niedziela, 22 maja 2016

Dzika natura

W ostatnim tygodniu, wybraliśmy się z klasą do centrum dzikiej natury, jak brzmi to w wolnym tłumaczeniu. Z grupą trzydziestu dzieci, śmigających brytyjskim akcentem oraz piątką rebeliantów, będących w mojej grupie udaliśmy się do jednej z dzielnic Londynu,  w której znajduje się piękny fragment natury.
Mijając bramę zobaczyliśmy malowniczy ogród, pełen zieleni, ziół i zapachu tymianku. Poczułam się jak na wakacjach. Nieopodal przebiegł kot koloru nie-wia-do-mo jakiego, a dzieci, z ich wrodzoną spontanicznoscią krzykęły: Cheater! - machając przy tym wskazującym palcem. Niewiele wspólnego z tzw. "cheaterem"miał tenże pstrokaty kot, ale doprowadziło to nas wszystkich do szczerego śmiechu.
Dalej, gdyż było to w ramach lekcji przyrody, łapaliśmy żaby i ślimaki. "Kiss as many frogs as you can" powiedziałam. "I am looking for a prince". Na dźwięk moich słów S. wybuchła śmiechem, a ja pomagałam w szukaniu żab. Nie, nie szukałam księcia. Szukałam żab.
Wielka chatka, zieleń i chłodna pogoda, a także lunch na wolnym powietrzu było ciekawą formą lekcji, zwłaszcza że pogoda ostatnio nie rozpieszcza. Tymczasem zbliża się tygodniowa przerwa w nauce, jak przystało na maj oraz poniedziałkowy bank holiday.

niedziela, 8 maja 2016

Like a prayer

Włoskie lody rozpływają mi się w ręku. W Londynie, na termometrach widoczne jest 26 stopni. Gorąco. Okno otwarte na oścież. Inne okno. Inne majowe popołudnie. Przeczytałam jakiś czas temu cytat, który możliwe że nie brzmiał dokładnie tak jak go prezentuję i jest to bardziej parafraza: "Don't live the same 75 years and call it a life". I mimo że się staram, to czuję że nie zawsze potrafię byc w stu procentach obecna w danym momencie. Wiem że choc jest to trudne, mam wielką potrzebę odczuwania życia. Czucia, że żyję. Podróżowania, ludzi, kariery. Zatrzymuję w sobie wiarę dziecka. Marzycielstwo. Mimo, że jest tak wielu ludzi, którzy mówią by nie marzyc, bo sami złamali sobie tymi marzeniami serce.
Chcę wykorzystac swoje życie, zrobic coś z niego. Nie byc kolejną osobą, która po prostu je przeżywa. Popadłam w rutynę w tym pięknym i chimerycznym mieście. Czasami szukam w sobie tych początkowych odczuc, magii nowego początku. Tymczasem niewiele mnie już dziwi, staję się doroślejsza, widzę coraz więcej i popadam w wir codzienności. A to mnie nie interesuje. Dni mijają bardzo szybko, codziennie budzę się wcześnie rano, wracam późnymi wieczorami. Jedynym wolnym wieczorem jest środa, a nawet soboty są bardzo zajęte. Ale nie ma jakiegoś elementu w tej układance. Brakuje mi ekscytacji, wyzwania - takiego jakie miałam przeprowadzając się do nowego miasta. Zatracam się w muzyce, która jest najlepszą formą ekspresji. Zbyt mocno ciągnie mnie w stronę artystycznego życia.

poniedziałek, 2 maja 2016

Gombrowicz

W ostatnim czasie mój humor ciągnie mnie w stronę Gombrowicza. Albo Prokofieva. Ciągnie mnie w stronę groteski, dziwnej literatury i muśniętej awangardowym oddechem muzyki.
Pogoda w Londynie równie groteskowa, co muzyka Prokofieva. Jest ciepło, wydaje się że zagościła wiosna, po czym ni stąd, ni zowąd, zamiast rozwiązania na Tonikę VI, trafiam na trytony pogodowe. W ostatnim tygodniu padało. I nie był to tylko deszcz, ale również i śnieg. Szłam w stronę metra, bez parasola zostawionego skądinąd w pociągu victoria line. Mając ochotę na waniliowe lody, jednak gdzie tu słodycz lata, gdy w kwietniu pada śnieg. Dotarłam do stacji, wzięłam London Evening i pojechałam na zajęcia.
Moje mieszkanie w krainie muminków jest czymś zupełnie nowym, a fiński to język, którego kompletnie nie rozumiem. Wiem natomiast, że Martha Argerich po raz kolejny przyjeżdża do Londynu z koncertem Liszta. Po czterech latach życia w tym mieście, na tyle przywykłam, że rzeczy na które wcześniej nie zwracałam uwagi, teraz zaczynają mnie irytowac. Irytuje mnie tak wielka ilosc ludzi, kiedy z trudem przecisnąc można się do metra lub do sklepu. Do tego miasta napływa wciąc coraz to więcej osób, w tym roku jest ich jeszcze więcej niż kiedykolwiek indziej. I z jednej strony mieszkanie w metropolii ma mnóstwo blasków, a z drugiej, przeciskanie się do pociągu z milionem ludzi w środku doprowadza do szewskiej pasji. I mimo, że mam świadomosc, że tak wygląda życie w wielkich stolicach to nie zmienia to faktu, że spiesząc się na pociąg, gdzie wszędzie trzeba byc na czas, do szewskiej pasji doprowadza poruszanie się z szybkością żółwia, bo szybciej się nie da przy takim natłoku.