sobota, 25 lipca 2015

Live, love, smile, dance.

Sobota pełna przypadków. Na jazzie zastępstwo, choreograf zarówno z teatrów na West Endzie jak i Broadway'u. Zawsze marzyłam o tańcu, ale nie marzyłam o tak genialnych nauczycielach. Młody, pełen werwy i radości. Spełniony. Telewizja, filmy, musicale. Są ludzie, którzy mają prawdziwie spełnione życie. Wniósł na zajęcia dużo uśmiechu, dużo gry aktorskiej, dużo żartów. Inną niż dotychczas choreografię. Zapytał na rozgrzewce: "Ok, girls. We don't have too much time. Let's do some warm up. Do you want to do exercises for sexy legs or sexy bum?" Odpowiedź brzmiała: "Both".
Fajne są takie warsztaty, mówiąc po polsku "master-klasy", chociaż mimo że wyciągnęłam z tego najwięcej jak mogłam, to gdybym tańczyła od dziecka wyciągnęłabym jeszcze więcej.
Po zajęciach z Gavinem, przechadzałam się wąskimi korytarzami spoglądając na klasę baletu. Na wyprostowanego nauczyciela  i mokrych, robiących na środku sali "chasse" i "chaine" ludzi. Kto by pomyślał, że balet wyciska tyle energii? Nie wierzycie? W tej szkole wyciskają ludzi jaki cytryny. I uwielbiam to, bo wszyscy dają z siebie 100 procent.
Kolejna godzina z K., która niezmiennie świetnie przygotowana do zajęc, chwila przerwy - biegiem na Ealing, by załatwic swoje sprawy, jednak... Od 20 minut czekam na pociąg, district line - kierunek Richmond, lecz gdzie Ealing? Po przyjeździe pierwszego pociągu do Richmond, machinalnie stwierdzam że kolejny będzie na Ealing, gdy kolejny nadjeżdża wsiadam do niego, nie sprawdzając nawet napisu na okienkach, po czym w Kew Gardens zauważam, że kierunkiem docelowym jest Richmond. Tracę kolejne minuty, wracam na Ealing, po czym znów do szkoły tańca na zajęcia z N. Którego nie ma. Na zastępstwie jest jedna z tancerek tej szkoły i nie byłoby w tym nic dziwnego poza tym, że w grupie są 4 osoby, ponieważ gdy nie ma głównego prowadzącego ludzie wracają dopiero po jego powrocie, po drugie, w grupie tej wszyscy są profesjonalnymi tancerzami. Wszyscy poza mną. Ale jak widac miliony godzin jakie spędziłam przez ostatnie dwa lata na salach tanecznych mają swoje efekty, bo robię skok jete, w miarę swoich możliwości, próbuję z potrójnym chaine i robię wycwiczony przez długi czas na podłodze w salonie piruet, zawarty w choreografii. A nasza prowadząca uśmiecha się, zachęcając do przyjścia za tydzień. I love dancing.

sobota, 11 lipca 2015

Bajkowy Sopot i Gdańsk

Jest po północy, a ja nie mogę spac. A powinnam, bo jutro będę przez dwie godziny intensywnie cwiczyc, a tańczymy do Uptown Funk. Z totalnie komercyjną choreografią, ale... wracając do tematu.
Nadszedł ten upragniony tydzień wakacji. Po obrzydliwie pełnych wrażeń dwóch ostatnich tygodniach, nadszedł czas oddechu. W te wakacje postanowiłam puścic oczko do Trójmiasta. Od zawsze miałam w głowie plan, by spędzic jakieś wakacje nad polskim morzem. Wśród mieniących się bursztynów, szemrzącego morza i topiącego trzymane w rękach lody słońca.
W poniedziałek, udałam się na lotnisko. Ot tak, poleciałam do Polski. Na kilka dni. Lot trwał jedynie godzinę czterdzieści, a ja bez większego planu, wzięłam jedną ze stojących przed lotniskiem imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku taksówkę. Taksówkę w kierunku jednego z bloków znajdujących się tuż obok Akademii Muzycznej, gdzie się zatrzymałam.
Już pierwszego dnia udaliśmy się na ulicę Długą, która jest prawdziwym diamentem Polski. Ta znajdująca się w Śródmieściu uliczka, zaskoczyła mnie swoim urokiem. Pięknymi straganami, błyszczącymi bursztynami, wielką grupą turystów i nietrywialną, porywającą serce architekturą. Przechodząc przez Złotą Bramę nie mogłam napatrzec się na piekno tego miasta. Gdańsk jest jednym z ciekawszych miast Polski i z pewnością jednym z najlepszych w jakich byłam w życiu.
Wystarczyło wziąc pociąg, by w nieco ponad 20 minut znalezc się w jeszcze bardziej bajkowym Sopocie, w którym słońce nagrzewało ławki, a ludzie wyciskali każdą chwilę z tego urokliwego miejsca. Błyszczące molo wabiło oczy, morze szumiało, a ja delektowałam się naleśnikami, najlepszymi jakie można sobie wymarzyc, w pięknej restauracji w samym centrum miasta.
Z wieczornych wycieczek zapamiętam urokliwe kafejki w centrum miasta, dźwięk pianina, smak czerwonego wina oraz wszystkich artystów, których spotkałam po drodze, łącznie z profesorem, od którego brałam kiedyś lekcje fortepianu. Zapach herbaty z leśnymi owocami serwowanej przy Akademii Muzycznej i gwarne miasto, które tętni życiem, nawet gdy pada deszcz. Czuję, że naprawdę odpoczęłam w Polsce, pierwszy raz od dłuższego czasu. Gdzie wreszcie mogłam mówic w swoim ojczystym języku, gdzie czułam się nieco jak zagranicą, mimo że byłam u siebie. Bo dziwnie jest słyszec dokoła swój ojczysty język, kiedy od wielu miesięcy mówi się tylko po angielsku, mieszka z Anglikami i ogląda lub słucha angielskiego. O ile łatwiej jest życ w swojej ojczyźnie, o ile trudniej zagranicą. Z drugiej strony Londyn to miejsce, w które jest moim miastem, w którym jest tyle znajomych, sentymentalnych ścieżek.
W drodze powrotnej utknęliśmy w korku, jednak zdążyłam na czas. Opuściłam Gdańsk, z myślę, że niebawem go odwiedzę. Jeszcze raz.

sobota, 4 lipca 2015

Don Giovanni

Każdy kto jest wielbicielem twórczości W. A. Mozarta, a zwłaszcza jego oper, byłby zachwycony możliwością zobaczenia oraz usłyszenia na żywo sławetnego Don Giovanniego. A gdy w grę wchodzi przepiękna i wielka zarazem Królewska Opera w Londynie, uczta wydaje się byc jeszcze większa.
Mozart był jednym z najwybitniejszych twórców oper. To on zaczął traktowac głos wokalistów instrumentalnie, co można zobaczyc chociażby w "Arii Królowej Nocy" z "Czarodziejskiego Fletu". Odtąd od śpiewaków wymagano ślizgania się po dźwiękach z taką łatwością, jak robią to instrumentaliści na swoich instrumentach. Im większa rozpiętośc skalowa, tym lepiej.
Gdy tylko przeczytałam, że Don Giovanni wystawiany będzie w Covent Garden w Londynie, kupiłam bilet i czekałam, na trzeciego lipca. Który nadszedł niebywale szybko.
Tuż po mojej wycieczce z A. i J. do centrum miasta, co doprowadziło mnie nieco do palpitacji serca nad którymi panowałam - choc wycieczka z dwójką tak uroczych rebeliantów na Oxford Street potrafi testowac nawet najbardziej odpornych, odstawiłam ich na właściwe miejsce, po czym victorią, a następnie picadilly line podjechałam do mojego ukochanego i sentymentalnego Covent Garden.
Przekraczając próg opery, tuż po sprawdzeniu biletu przez elegancko ubranych pracowników tego budynku, udałam się na górę, gdzie do nozdrzy wdzierał się zapach wstrząśniętego szampana. Stukot kieliszków nadawał rytm, kołysząc się pod wpływem instrumentów smyczkowych. To coś, co na zawsze utkwiło w moim umyśle i czego będzie mi brakowac. A mianowicie atmosfera klasyków. Muzyków. Tej wyższej sztuki, tych rozmów, których nikt poza muzykami nie rozumie. Tych nawiązań do ulubionych librett, do zachwycania się początkiem 3 Rachmaninova, do wsłuchiwania się rozwiązań na subdominantę neapolitańską. Tych galowych strojów, tej klasyki, odrobiny powagi, wchodzenia na scenę i strojenia instrumentów.
Libretto do Don Giovanniego jest genialne. Lekkie. Zabawne i przerażające zarazem. Ten kto widział "Amadeusza", miał pewną namiastkę tej opery. Ja poznałam to Libretto wiele lat temu, ucząc się do konkursu dotyczącego wiedzy o Mozarcie, który wygrałam 100 lat temu. I już wtedy się w nim zakochałam. A muzyka Mozarta wspaniale współgra z tym librettem.
Samo otwarcie, czyli uwertura wsprowadza niepokój. Cudowna orkiestra genialnie zagrała uwerturę, a piękna scenografia, wspaniali wokaliści i urok tej opery sprawiły, że wszyscy włącznie ze mną wsłuchiwali się w każde słowo, śledząc napisy po angielsku, gdyż opera śpiewana była tradycyjnie po włosku.
Są takie filmy, takie musicale czy takiue książki, które wciągają od początku do końca. Tak było z tą operą. nie mogłam wymarzyc sobie lepszego wykonania, śmieszniejszych fragmentów, lepszej gry aktorskiej, lepszego przygotowania świateł czy obrazków jakie przesuwały się przed oczyma. To było dzieło geniusza, genialnie wykonane. A ostatnia sławna scena, zapierała dech, tworząc niesamowitą magię. Wczorajszy dzień był jednym z ciekawszych doświadczeń w tym roku.