poniedziałek, 2 maja 2016

Gombrowicz

W ostatnim czasie mój humor ciągnie mnie w stronę Gombrowicza. Albo Prokofieva. Ciągnie mnie w stronę groteski, dziwnej literatury i muśniętej awangardowym oddechem muzyki.
Pogoda w Londynie równie groteskowa, co muzyka Prokofieva. Jest ciepło, wydaje się że zagościła wiosna, po czym ni stąd, ni zowąd, zamiast rozwiązania na Tonikę VI, trafiam na trytony pogodowe. W ostatnim tygodniu padało. I nie był to tylko deszcz, ale również i śnieg. Szłam w stronę metra, bez parasola zostawionego skądinąd w pociągu victoria line. Mając ochotę na waniliowe lody, jednak gdzie tu słodycz lata, gdy w kwietniu pada śnieg. Dotarłam do stacji, wzięłam London Evening i pojechałam na zajęcia.
Moje mieszkanie w krainie muminków jest czymś zupełnie nowym, a fiński to język, którego kompletnie nie rozumiem. Wiem natomiast, że Martha Argerich po raz kolejny przyjeżdża do Londynu z koncertem Liszta. Po czterech latach życia w tym mieście, na tyle przywykłam, że rzeczy na które wcześniej nie zwracałam uwagi, teraz zaczynają mnie irytowac. Irytuje mnie tak wielka ilosc ludzi, kiedy z trudem przecisnąc można się do metra lub do sklepu. Do tego miasta napływa wciąc coraz to więcej osób, w tym roku jest ich jeszcze więcej niż kiedykolwiek indziej. I z jednej strony mieszkanie w metropolii ma mnóstwo blasków, a z drugiej, przeciskanie się do pociągu z milionem ludzi w środku doprowadza do szewskiej pasji. I mimo, że mam świadomosc, że tak wygląda życie w wielkich stolicach to nie zmienia to faktu, że spiesząc się na pociąg, gdzie wszędzie trzeba byc na czas, do szewskiej pasji doprowadza poruszanie się z szybkością żółwia, bo szybciej się nie da przy takim natłoku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz