czwartek, 3 grudnia 2015
Barbados & cosy December
Grudniowe popołudnia. Angielskie grudniowe popołudnia, mają to do siebie że nie są ani zimne, ani okropne. Bez ciepłego szalika, bez wielkiego swetra, spokojnie spaceruje po moim "playground", nie czując czerstwego, smagającego twarz chłodu. U boku towarzyszy mi Harley, chłopiec z Barbadosu, który nie odstępuje mnie na krok. W ręku trzymam "Pink Lady", czyli najsłodsze jabłka świata, nie czując szybko uciekającego czasu. Mimo tych prawie ośmiu godzin w szkole, nie czuję by czas się dłużył. Jest tak wiele do zrobienia, że ani się obejrzę, a już siedzę na lunchu, odgrzewając filet z łososia z dodatkami, zagryzając w międzyczasie soczystą gruszkę. Wracając po 16, jest już ciemno. Czerwone autobusy zlewają się z ulicą, a ja pozostaje bez autobusu, zauważając że oysterka jest niedoładowana. Biegnąc do sklepu, myślę o następnym autobusie. Aby był o czasie, bo w końcu czeka na mnie druga praca. Bo w końcu ostatnio pracuje po 12 godzin dziennie. I snuję w myślach podsumowanie roku, które niebawem pojawi się drukowanymi literami na moim blogu, słuchając w międzyczasie remix Hello Adele, na przemian z Alive genialnej Sii. Pada deszcz. Stukot, za stukotem. Powoli nadchodzi piątek. Winter Fair - nadchodzisz.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz