Przechadzając się w strugach deszczu, przemoknięta do cna, zauważyłam za zaszklonym, urokliwym sklepikiem ludzi, łapczywie konsumujących danie azjatyckie. Odżałowałam brak czasu, zupełnie o tym zapominając, jednak uśmiech losu, z niebieskimi, wielkimi oczyma, rozwichrzonymi włosami oraz zamiłowaniem do gotowania sprawił, że na stoliku w kuchni, znalazła się książka kucharska. Z genialnym przepisem. Bon Appétit!
Składniki:
140 g makaronu noodles
1 cytryna
sos sojowy (1 łyżeczka)
płatki chilli (szczypta)
szczypta cukru
papryka (kolor obojętny)
malutkie kolby kukurydzy (5) - baby sweetcorn
pieczarki (4 większe)
3 filety z kurczaka
2 średniej wielkości cebule
1 ząbek czosnku
1 kostka bulionu warzywnego.
1. Cebulę, paprykę oraz kurczaka kroimy w małą kostkę.
2. Ząbek czosnku przeciskamy przez praskę.
3. Kroimy na małe kawałki pieczarki.
4. Przez chwilę rozgrzewamy na patelni olej, po czym wrzucamy na niego cebulę i kurczaka(smażymy 3 minuty).
5. Po 3 min. dodajemy paprykę, smażymy około minuty. Wyłączamy palnik.
6. Wrzucamy czosnek, ścieramy skórkę z cytryny - potrzebna jest 1 mała łyżeczka, a następnie wyciskamy sok z cytryny. Dodajemy kukurydzę.
7. Następnie wlewamy 250 ml bulionu, skórkę z cytryny oraz sok z cytryny.
8. Dodajemy łyżeczkę sosu sojowego, trochę cukru oraz płatków chilli.
9. Dodajemy pieczarki i zostawiamy pod przykrywką 3 lub 4 minuty.
10. Następnie dodajemy na wierzch makaron noodles, który w bulionie gotuje się w 3 lub 4 minuty. Przykrywamy patelnię, a następnie sprawdzamy czy makaron jest miękki.
That's all!
piątek, 21 lutego 2014
niedziela, 16 lutego 2014
British English
Odkąd sięgam pamięcią, uczyłam się języka angielskiego. Zaczęłam się go uczyć w wieku 10 lat, chodząc do szkoły językowej. Angielski przewijał się przez wszystkie lata szkolne, aż do liceum, gdzie akompaniowała mu łacina.
Po burzliwych (!) testach poziomujących, na pierwszym roku studiów, z własnej i nieprzymuszonej woli chciałam trafić do grupy B2. Tak też się stało. Lektorat trwał cały licencjat, może z wyłączeniem pierwszego semestru na pierwszym roku. Dumna z oceny ze staropolki oraz gramatyki historycznej, czyli egzaminacyjnych kobył, nie wyobrażałam sobie, by mieć ocenę niższą niż 4,5 po tylu latach nauki języka angielskiego. Zalewana listą lektur, dydaktyką czy też przedmiotami językowymi etc. wiedziałam, że powinnam jak najlepiej przygotować się do egzaminu, kończącego lektorat, a wliczającego się do średniej. Niestety materiał z trzech lat był bardzo duży, a czasu bardzo mało. Wówczas, rozpoczęłam swoje poszukiwania, by znaleźć jak najlepszego korepetytora. Chciałam powtórzyć z kimś całą gramatykę. Prowadząca zajęcia dała nam informację, iż można być zwolnionym z tego dużego egzaminu, pod warunkiem że zda się certyfikat na poziomie B2.
Po próbach znalezienia właściwego korepetytora, niemal zdezerterowałam w swych poszukiwaniach. Trafiałam bowiem na ludzi albo nieprzygotowanych, bez żadnych materiałów, albo niezbyt merytorycznych. Na szczęście po 2 tygodniach spotkałam osobę, która pełna była entuzjazmu względem języka angielskiego, jak i pasji uczenia, co wierzcie mi, bardzo rzadko chodzi w parze. Często ludzie z wielką wiedzą są beznadziejnymi nauczycielami, a fajne osobowości niezbyt merytoryczne. Miałam jednak szczęście i znalazłam wspaniałą korepetytorkę. Od lipca do września, spotykałam się trzy razy w tygodniu po 2 godziny dziennie, by powtórzyć całą gramatykę i robić mnóstwo ćwiczeń, a od września do początku stycznia 2012, ćwiczyłyśmy już tylko testy do certyfikatu. Po kilku tygodniach oczekiwania, okazało się że zdałam certyfikat i zostałam zwolniona z egzaminu. Mój poziom B2 został potwierdzony na papierze. Wyjeżdżając zatem do Anglii, miałam poziom średniozaawansowany. Szybko też zorientowałam się, że niestety to czego uczono mnie przez lata na lekcjach angielskiego nijak ma się do tego, co używają Anglicy. Rozumiałam ich język i potrafiłam szybko odpowiedzieć na pytania, ale mimo poziomu B2 nie wszystko było aż takie proste, kiedy musiałam rozmawiać z rodowitymi Anglikami. Mnóstwo praktyki językowej, codzienne konwersacje, przebywanie z nimi od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu sprawiło, że mój angielski nabrał tempa i zdecydowałam się zdać certyfikat CAE (poziom C1).
Certyfikat ten jest nieco zwodniczy.
Składa się z pięciu części:
Czytanie:I Kilka ekstraktów, które dotyczyć mogą wszystkiego. Słownictwo jest bardzo wyrafinowane, ściśle związane z jakąś dziedziną. Można dostać tekst bardzo specjalistyczny.
II Kolejna część czytania to dopasowywanie urwanym fragmentów tekstu. Brakujące tekstu są bardzo podobne, przez co trudno jest wybrać właściwą kolejność.
III Tekst oraz pytania - test wielokrotnego wyboru.
IV Od 5 do 6 fragmentów tekstu, do których należy wybrać ogólną myśl z 15 zdań.
Słuchanie - 4 części. Bardzo szybki angielski, brak czasu na sprawdzenie odpowiedzi. Tekst leci jak błyskawica, a odpowiedzi niczym się praktycznie nie różnią. Decydują niuanse.
Pisanie:
I część - raport lub list - 220 słów
II część - do wyboru - raport, esej, artykuł, wkładka do książki etc. kolejne 220-260 słów.
Mówienie: należy pamiętać by wrzucić kilka phrasal verbs.
Use of English, czyli angielski koszmar - 4 części.
CAE - niewiele czasu na sprawdzenie, dużo specjalistycznego słownictwa w części reading oraz zmęczenie fizyczne. Egzamin ten trwał aż sześć godzin. Zaczęłam o 8:45, a skończyłam o 14:45. W połowie większość ludzi jest już znużona, a koncentracja jest w CAE najważniejsza. Życzcie mi zatem powodzenia!
26 lutego, czyli za nieco więcej niż tydzień, minie równo półtora roku od mojego przyjazdu do Londynu, dlatego poddam się tej całej melancholijnej fazie podsumowań. Gdybym mogła, cofnęłabym czas o te półtora roku do tyłu, by jeszcze raz móc przeżyć wszystko to, co teraz jest już wspomnieniem, chcąc wydłużyć każdą sekundę do godziny!
środa, 12 lutego 2014
Wilk z Wall Street
Unoszące się w powietrzu opary wielkiego świata. Nowojorskie ulice, przedzierające odgłosy klaksonów - dobiegających ze słynnych, żółtych taksówek oraz równomiernie dygocący zgiełk.
Gdzieś w południowej części Manhattanu, znanej nam bliżej z amerykańskich taśm filmowych (Skarb Narodów - w roli głównej N. Cage), znajduje się pewna ulica. Ulica, o szumnej nazwie Wall Street. A Wall Street konotuje tylko jedno: przepych, bogactwo, elity i świat nieokiełznanych zdarzeń.
Nieustanny stres, pieniężna gorączka oraz dżungla osobowości, to immanentne cechy nowojorskich biznesmenów. Nie sposób zatem dziwić się, iż świat rekinów biznesu, przyciąga jak magnes, nie tylko ludzi z branży, ale i twórców, którzy inspirują się tą amerykańską enigmą.
Historia słynnego w branży Jordana Belforta, zainspirowała jednego z najbardziej znamienitych, współczesnych reżyserów - Martina Scorsese. A ciąg słów takich jak giełda, używki, harem czy też fałszywki to słowa, które tworzą wspólny rym, niczym w najwyższej klasy poemacie.
Jordan Belfort, to postać nieprzeciętna. Jego biografia to - nolens volens - biografia rodem z amerykańskiego snu - od pucybuta do milionera. Swoją zaciętością słynny makler i manipulator zarazem, otworzył biuro w dawnym salonie samochodowym, działając na licencji Stratton Securities. Dzięki prowizjom, wykupił wszystkie udziały w Strattonie, by następnie pracować pod szyldem Stratton Oakmont (SO zajmowało się usługami maklerskimi. Zbudowane w latach 80 rozrastało się w ekspresowym tempie, stając się wkrótce największym w Stanach Zjednoczonych podmiotem zajmującym się obrotem pozagiełdowym). Tak też, rozkręcając interes, łowił (wraz ze swoją świtą) coraz to większe ryby, nie zapominając o wirtuozowsko zaplanowanych przekrętach. A o tym, co działo się w kuluarach biznesowego przedsięwzięcia, dowiedzieć się można za sprawą znakomitego filmu - Wilk z Wall Street, którego czołowym bohaterem jest właśnie Jordan Belfort, grany przez L. di Caprio.
Twórca filmu nie należy do najmłodszej generacji reżyserów. Jego wiek oraz - zdaniem niektórych krytyków - niezbyt udana próba odzyskania tytułu bycia w formie, przyczyniły się do mieszanych uczuć względem najnowszej produkcji. Stereotypy,okazały się jednak zwodnicze, bowiem Wilk z Wall Street to film, który jest istną petardą. W filmie znajduje się wszystko to, co powinno przyciągnąć uwagę widza. Czarny humor, wartkie dialogi, które nie nużą wymuszonym sarkazmem, a naprawdę wzbudzają salwy śmiechu, znakomita obsada aktorska, dynamiczna akcja, świetnie zarysowani bohaterowie oraz to coś, co zmusza widza do kontynuacji oglądanego dzieła.
Film jest dość długi, ponieważ trwa około 3 godzin, a mimo to nie popada w mdłe, pełne farsy klimaty. Nie jest to również film, który ma smak dawno wyżutej landrynki, która dawno straciła swój smak. Przedstawione zostaje nam świetne kino, inteligentnie napisany scenariusz oraz bohaterowie, którzy budzą jakieś emocje. Wspaniałe sceny, jak ta, gdy główny bohater rozmawia na jachcie z ludźmi z FBI czy też początkowa scena, gdy niewinny jeszcze Jordan, rozmawia z dużo bardziej doświadczonym w branży mężczyzną, nieświadomie nasiąkając jego ideeami.
Pulsujący rytm narkotycznego letargu, niczym z modernistycznych powieści, balans między tym co dobre, a złe, to to, co wywołuje w nas niechęć do filmu, bądź wielką sympatię.
Godne uwagi są płomienne przemówienia głównego bohatera, jego nieustępliwość i to, co reżyser stara się przemycać pomiędzy niemoralnymi przerywnikami. Rój żądnych pieniądza ludzi oraz nie poddawanie się , to główne zasady Wilka z Wall Street.
Niektóre wyzute z dobrego tonu fragmenty filmu, momentami rażą. Zbyt wiele (eufemistycznie określając) aktów, zbyt wiele narkotyków, a mimo to, film ma w sobie wiele ironii i dynamiki. I w tej dynamice przywołuje mi na myśl tak zupełnie, absolutnie inny film - Pulp Fiction, choć w mojej subiektywnej ocenie zasługuje na 5/6, gdzie Pulp Fiction 6/6. Różnica między filmami rzuca się w oczy, jednak nie ważne jak różne są filmy, najważniejszy jest ich wspólny mianownik -wartka akcja, a tej w Wilku z Wall Street nie brakuje.
Gdzieś w południowej części Manhattanu, znanej nam bliżej z amerykańskich taśm filmowych (Skarb Narodów - w roli głównej N. Cage), znajduje się pewna ulica. Ulica, o szumnej nazwie Wall Street. A Wall Street konotuje tylko jedno: przepych, bogactwo, elity i świat nieokiełznanych zdarzeń.
Nieustanny stres, pieniężna gorączka oraz dżungla osobowości, to immanentne cechy nowojorskich biznesmenów. Nie sposób zatem dziwić się, iż świat rekinów biznesu, przyciąga jak magnes, nie tylko ludzi z branży, ale i twórców, którzy inspirują się tą amerykańską enigmą.
Historia słynnego w branży Jordana Belforta, zainspirowała jednego z najbardziej znamienitych, współczesnych reżyserów - Martina Scorsese. A ciąg słów takich jak giełda, używki, harem czy też fałszywki to słowa, które tworzą wspólny rym, niczym w najwyższej klasy poemacie.
Jordan Belfort, to postać nieprzeciętna. Jego biografia to - nolens volens - biografia rodem z amerykańskiego snu - od pucybuta do milionera. Swoją zaciętością słynny makler i manipulator zarazem, otworzył biuro w dawnym salonie samochodowym, działając na licencji Stratton Securities. Dzięki prowizjom, wykupił wszystkie udziały w Strattonie, by następnie pracować pod szyldem Stratton Oakmont (SO zajmowało się usługami maklerskimi. Zbudowane w latach 80 rozrastało się w ekspresowym tempie, stając się wkrótce największym w Stanach Zjednoczonych podmiotem zajmującym się obrotem pozagiełdowym). Tak też, rozkręcając interes, łowił (wraz ze swoją świtą) coraz to większe ryby, nie zapominając o wirtuozowsko zaplanowanych przekrętach. A o tym, co działo się w kuluarach biznesowego przedsięwzięcia, dowiedzieć się można za sprawą znakomitego filmu - Wilk z Wall Street, którego czołowym bohaterem jest właśnie Jordan Belfort, grany przez L. di Caprio.
Twórca filmu nie należy do najmłodszej generacji reżyserów. Jego wiek oraz - zdaniem niektórych krytyków - niezbyt udana próba odzyskania tytułu bycia w formie, przyczyniły się do mieszanych uczuć względem najnowszej produkcji. Stereotypy,okazały się jednak zwodnicze, bowiem Wilk z Wall Street to film, który jest istną petardą. W filmie znajduje się wszystko to, co powinno przyciągnąć uwagę widza. Czarny humor, wartkie dialogi, które nie nużą wymuszonym sarkazmem, a naprawdę wzbudzają salwy śmiechu, znakomita obsada aktorska, dynamiczna akcja, świetnie zarysowani bohaterowie oraz to coś, co zmusza widza do kontynuacji oglądanego dzieła.
Film jest dość długi, ponieważ trwa około 3 godzin, a mimo to nie popada w mdłe, pełne farsy klimaty. Nie jest to również film, który ma smak dawno wyżutej landrynki, która dawno straciła swój smak. Przedstawione zostaje nam świetne kino, inteligentnie napisany scenariusz oraz bohaterowie, którzy budzą jakieś emocje. Wspaniałe sceny, jak ta, gdy główny bohater rozmawia na jachcie z ludźmi z FBI czy też początkowa scena, gdy niewinny jeszcze Jordan, rozmawia z dużo bardziej doświadczonym w branży mężczyzną, nieświadomie nasiąkając jego ideeami.
Pulsujący rytm narkotycznego letargu, niczym z modernistycznych powieści, balans między tym co dobre, a złe, to to, co wywołuje w nas niechęć do filmu, bądź wielką sympatię.
Godne uwagi są płomienne przemówienia głównego bohatera, jego nieustępliwość i to, co reżyser stara się przemycać pomiędzy niemoralnymi przerywnikami. Rój żądnych pieniądza ludzi oraz nie poddawanie się , to główne zasady Wilka z Wall Street.
Niektóre wyzute z dobrego tonu fragmenty filmu, momentami rażą. Zbyt wiele (eufemistycznie określając) aktów, zbyt wiele narkotyków, a mimo to, film ma w sobie wiele ironii i dynamiki. I w tej dynamice przywołuje mi na myśl tak zupełnie, absolutnie inny film - Pulp Fiction, choć w mojej subiektywnej ocenie zasługuje na 5/6, gdzie Pulp Fiction 6/6. Różnica między filmami rzuca się w oczy, jednak nie ważne jak różne są filmy, najważniejszy jest ich wspólny mianownik -wartka akcja, a tej w Wilku z Wall Street nie brakuje.
czwartek, 6 lutego 2014
Portret Doriana Gray'a (nie mylić z pisarską chałturą 50 twarzy Graya)
"Niech pan sobie uświadomi, czym jest młodość, dopóki jeszcze jest pan młody. Niech pan nie trwoni swych najlepszych lat, słuchając rozmaitych nudziarzy i usiłując naprawić to, co nie do naprawienia. Niech pan nie oddaje życia na patwę ignorantom, ludziom pospolitym i ordynarnym. To chore cele, fałszywe ideały naszego stulecia. Niech pan żyje! Niech pan żyje tym cudownym życiem, które jest w panu! Niech pan niczego nie uroni! Niech pan zawsze poszukuje nowych wrażeń. Niech pan się niczego nie obawia... Nowy hedonizm - oto czego pragnie nasze stulecie."
Dwie dziedziny, bliskie mojej duszy, od zawsze bardzo głośno dopominały się o uwagę. Kilkanaście lat w szkole muzycznej, wyryło się na tyle mocno, iż nie widziałam świata poza fortepianem. Półki uginały się od wszelkich biografii muzyków czy kompozytorów. Nałogowo kupowałam książki o młodości tych największych, jak choćby napisaną w niezwykle paradny sposób książkę A. Rubinsteina, który z ogromnym dystansem do siebie, przytaczał anegdoty ze swojej młodości. I nie tylko. Wspaniała "Sztuka fugi" inspirowała do wyszukiwania jak największej ilości informacji o życiu bachowskiego geniusza wszechczasów - Glenna Goulda, który był osobowością kompletną. Specyficzne siedzenie przy fortepianie oraz bogate interpretacje. Jego partity zaskakują perfekcją. A może nie tyle zaskakują, co wywołują na ustach wszystkich jakże wytarty frazes: To geniusz. Istotnie. To geniusz.
Stosunkowo nowa pozycja - nieco plotkarska - na temat życia dumnie stąpającej po ziemi, pełnej uroku i niebywałego talentu argentyńskiej pianistki - Marthy Argerich, którą przez wiele lat stawiałam sobie jako autorytet. Żywej legendy, pełnej temperamentu i czaru zarazem. Pianistki, która potrafiła odwoływać koncerty, "w ostatniej chwili" - czego sama doświadczyłam, gdy odwołała koncert w Royal Festival Hall (Waterloo - Londyn), a także pianistki, która na znak protestu, opuściła jury Konkursu Chopinowskiego, wywołując skandal. (gdy Ivo Pogorelich odpadł w III etapie - 1980 rok).
Bycie kolekcjonerką wspomnień, pozwalało mi wciąż, na nowo się inspirować. Nie tylko pozycjami dla czytelników, ale również płytami czy też dostępnymi na youtube nagraniami. Tak jak większość, zapatrzonych w muzykę pianistów, skrzypków etc., potrafiłam słuchać kilkunastu wykonań tego samego utworu. Pamiętam, jak jeszcze tak niedawno, porównywałam I cz. sonaty waldsteinowskiej w wykonaniu E. Gilelsa, A. Rubinsteina, F. Guldy (chyba najszybsze w historii) czy też M. Argerich. Podobnie było z każdym innym utworem. Odtwarzałam dwie pierwsze linijki. W kółko. Następnie przechodziłam do następnych.
W jednej z książek o S. Richterze, a może w jednym z wywiadów, czytałam, że słynny pianistyczny tytan, zamknął się kiedyś w sali konserwatorium moskiewskiego, ćwicząc przez cztery godziny ten sam motyw muzyczny. I o ile ktoś nie znający się na muzyce klasycznej (bądź ignorant), puknie się w czoło, o tyle muzycy, z podziwem przytakną, mówiąc że tę dbałość o szczegóły słychać w jego interpretacjach.
Muzyka była na pierwszym planie, ale gdy rzeczywistość zweryfikowała marzenia, zdecydowałam poświęcić się drugiej, bliskiej mojej duszy pasji. Pasji do literatury. Filologia polska, to nieustanny czasowo wyścig. Mnóstwo pozycji książkowych, przynoszenie wielkich stosów dramatów, tomików czy powieści, by przeczytać je jak najszybciej i za tydzień wypożyczyć kolejne. Tak to zapamiętałam. Studia te dały mi bardzo dużo. Na zawsze będę pamiętała o wspaniałej atmosferze, profesorach, którzy odnosili się z dużym szacunkiem do studentów oraz o bardzo wartościowych ludziach. Mimo nakładu książek, z przyjemnością przemycałam powieści, które nie były stricte na liście lektur, ale które chciałam przeczytać. Tak też przeczytałam Rok 1984 G. Orwella - absolutne arcydzieło, Lolitę V. Nabukova czy też Portret Doriana Gray'a - O. Wilde. Ostatnia pozycja, choć pozornie może wydawać się najmniej bogata językowo, stosunkowo krótka oraz nieco pozbawiona, w moim subiektywnym odczuciu, dobrego budowania napięcia w akcji lub kulminacji, (która trzyma nas czytelników w niepewności i chęci kontynuacji dzieła), dała mi wielką dozę inspiracji. Po przeczytaniu Doriana Gray'a, nagle, jeszcze raz, już w internecie, zaczęłam szukać cytatów do książki, które zmieniły moje myślenie.
"(...) uważam, że gdyby choć jeden człowiek przeżył swoje życie w pełni, nadał formę każdemu uczuciu, wyraził każdą myśl, zrealizował każde marzenie, uważam, że świat otrzymałby tak świeży impuls radości, że wyzbylibyśmy się wszystkich naszych średniowiecznych ułomności i powrócili do helleńskiego ideału - a może nawet do czegoś jeszzcze doskonalszego i bogatszego niż ten ideał. Niestety, nawet najodważniejszy z nas boi się samego siebie. Tragicznym przedłużeniem okalaczeń, jakim poddają się dzicy, są szpecące nasze życie wyrzeczenia, które dodatkowo ściagają na nas karę. Każdy impuls, który usiłujemy w sobie zdusić, rozplenia się w naszym umyśle i zastruwa nas. Ciało, grzesząc, oczyszcza się porzez działanie. Wtedy nie pozostaje nic, poza wspomnieniem przyjemności czy luksusem, jaki jest żal. Jedynym sposobem przezwyciężania pokus, jest uleganie im. Zacznij się opierać, a twa dusza rozchoruje się z tęsknoty za tym, czego sobie odmówiła, z pragnienia tego, co jej potworne prawa uczyniły potwornym i beprawnym. Ktoś powiedział, że wielkie zdarzenia tego świata zachodzą w umyśle. W umyśle też - i tylko w nim - pojawiają się największe grzechy tego świata."
Wracałam do tego fragmentu wiele razy i zainspirował mnie na tyle mocno, że pod wpływem swoich przemyśleń i książkowego impulsu, podjęłam działania, aby spełnić jedno z moich marzeń - zamieszkać w Londynie. Nic nie daje tak wielkiego poczucia szczęścia czy radości, niż spełnienie jakiegoś wielkiego marzenia. Londyn, był czymś niedostępnym. Oczywiście, że można pojechać tam na wycieczkę, ale wyjechać samemu? Bez nikogo znajomego? O tak. Bez mrugnięcia okiem, wkładając wiele pracy i poświęcając wiele godzin na doprowadzenie marzenia do celu, udało się. Wyjechałam. Pamiętam, jak powtarzałam, że wyjadę, choć nie miałąm żadnego planu jak to zrobić. Ale nie przeszkadzało mi to. Czułam, że to zrobię. I powiem szczerze, że miłość do Londynu nie okazała się tylko platonicznym uczuciem, a pełnowartościową, dojrzałą miłością, która nie przemija. Będąc ostatnio w Polsce, w związku z głośnymi wypowiedziami Camerona w telewizji, bardzo często pokazywane były ulice Londynu. Jakby tego było mało, w niedzielę leciała bardzo lekka komedia, z L. Lohan w roli głównej (gdy była jeszcze młoda i niewinna) "Nie wierzcie bliźniaczkom". Jedna z bohaterek mieszkała w Londynie, pokazane były te jakże charakterystyczne angielskie sklepy czy też wiktoriańskie domy. Oglądając to wszystko zatęskniłam za Londynem i chciałam wsiadać do samolotu. "Już. Teraz." Uświadomiłam sobie, że Londyn ma swój czar, specyfikę. Że bardzo tęsknię za tymi znajomymi budynkami, za tygodniową rutyną, szkołą tańca oraz ludźmi. I pomimo, iż stawiana za inspirację Martha Argerich, zawsze budziła we mnie chęć do stałego przeprowadzania się i doświadczania życia w różnych krajach, to chciałabym, aby to Londyn był moim domem i przystanią. Chciałabym pomieszkać w Paryżu, przez wakacje, odwiedzić Nowy Jork i mnóstwo innych miejsc, ale to Londyn, powinien pozostać moim miejscem na ziemi. Pomimo, iż mam szacunek do swojej tożsamości i kultury, uważam, że wspaniała jest możliwość decydowania o miejscu, w którym możemy mieszkać. To, że nasza narodowość nie konstytuuje naszego miejsca zamieszkania na zawsze. A poznawanie nowych kultur, procentuje przez lata.
środa, 5 lutego 2014
"Królewska" kuchnia
There is no sincerer love than the love of food.
G. B. Shaw
Kuchnia angielska konotuje niezbyt chlubne przymiotniki. Niepotrzebnie. Smagana milionem doniesień o wciąż padającym deszczu oraz rzekomo słabym jedzeniu, z przyjemnością odkrywałam uroki własnych, kulinarnych doświadczeń, podpatrując przepisy na wszystkie angielskie rarytasy, jakie w ostatnich piętnastu miesiącach miałam okazję skosztować.
O angielskiej kuchni krążą legendy, ale według mnie nie powinno się wkładać do jednej szuflady wszystkich Anglików, ponieważ to jak się odżywiamy nie zależy od narodowości, a od człowieka, i tak samo w Polsce możemy znaleźć bardzo słabą kuchnię, jak i w Anglii. Jedni dbają o to bardziej, inni mniej.
Anglicy z wiadomych względów spożywają dużo ryb. Króluje tuńczyk oraz łosoś. Tuna pasta bake to znakomity pomysł na szybki obiad lub kolację. Makaron, zmieszany zostaje z kukurydzą z puszki oraz tuńczykiem. Ale zanim to, należy przyrządzić specjalny sos - do kupienia w Sainsbury, a następnie zmieszać go z mlekiem. Wszystko zmieszać na patelni, zetrzeć cheddar i zapiec w piekarniku. Zaskakujące jest to, że sam wierzch makaronowego dania, należy obsypać zgniecionymi chipsami. Mnie, wychowaną na typowo tradycyjnych daniach, nieco to zdziwiło, ale dodaje to smaku.
Fish pie, to czołowe danie w domu, w którym mieszkam. Sos serowy, zielony groszek, zmieszane różne gatunki ryb, przykryte puree ziemniaczanym, to absolutny klejnot z korony angielskich dań.
Sherped pie, to kolejna zapiekanka mięsna. Podobnie jak Cottage pie.
Wspaniałym pomysłem jest makaron zmieszany z lekką śmietaną, łososiem, serem cheddar oraz groszkiem.
Śniadanie, tak jak to wszędzie przyjęte, jemy w zależności od tego, o której musimy wyjść do pracy/szkoły. Następnie lunch, w okolicach 12:30-13:30 oraz tzw. "tea", która paradoksalnie nie jest celebracją herbaty, jak zwykło się mawiać, a obiadem - serwowanym dość późno, bo między 17:30 a 18:00. Kolacja wedle uznania.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)