niedziela, 8 maja 2016

Like a prayer

Włoskie lody rozpływają mi się w ręku. W Londynie, na termometrach widoczne jest 26 stopni. Gorąco. Okno otwarte na oścież. Inne okno. Inne majowe popołudnie. Przeczytałam jakiś czas temu cytat, który możliwe że nie brzmiał dokładnie tak jak go prezentuję i jest to bardziej parafraza: "Don't live the same 75 years and call it a life". I mimo że się staram, to czuję że nie zawsze potrafię byc w stu procentach obecna w danym momencie. Wiem że choc jest to trudne, mam wielką potrzebę odczuwania życia. Czucia, że żyję. Podróżowania, ludzi, kariery. Zatrzymuję w sobie wiarę dziecka. Marzycielstwo. Mimo, że jest tak wielu ludzi, którzy mówią by nie marzyc, bo sami złamali sobie tymi marzeniami serce.
Chcę wykorzystac swoje życie, zrobic coś z niego. Nie byc kolejną osobą, która po prostu je przeżywa. Popadłam w rutynę w tym pięknym i chimerycznym mieście. Czasami szukam w sobie tych początkowych odczuc, magii nowego początku. Tymczasem niewiele mnie już dziwi, staję się doroślejsza, widzę coraz więcej i popadam w wir codzienności. A to mnie nie interesuje. Dni mijają bardzo szybko, codziennie budzę się wcześnie rano, wracam późnymi wieczorami. Jedynym wolnym wieczorem jest środa, a nawet soboty są bardzo zajęte. Ale nie ma jakiegoś elementu w tej układance. Brakuje mi ekscytacji, wyzwania - takiego jakie miałam przeprowadzając się do nowego miasta. Zatracam się w muzyce, która jest najlepszą formą ekspresji. Zbyt mocno ciągnie mnie w stronę artystycznego życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz