Kiedy E. oznajmiła, że będę miała w wakacje 5 wolnych dni, przez moją wyobraźnię przemknęła upajająca myśl. Ten rok, a przynajmniej jego znaczna częsc, to spełnianie zadań, wypisanych na mojej liście. Lista, to moja domena. A na liście, napisałam kiedyś: chcę zobaczyc Kopenhagę. To o niej wspominała moja najukochańsza, polska pisarka, królowa pióra - Chmielewska. To tam, w ogrodzie, przy rozpalającym słońcu i tulipanach, rozwiązywała ona największe zagadki, ze świtą swoich przyjaciół. To Dania, ZAWSZE kojarzyła mi się z czymś interesującym, z czymś sentymentalnym, z czymś o czym czytałam miliony razy. I kiedy poszłam na koncert Marthy Argerich, dałam pokłon latom spędzonym przed fortepianem, a teraz, gdy jadę do Kopenhagi, chcę dac pokłon literaturze i pierwszej pisarce, dzięki której zakochałam się w czytaniu książek, kończąc na filologii polskiej.
Ujmując temat nieco bliżej, po krótkim namyśle, zerkając na stronę EasyJeta sprawdziłam daty i zatrudniłam N. do rezerwacji biletu. Jestem niegodna nieposiadaczką karty, którą można płacic online i desperacko proszę N. o zrobienie tegp za mnie. Jakoś nigdy nie jest mi po drodze do banku, by wreszcie to załatwic. Kolejki mnie przerażają. Są miałkie, długie, w banku jest gorąco, a w tym najbliższym przy okienku zawsze siedzi pan, który ma typowo brytyjski, trącący o "posh" akcent. I ilekroc go słyszę, chowam się za papierami, bo wersja "posh" brzmi zabawnie. I nie wiem co mnie w tym bawi, ale zawsze wtedy wyobrażam sobie komedie W. Allena, w której mógłby to przedstawic. Nieważne. Jak to się mawia: wyraz mojej twarzy byłby wtedy wykropkowany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz