Parno i gorąco w Londynie. W ostatni weekend district line była częściowo zamknięta, co trochę zepsuło mi szybkie poruszanie się po mieście. Miałam umówione spotkanie. O 17:00. A dotarłam na 18:30, roztapiając się w deszczu i dygocąc z marnymi japonkami na stopach. Przez ostatnie trzy zajęcia tańczyliśmy do "Big Girls Cry" fenomenalnej artystki - Sii. Dawno nie widziałam tak znakomitej choreografii i kiedy przypominam sobie te zajęcia, to pozostaje bez słów. Nasze zajęcia były jak jakiś spektakl.Poziom ten szkoły jest wysoki. Totalnie. Zwłaszcza, że wszyscy nauczyciele to "performerzy" teatrów na West Endzie.
Nasza choreografka jest bardzo dobrą aktorką i świetnie udaje jej się, z wyniosłą miną, chodzic po sali i wlepiac wzrok w każdego z tancerzy. Ma ona w zwyczaju wybierac jedną osobę i przeszywac ją wzrokiem. Sama zastanawiam się na ile to jej charyzma, a na ile gra aktorska, ale w życiu nie spotkałam nikogo, kto byłby wiekszym wzorem do naśladowania. W każdym bądź razie jej sala jest zawsze pełna, a ludzie wręcz lgną na jej zajęcia. Jest genialna w tańcu. W życiu nie widziałam nikogo lepszego technicznie i bardziej charyzmatycznego. To z pewnością druga, po Marcie Argerich osoba w moim życiu, która jest dla mnie w jakimś stopniu autorytetem.
A sam taniec? Daje mojej duszy zupełnie coś innego, niż gra na instrumencie. Taniec daje wolnosc. Skoki w powietrzu dają wrażenie ulotności. Człowiek czuje się wolny, jak ptak, a porównanie to zrozumie tylko ten, kto miał w życiu możliwosc uczęszczania na jazz. Czy od dziecka, czy później. To chyba moja największa miłosc. Na Londyn patrzę innymi oczami, po tych trzech latach bycia tutaj. Szkoła tańca i życie z E. to ogromna lekcja życia. Powoli zbliża się lipiec, moja podróż do Gdańska i odpoczynek od tak kochanego jak i chłodnego mentalnie, gwarnego miasta. Londyn można kochac za jego różnorodnosc, za jego historię, ale można też znienawidzic, ze jego chłód, za jego ciemną stronę. I mimo, że chcę tu zostac bo od zawsze czułam że to moje miasto, to cieszę się na moją ucieczkę z tej metropolii. Na moje kilka dni nad polskim morzem, bez londyńskiego harmidru, bez E. której powoli mam dosc, bez szkoły tańca, w której niektórzy naprawda mocno rywalizują o bycie zauważonym, o bycie na West Endzie. Cieszę się na spokój, na polskie, morskie powietrze i ciszę. Słuchając "Passapied" Debussiego, muszę przyznac że zrealizowałam już wszystkie moje postanowienia na ten rok, może poza dwoma. I zamierzam napisac kolejną listę i zrealizowac ją do grudnia. Oczywiscie dalej uczę się w klasie "general" i wciąż mam wiele do zrobienia, ale o ile zaawansowana grupa jazzu była nieco przerażająca na samym początku, o tyle teraz biorę 3 godziny tygodniowo i jakoś sobie radzę. Póki co kierunek Gdańsk. Zawsze miałam takie małe marzenie, żeby spędzic wakacje nad polskim morzem. I niby jest to proste, ale jakoś nigdy nie miałam okazji. Zawsze miałąm inne plany. Wreszcie się to uda. Zakończenie roku w szkole, chwila w Londynie ukoronowana pójściem na operę "Don Giovanni" w Royal Opera House, a następnie pakowanie i mój ukochany Gdańsk.
czwartek, 25 czerwca 2015
czwartek, 4 czerwca 2015
Kopenhaga
Kiedy E. oznajmiła, że będę miała w wakacje 5 wolnych dni, przez moją wyobraźnię przemknęła upajająca myśl. Ten rok, a przynajmniej jego znaczna częsc, to spełnianie zadań, wypisanych na mojej liście. Lista, to moja domena. A na liście, napisałam kiedyś: chcę zobaczyc Kopenhagę. To o niej wspominała moja najukochańsza, polska pisarka, królowa pióra - Chmielewska. To tam, w ogrodzie, przy rozpalającym słońcu i tulipanach, rozwiązywała ona największe zagadki, ze świtą swoich przyjaciół. To Dania, ZAWSZE kojarzyła mi się z czymś interesującym, z czymś sentymentalnym, z czymś o czym czytałam miliony razy. I kiedy poszłam na koncert Marthy Argerich, dałam pokłon latom spędzonym przed fortepianem, a teraz, gdy jadę do Kopenhagi, chcę dac pokłon literaturze i pierwszej pisarce, dzięki której zakochałam się w czytaniu książek, kończąc na filologii polskiej.
Ujmując temat nieco bliżej, po krótkim namyśle, zerkając na stronę EasyJeta sprawdziłam daty i zatrudniłam N. do rezerwacji biletu. Jestem niegodna nieposiadaczką karty, którą można płacic online i desperacko proszę N. o zrobienie tegp za mnie. Jakoś nigdy nie jest mi po drodze do banku, by wreszcie to załatwic. Kolejki mnie przerażają. Są miałkie, długie, w banku jest gorąco, a w tym najbliższym przy okienku zawsze siedzi pan, który ma typowo brytyjski, trącący o "posh" akcent. I ilekroc go słyszę, chowam się za papierami, bo wersja "posh" brzmi zabawnie. I nie wiem co mnie w tym bawi, ale zawsze wtedy wyobrażam sobie komedie W. Allena, w której mógłby to przedstawic. Nieważne. Jak to się mawia: wyraz mojej twarzy byłby wtedy wykropkowany.
Ujmując temat nieco bliżej, po krótkim namyśle, zerkając na stronę EasyJeta sprawdziłam daty i zatrudniłam N. do rezerwacji biletu. Jestem niegodna nieposiadaczką karty, którą można płacic online i desperacko proszę N. o zrobienie tegp za mnie. Jakoś nigdy nie jest mi po drodze do banku, by wreszcie to załatwic. Kolejki mnie przerażają. Są miałkie, długie, w banku jest gorąco, a w tym najbliższym przy okienku zawsze siedzi pan, który ma typowo brytyjski, trącący o "posh" akcent. I ilekroc go słyszę, chowam się za papierami, bo wersja "posh" brzmi zabawnie. I nie wiem co mnie w tym bawi, ale zawsze wtedy wyobrażam sobie komedie W. Allena, w której mógłby to przedstawic. Nieważne. Jak to się mawia: wyraz mojej twarzy byłby wtedy wykropkowany.
wtorek, 2 czerwca 2015
Błaszczak gotuje - Cottage Pie
O ile lunche zawsze przygotowuje sobie sama, o tyle obiady zawsze jadłam z moimi Anglikami. I niestety, w ostatnim czasie i oni poddali się tym swoim wierutnie okrutnym, angielskim zwyczajom, kupując gotowe produkty lub przygotowując wariacje makaronowe. Udało mi się jednak przekonac ich do swoich upodobań i ten tydzień, to mój całkowicie dowolny tydzień gotowania, a dla nich próbowania mojej kuchni.
Dzisiaj nastąpił mój debiut, w przygotowywaniu tzw. "Cottage Pie" z rozmarynem. I był on całkiem udany, szybki i zdrowy.
Składniki:
750 g mielonego mięsa wołowego (chociaż powinnam użyc baraniny, ale za nią nie przepadam)
1 ząbek czosnku
1 szczypior
1 puszka pomidorów (450 g)
2 gałązki rozmarynu
4 listki szałwii
bulion wołowy - 450 ml lub czerwone wino
100 g zielonego groszku
3 marchewki
2 słodkie ziemniaki
3 zwykłe ziemniaki
Przygotowanie:
Na rozgrzanej patelni, skropionej olejem z oliwek podsmażamy rozmaryn i szałwię (2 minuty), następnie dodajemy mięso. Smażymy, aż będzie gotowe. Następnie wrzucamy pokrojoną w drobną kostkę marchewkę oraz czosnek. Następnie pomidory z puszki. Podsmażamy wszystko przez chwilę, a następnie dodajemy bulion. Czekamy, aż bulion nieco wyparuje (20 min), a następnie, pod koniec wrzucamy mrożony groszek i pokrojony szczypior. W międzyczasie gotujemy ziemniaki i robimy puree.
Sos z mięsem wrzucamy na dno naczynia żaroodpornego, na wierzchu puree. Na to kładziemy odrobinę masła oraz starty ser cheddar. Sól i pieprz wedle uznania.
Dzisiaj nastąpił mój debiut, w przygotowywaniu tzw. "Cottage Pie" z rozmarynem. I był on całkiem udany, szybki i zdrowy.
Składniki:
750 g mielonego mięsa wołowego (chociaż powinnam użyc baraniny, ale za nią nie przepadam)
1 ząbek czosnku
1 szczypior
1 puszka pomidorów (450 g)
2 gałązki rozmarynu
4 listki szałwii
bulion wołowy - 450 ml lub czerwone wino
100 g zielonego groszku
3 marchewki
2 słodkie ziemniaki
3 zwykłe ziemniaki
Przygotowanie:
Na rozgrzanej patelni, skropionej olejem z oliwek podsmażamy rozmaryn i szałwię (2 minuty), następnie dodajemy mięso. Smażymy, aż będzie gotowe. Następnie wrzucamy pokrojoną w drobną kostkę marchewkę oraz czosnek. Następnie pomidory z puszki. Podsmażamy wszystko przez chwilę, a następnie dodajemy bulion. Czekamy, aż bulion nieco wyparuje (20 min), a następnie, pod koniec wrzucamy mrożony groszek i pokrojony szczypior. W międzyczasie gotujemy ziemniaki i robimy puree.
Sos z mięsem wrzucamy na dno naczynia żaroodpornego, na wierzchu puree. Na to kładziemy odrobinę masła oraz starty ser cheddar. Sól i pieprz wedle uznania.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)