na złośc, samochody gonią jeden za drugim.

W zeszłym tygodniu miałam przyjemnośc spotkania się z moimi znajomymi, którzy mieszkają obecnie w stanie Washington, ale postanowili zrobic sobie wycieczkę po Europie. Spędzili pięc dni w Londynie, a następnie w Paryżu i Amsterdamie. Pięknie? Ja jestem skazana na Londyn i nie mam nic przeciwko. Też jest piękny. Zwłaszcza jesienią. Zwłaszcza South Kensington. No i Covent Garden.

Spotkaliśmy się na parterze, w hotelu znajdującym się w samym centrum Londynu, tuż przy stacji Westminster. Z ich okna widoczny był Big Ben i cała magia tego gwarnego miasta.

Zaprosili mnie na śniadanie. Amerykanie mają bardzo otwarte usposobienie i mentalnie, są totalnym przeciwieństwem Anglików. W hotelu serwowano typowo angielskie jedzenie. Typowa fasolka w sosie pomidorowym, której wartości odżywcze są tak wątłe, jak ratlerek stojący obok tornada; jajecznica z kiełbaskami i cała reszta. Zjadłam jajecznicę i kanapki, popijając kawą (której nie znoszę).

Zdążyłam na czas, ledwo się wyrabiając. Szybko sprawdzając czy bliżej będzie ze stacji Waterloo czy też Westminster, wybrałam tę drugą, kierując się mapką w telefonie. W ostatniej chwili udało mi się kupic cztery typowo komercyjne, angielskie kubki, aby dac moim Amerykanom pamiątki z Londynu. Kubki te miały napisy: Keep calm be happy etc.

Wspaniale było ich spotkac, posłuchac tego wyśmienicie brzmiącego, amerykanskiego akcentu, po czym wrocic do codziennosci, biegnac co sił, by zdązyc zrobic zakupy na lunch, by pozniej go przygotowac.

W zeszłą środę upiekłam czekoladowy tort, z okazji urodzin N.
Wróciłam też to prywatnych lekcji angielskiego z D., przemakając do cna, w strugach okrutnego deszczu.
Mój nowy nauczyciel to Anglik. Im dłużej mieszkam w Anglii, tym bardziej zaczyna mnie irytowac ich mentalnosc. A może sposób bycia. Lovely, w ustach faceta brzmi nieco... No właśnie. Dokończ zdanie. Lubię pochwały, ten system jest znakomity, ale wydaje mi się, że Anglicy nie wyważają tych pochwał tak jak powinni. Bo jeżeli mają doczynienia z czymś, co możnaby określic jako 20 % czyichś możliwości, to dlaczego okraszają swoje wypowiedzi trzykrotnie powtórzonym excellent, zamiast powiedziec: Jesteś świetna, ale popracuj jeszcze nad tym i nad tym?