Ostatni tydzien minął mi niesłychanie szybko i bardzo pracowicie. Od poniedziałku starałam się zakonczyc projekt, na który miałam tylko 15 dni. Udało mi się napisac 62 strony po angielsku (nie zdradzam co to było) i chyba dopiero dzisiaj mogę odetchnąc. Cały tydzien byłam bardzo niewyspana, a na dodatek złapałam przeziębienie od J.
Strasznie ucieszyło mnie nadejście soboty, kiedy mogłam spotkac się z grupą ludzi, z którymi lubię spędzac sobotnie poranki, a następnie z moją nową klasą i nowymi rodzicami. Genialnie jest pracowac z zespołem osób, którzy są niesłychanie mili i kompetentni.
Niedziela przywitała nas piękną pogodą. Londyn odbija się blaskiem wrzesniowego słońca, a Covent Garden, tonie w natłoku ludzi. Nie wierzę w reinkarnację, ale jeśli się mylę, to mam nadzieję że w kolejnym wcieleniu będę tancerką. Niedawno rozmawiałam z jedną ze znajomych na ten temat. Znajoma ta stwierdziła: "Nigdy nie wiesz. Może w poprzednim życiu byłaś tancerką, dlatego tak mocno cię do tego ciągnie". Ciągnie. Nazbyt mocno.
Wtorek zapowiada się niezwykle interesująco. W zeszły piątek, rodzice mojej starej znajomej (Amerykanie) przyjechali do Londynu. Są tak samo mocno zajęci, jak ja, ale udało nam się dopasowac termin spotkania i tak też, w przyszły wtorek, zjem z nimi śniadanie.
Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, nie mogłam nasłuchac się tego pięknego akcentu. Moje serce zawsze nalezało i będzie nalezec do Londynu, ale sentymentem, zawsze będę darzyc Nowy Jork. I mam nadzieję, że kiedyś tam zamieszkam.
niedziela, 28 września 2014
czwartek, 18 września 2014
Z przymrużeniem oka
Prawie północ. Nad domem latają samoloty, ale udało mi się przywyknąc do tego hałasu. Namiętnie oglądam "Dance Moms" - reality show, w którym młode tancerki, w niewielkim odstępie czasu, startują w kolejnych zawodach. Ich choreografka, Abbey, jest wcieleniem zła. To Gordon Ramsay w spódnicy, a nawet i gorzej. Program pełen jest przezabawnych fragmentów, ale i interesujących tekstów, czy też wspaniałych talentów. W mojej szkole tańca, bardzo trudno w ostatnim czasie dotrzec do pierwszego rzędu, tuż przy lustrze. To najlepsze miejsce. Tymczasem pierwszy rząd okupowany jest przez tancerzy zaawansowanych, którzy zostają na drugą godzinę i zajmują miejsca. Przez bardzo długi czas stawałam tuż przed lustrem, dopóki nie zostałam zdetronizowana. W ostatnim czasie do grupy przychodzi znacznie więcej nowych ludzi, shit. A nie ma większej przyjemności, dla kogoś kto kocha i zawsze marzył o tańcu, nad przyjemnośc tańczenia tuż obok tak wybitnej choreografki, jaką jest nasza nauczycielka tańca. Taniec otworzył mi oczy na wiele sfer.
Wdycham to genialne, "wiosenne" powietrze, odliczając dni do jazzu i do sobotnich zajęc w szkole - kiedy spotkam się ze wspaniąłą grupą ludzi oraz z moją genialną klasą! Kocham weekendy!
I to właśnie zmotywowało mnie do spisania tego, jakie cele muszę osiągnąc w ciągu najbliższych 6 miesięcy.
1. Przejśc do wyższej grupy na jazzie - chodzic na wszystkie dostępne mi grupy (w końcu mamy tylko dwie nogi: lewą i prawą! Nic trudnego. Choreografia dla profesjonalistów? Nie powinnam się mylic w układzie, nawet dla zaawansowanych. Kiedyś dojdę do poziomu szpagatu w powietrzu! :D )
2. Skończyc pisac moją książkę! (King mówił, że na wenę się nie czeka. Po prostu się pisze. Jeśli on kierował się tą maksymą, pisząc "Bezsennośc", to już wiem czemu tytuł i sama książka, działała na mnie wręcz odwrotnie. Z góry przepraszam jej fanów. Była senna. )
3. Zmienic sposób odżywiania. (Pasta to słowo, na które się wzdrygam. Chcę miec płaski brzuch! Jestem tancerką, czy też nie?)
4. Cwiczyc o wiele więcej, chociaż i tak jestem dumna, bo cwiczę sporo! (Tak, tak. 10 minut dziennie) ;)
5. Miec wokół siebie tylko pozytywnych i inspirujących ludzi.
6. Zadziałac z dramą!
7. Zdac kolejny certyfikat z angielskiego. (I dac wyłudzic kolejne sto funtów)
8. Wrocic do fortepianu! (Nic nie wydaje się w życiu trudniejsze, niż rozczytac, a potem zagrac w tempie i polocie 3 Racha)
9. Wiecej jezdzic! (Lewa strona!)
10. Brac regularne lekcje w Chancery Lane! (Z panem aktorem)
11. Minimum 1 post tygodniowo.
Wdycham to genialne, "wiosenne" powietrze, odliczając dni do jazzu i do sobotnich zajęc w szkole - kiedy spotkam się ze wspaniąłą grupą ludzi oraz z moją genialną klasą! Kocham weekendy!
I to właśnie zmotywowało mnie do spisania tego, jakie cele muszę osiągnąc w ciągu najbliższych 6 miesięcy.
1. Przejśc do wyższej grupy na jazzie - chodzic na wszystkie dostępne mi grupy (w końcu mamy tylko dwie nogi: lewą i prawą! Nic trudnego. Choreografia dla profesjonalistów? Nie powinnam się mylic w układzie, nawet dla zaawansowanych. Kiedyś dojdę do poziomu szpagatu w powietrzu! :D )
2. Skończyc pisac moją książkę! (King mówił, że na wenę się nie czeka. Po prostu się pisze. Jeśli on kierował się tą maksymą, pisząc "Bezsennośc", to już wiem czemu tytuł i sama książka, działała na mnie wręcz odwrotnie. Z góry przepraszam jej fanów. Była senna. )
3. Zmienic sposób odżywiania. (Pasta to słowo, na które się wzdrygam. Chcę miec płaski brzuch! Jestem tancerką, czy też nie?)
4. Cwiczyc o wiele więcej, chociaż i tak jestem dumna, bo cwiczę sporo! (Tak, tak. 10 minut dziennie) ;)
5. Miec wokół siebie tylko pozytywnych i inspirujących ludzi.
6. Zadziałac z dramą!
7. Zdac kolejny certyfikat z angielskiego. (I dac wyłudzic kolejne sto funtów)
8. Wrocic do fortepianu! (Nic nie wydaje się w życiu trudniejsze, niż rozczytac, a potem zagrac w tempie i polocie 3 Racha)
9. Wiecej jezdzic! (Lewa strona!)
10. Brac regularne lekcje w Chancery Lane! (Z panem aktorem)
11. Minimum 1 post tygodniowo.
niedziela, 14 września 2014
Is that for charity?
Spacerowałam ostatnio po Covent Garden. W letargu wrześniowego słońca, zachwycona jazzem, kierowałam się w stronę metra na Leicester Square. Uginając się pod ciężarem toreb, strudzona szukałam "oyster card". Wyciągając z jednej z toreb skórzaną kurtkę, nie zauważyłam (moim legendarnym wzrokiem), że kieszenie od kurtki są otwarte. W mgnieniu oka, na wąskiej uliczce rozsypały się złote i srebrne monety, a Covent Garden wzdrygnęło się od brzęku pensów. Stanęłam jak wryta i daleka od eufemizmów rzuciłam pod nosem jakieś niewybredne słowo. Relax - pomyślałam. Stanęłam obok, obserwując sytuację. Monet było mnóstwo. Przechodzące dzieci i dwie inne osoby, zaczęły zbierac monety, niczym ptaki rzucające się na okruchy chleba. Poczekałam. Uśmiechnęłam się. Podeszłam i powiedziałam: Oh, that's mine. Thank you. Dzieci oddały mi pieniądze, inni ludzie również zaczęli je zbierac, po czym wszyscy w rządku, zaczęli mi je podawac. Pewien Anglik, z szelmowskim uśmiechem powiedział: "Is that for charity?"
Z pewnością! :D
Z pewnością! :D
poniedziałek, 8 września 2014
KOKO
Wrzesień w Londynie ma to do siebie, że przypomina bardziej przełom kwietnia i maja. Londyńskie ulice, jak na początek września przystało, muśnięte są jaskrawymi promieniami słonecznymi.
Pewnie każdy z Was zna te pełne possy obrazki filmowe, kiedy to zdesperowani ludzi biegną co sił, by dogonic uciekający im sprzed nosa autobus. Też to znam. A w codziennym życiu, gonienie autobusu jest nawet bardziej karykaturalne. Wysokie buty, samochody które przemykają z głośnym echem oraz czerwony, angielski autobus, który właśnie podjeżdża pod przystanek od którego jestem zbyt daleko. Trzy, dwa, jeden, start. Przebiegam na czerwonym. Raz, drugi. W Londynie to norma. Po czym udaje mi się złapac autobus, a mój poziom adrenaliny sięga zenitu, bo słynne "Oyster cards" mają to do siebie, że nie zawsze są przeze mnie na czas doładowane. Znacie to? Kiedy nie ma czasu albo pobliskiej stacji, aby sprawdzic stan oysterki, a my z biciem serca stajemy przed czytnikiem w autobusie z pulsującym oczekiwaniem czy zapali się zielona czy czerwona lampka? Czerwona to dramat, bo od niedawna nie można zapłacic w autobusie za bilet, przez co wspomniany autobus, trzeba opuścic. A potem? Szukac sklepów lub stacji żeby doładowac kartę, po czym znów czekac na nastepny.
W ostatnią niedzielę poza jazzem, w którym jestem zakochana, udałam się na koncert Agnieszki Chylińskiej i Dawida Podsiadło. Koncert miał w miejscu w sławetnym KOKO, znajdującym się w imprezowej części Londynu, zwanej Camden Town.
Dawid Podsiadło zaprezentował wysokiej jakości zdolności wokalne. Jego kontakt z publicznością był bardzo zachowawczy, a on sam niezwykle kulturalny i skupiony na muzyce. Jego wypowiedzi czy komentarze były lakoniczne i dokładnie takie jak w wywiadach. Kwieciste zdania nie są jego mocną stroną, a on sam na pewno nie jest typem showmana, mimo, że tak czy siak, należy do układanki "szołbiznesowej". Ale może to i dobrze? Bo w końcu mamy różne osobowości, różne nurty i ZAWSZE powinno chodzic przede wszystkim o muzykę.
Po ponad godzinie na scenę weszła Chylińska. Totalny kontrast. Dała popis swoich najbardziej znanych numerów, dając wspaniałą rozrywkę publiczności. Stałam tuż pod sceną. Chylińska była pełna humoru i żartów. Kiedy rozmawiała z publicznością, non stop wspominała że ma teraz dzieci i nie ma czasu koncertowac. Pewien męzczyzna z publiczności krzyknął: Ja się nimi zajmę! Chylińska odpowiedziała: Taaa, Ty się zajmiesz. A co Ty wiesz o dzieciach, kurwa. (odpowiadając w swoim charakterystycznym, ciętym stylu).
Melodie, bardzo znane mi od dziecka przenikały mi do duszy, przypominając o czasach, kiedy mieszkałam w Polsce. Mimo, że chciałabym zostac w Londynie jak najdłużej, to momentami czułam, że życie w polskiej stolicy byłoby o wiele łatwiejsze, a życie w Londynie powoduje mnóstwo trudnych i stresujących sytuacji, których osoby - nigdy nie mieszkające na obczyźnie - nie zrozumieją. Większośc ma przed sobą obrazek pięknej stolicy i zdjęc, wrzucanych z weekendu, a tak naprawdę nie widzi tej typowej prozy życia.
Miałam nawet myśl, ze gdybym wróciła, byłoby mi łatwiej. Prościej. Ale zbyt wiele trzyma mnie w Londynie i zbyt wiele rzeczy w nim kocham.
Myśl ta, bardzo szybko zniknęła z mojego umysłu.
Po koncercie, grupa ludzi (bardzo niewielka) czekała tuż przed wejściem, aby dostac autograf Chylińskiej albo zrobic sobie z nią zdjęcie. Nie było tłumu. Podpisanie płyt zajęłoby jej nie więcej niż 10 minut. Osoby te czekały tam przez ponad 40 minut. Gdy Chylińska wyszła z KOKO, ludzie gratulowali jej (tak po ludzku i mega kulturalnie): "Agnieszka, to był świetny koncert" etc. Ona jednak, nie zwróciła twarzy w stronę grupki tych osób, nie rzuciła nawet zwyklego "dzięki". Nonszalancko i bez klasy schowała się za ramionami ochroniarza, zakryła się, po czym rzuciła krótkie "O matko". Pomimo, że koncert i jej osobowosc jest na pewno ciekawa, to moim zdaniem takie zachowanie swiadczy o braku szacunku do publicznosci. Bo to dzieki ludziom jest tu gdzie jest, bo autografy są mimo wszystko formą jej pracy. I gdyby powiedziała "Sorry, ale jestem zmęczona. Miło było dla Was zagrac", to ludzie by to zrozumieli. Tymczasem Chylińska wyszła jak gdyby była gwiazdą formatu międzynarodowego, z emfazą uwydatniając swoją ignorancję. Myślę, że artysta, który używając eufemizmu, olewa swoją publicznośc i tylko zbiera kasę za koncert, mając wszystkich w dupie, nie zasługuje na miejsce, w którym jest. Bo tego zwyczajnie nie docenia.
Pewnie każdy z Was zna te pełne possy obrazki filmowe, kiedy to zdesperowani ludzi biegną co sił, by dogonic uciekający im sprzed nosa autobus. Też to znam. A w codziennym życiu, gonienie autobusu jest nawet bardziej karykaturalne. Wysokie buty, samochody które przemykają z głośnym echem oraz czerwony, angielski autobus, który właśnie podjeżdża pod przystanek od którego jestem zbyt daleko. Trzy, dwa, jeden, start. Przebiegam na czerwonym. Raz, drugi. W Londynie to norma. Po czym udaje mi się złapac autobus, a mój poziom adrenaliny sięga zenitu, bo słynne "Oyster cards" mają to do siebie, że nie zawsze są przeze mnie na czas doładowane. Znacie to? Kiedy nie ma czasu albo pobliskiej stacji, aby sprawdzic stan oysterki, a my z biciem serca stajemy przed czytnikiem w autobusie z pulsującym oczekiwaniem czy zapali się zielona czy czerwona lampka? Czerwona to dramat, bo od niedawna nie można zapłacic w autobusie za bilet, przez co wspomniany autobus, trzeba opuścic. A potem? Szukac sklepów lub stacji żeby doładowac kartę, po czym znów czekac na nastepny.
W ostatnią niedzielę poza jazzem, w którym jestem zakochana, udałam się na koncert Agnieszki Chylińskiej i Dawida Podsiadło. Koncert miał w miejscu w sławetnym KOKO, znajdującym się w imprezowej części Londynu, zwanej Camden Town.
Dawid Podsiadło zaprezentował wysokiej jakości zdolności wokalne. Jego kontakt z publicznością był bardzo zachowawczy, a on sam niezwykle kulturalny i skupiony na muzyce. Jego wypowiedzi czy komentarze były lakoniczne i dokładnie takie jak w wywiadach. Kwieciste zdania nie są jego mocną stroną, a on sam na pewno nie jest typem showmana, mimo, że tak czy siak, należy do układanki "szołbiznesowej". Ale może to i dobrze? Bo w końcu mamy różne osobowości, różne nurty i ZAWSZE powinno chodzic przede wszystkim o muzykę.
Po ponad godzinie na scenę weszła Chylińska. Totalny kontrast. Dała popis swoich najbardziej znanych numerów, dając wspaniałą rozrywkę publiczności. Stałam tuż pod sceną. Chylińska była pełna humoru i żartów. Kiedy rozmawiała z publicznością, non stop wspominała że ma teraz dzieci i nie ma czasu koncertowac. Pewien męzczyzna z publiczności krzyknął: Ja się nimi zajmę! Chylińska odpowiedziała: Taaa, Ty się zajmiesz. A co Ty wiesz o dzieciach, kurwa. (odpowiadając w swoim charakterystycznym, ciętym stylu).
Melodie, bardzo znane mi od dziecka przenikały mi do duszy, przypominając o czasach, kiedy mieszkałam w Polsce. Mimo, że chciałabym zostac w Londynie jak najdłużej, to momentami czułam, że życie w polskiej stolicy byłoby o wiele łatwiejsze, a życie w Londynie powoduje mnóstwo trudnych i stresujących sytuacji, których osoby - nigdy nie mieszkające na obczyźnie - nie zrozumieją. Większośc ma przed sobą obrazek pięknej stolicy i zdjęc, wrzucanych z weekendu, a tak naprawdę nie widzi tej typowej prozy życia.
Miałam nawet myśl, ze gdybym wróciła, byłoby mi łatwiej. Prościej. Ale zbyt wiele trzyma mnie w Londynie i zbyt wiele rzeczy w nim kocham.
Myśl ta, bardzo szybko zniknęła z mojego umysłu.
Po koncercie, grupa ludzi (bardzo niewielka) czekała tuż przed wejściem, aby dostac autograf Chylińskiej albo zrobic sobie z nią zdjęcie. Nie było tłumu. Podpisanie płyt zajęłoby jej nie więcej niż 10 minut. Osoby te czekały tam przez ponad 40 minut. Gdy Chylińska wyszła z KOKO, ludzie gratulowali jej (tak po ludzku i mega kulturalnie): "Agnieszka, to był świetny koncert" etc. Ona jednak, nie zwróciła twarzy w stronę grupki tych osób, nie rzuciła nawet zwyklego "dzięki". Nonszalancko i bez klasy schowała się za ramionami ochroniarza, zakryła się, po czym rzuciła krótkie "O matko". Pomimo, że koncert i jej osobowosc jest na pewno ciekawa, to moim zdaniem takie zachowanie swiadczy o braku szacunku do publicznosci. Bo to dzieki ludziom jest tu gdzie jest, bo autografy są mimo wszystko formą jej pracy. I gdyby powiedziała "Sorry, ale jestem zmęczona. Miło było dla Was zagrac", to ludzie by to zrozumieli. Tymczasem Chylińska wyszła jak gdyby była gwiazdą formatu międzynarodowego, z emfazą uwydatniając swoją ignorancję. Myślę, że artysta, który używając eufemizmu, olewa swoją publicznośc i tylko zbiera kasę za koncert, mając wszystkich w dupie, nie zasługuje na miejsce, w którym jest. Bo tego zwyczajnie nie docenia.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)