poniedziałek, 17 listopada 2014

Shake it off !!! :D

"W życiu najcenniejsze są momenty, które wstrzymują nasz oddech".

Podobno szczęście sprzyja odważnym. Wyjeżdżając do Londynu, spełniło się moje marzenie o mieszkaniu w nim, ale nie przypuszczałam, że spełni się jeszcze jedno. To taneczne.
Za każdym razem kiedy wychodzę z sali tańca, na której ścianach, zawieszone są wielkie, połyskujące lustra, czuję się tak, jak gdybym wyszła z dobrej imprezy. Z miejsca, w którym mogłam się śmiac, miec dobrą zabawę a przy okazji robic coś, co sprawia mi wielką przyjemnośc. Coś, czym oddycham.

Londyn jest przepięknym miastem, ale żeby go docenic, trzeba po prostu móc go dotknąc. Musnąc się jego kolorytem, kulturą. Na sto procent. Słuchac angielskiego radia, oglądac angielską telewizję, rozmawiac z mieszkancami i pracowac wsrod nich. Wtedy, myśle że można wypowiedziec się w pełni, na temat tego, jaki jest Londyn.

Wyszlifowałam swoją rutynę. Nie przeszkadza mi jeżdzenie z północy na wschód, z południa na zachód, przesiadając się kilka razy z rzędu. Nie muszę już nawet czytac tabliczek na stacji metra, bo mimochodem wpadam z jednego pociągu do drugiego. Mimo tej typowo wielkomiejskiej szmiry, mimo zatłoczonego metra, mam do niego sentyment. Ale może dlatego Londyn jest mi tak bliski, bo i wiele z mojej polskości ma on w sobie. Ealing, to jedna z ciekawszych, "polskich" części Londynu. Miejsce, do którego często wracam na polski obiad lub by kupic polskie gazety. Ale też kafejki. Gorąca czekolada z rozpływającą się na niej lekką, bitą śmietaną. Jej aromat unosi się w powietrzu, wdzierając się swoją słodyczą do nosa. Do tego "red velvet cake", czyli przepyszne, krwisto czerwone ciasto, serwowane na żółtych, porcelanowych talerzykach. I bardzo chłodne Covent Garden, moja ulubiona ławka, pomiędzy drogimi sklepami i unoszącym się dymem.

Głośne klaksony dźwięczą, z impetem przedzierając tysiące ludzkich głosów. Na Leicester Square jak zwykle tłoczno. Wszyscy gdzieś się spieszą.
I ja też, spieszę się na autobus czy na pociąg, z książką Chelsea Handler - amerykańskiej komediantki z New Jersey - w ręku.

Spoglądam na bilet, na którym jest napisane Martha Argerich i Daniel Barenboim. I mam nadzieję, że ta chimeryczna, argentyńska pianistka, a zarazem żywa legenda, nie odwoła koncertu w londyńskiej Royal Festival Hall. Nie tym razem!

Grudzień zbliża się wielkimi krokami, a ja powinnam wreszcie ustalic priorytety. Cele. Pięc. Bo podobno jeśli czlowiek nie wyznacza sobie sam takiego celu, to szybko znajdzie sie ktos, kto wyznaczy nam swój cel. A tego nie chcemy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz