piątek, 26 lipca 2013

Bezsenne lato

Bezsenne to lato. Nie ustępuje miejsca, zaciekle broni się przed deszczem. Ale to Londyn. Gdzie zatem podział się ten nieustanny deszcz? Jest za gorąco. A w Anglii podobno bywa chłodno. Nieprawda. Tak mówią tylko ci, którzy tu nie byli, albo ci, którzy nigdy nie mieszkali w Polsce. Stereotypowe myślenie bywa złudne. Bo niby kto pije herbatę o godzinie piątej? Z mlekiem. O tak. Z mlekiem. Ale o piątej?
I że niby w Anglii ludzie nie mają poczucia humoru?
Prześlizguje się od parku do parku. Lubię uczyć się w Hyde Parku. Albo czytać książkę. Nie trzeba płacić za miejsce do siedzenia tak jak w Green Parku. Jest mnóstwo wolnych ławek. I mnóstwo różnych ludzi. Anglicy lubią siedzieć w parkach.
Wychodzę. Szukam wejścia do metra. Jadę na Leicester Square. Jest tam znakomita księgarnia i nie tylko. Jest też mały sklepik ze starymi filmami. Bo trzeba mieć jakieś tradycje. Odnaleźć się w nowym miejscu. Ale to miejsce nie jest wcale takie nowe. Nigdy nie było. Zawsze było takie swoje. Moje. I dziwnie jest, gdy wraca się do miasta w którym żyło się kilkanaście lat, a mimo to tęskni za tym nowym. Kiedy bardziej myśli się o tym nowym będąc w starym, niż o starym będąc nowym. Zagmatwane.
I ma się ten dziwny sentyment, ma się ludzi, ma się znajome ścieżki i te same twarze każdego dnia. A gdy zapomina się nagle o wspaniałości miasta, bo po prawie roku staje się ono codziennością, jedzie się na stację Westminster i spaceruje przy Big Benie, obserwując zachwycających się turystów. Bezradnych turystów w tym wielkim mieście. Kiedy idzie się w stronę way out w South Kensington a ktoś łamanym angielskim pyta: Przepraszam, gdzie ja teraz jestem? Wtedy czuje się, że to jest moje miasto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz