czwartek, 6 lutego 2014

Portret Doriana Gray'a (nie mylić z pisarską chałturą 50 twarzy Graya)


"Niech pan sobie uświadomi, czym jest młodość, dopóki jeszcze jest pan młody. Niech pan nie trwoni swych najlepszych lat, słuchając rozmaitych nudziarzy i usiłując naprawić to, co nie do naprawienia. Niech pan nie oddaje życia na patwę ignorantom, ludziom pospolitym i ordynarnym. To chore cele, fałszywe ideały naszego stulecia. Niech pan żyje! Niech pan żyje tym cudownym życiem, które jest w panu! Niech pan niczego nie uroni! Niech pan zawsze poszukuje nowych wrażeń. Niech pan się niczego nie obawia... Nowy hedonizm - oto czego pragnie nasze stulecie."

Dwie dziedziny, bliskie mojej duszy, od zawsze bardzo głośno dopominały się o uwagę. Kilkanaście lat w szkole muzycznej, wyryło się na tyle mocno, iż nie widziałam świata poza fortepianem. Półki uginały się od wszelkich biografii muzyków czy kompozytorów. Nałogowo kupowałam książki o młodości tych największych, jak choćby napisaną w niezwykle paradny sposób książkę A. Rubinsteina, który z ogromnym dystansem do siebie, przytaczał anegdoty ze swojej młodości. I nie tylko. Wspaniała "Sztuka fugi" inspirowała do wyszukiwania jak największej ilości informacji o życiu bachowskiego geniusza wszechczasów - Glenna Goulda, który był osobowością kompletną. Specyficzne siedzenie przy fortepianie oraz bogate interpretacje. Jego partity zaskakują perfekcją. A może nie tyle zaskakują, co wywołują na ustach wszystkich jakże wytarty frazes: To geniusz. Istotnie. To geniusz.

Stosunkowo nowa pozycja - nieco plotkarska - na temat życia dumnie stąpającej po ziemi, pełnej uroku i niebywałego talentu argentyńskiej pianistki - Marthy Argerich, którą przez wiele lat stawiałam sobie jako autorytet. Żywej legendy, pełnej temperamentu i czaru zarazem. Pianistki, która potrafiła odwoływać koncerty, "w ostatniej chwili" - czego sama doświadczyłam, gdy odwołała koncert w Royal Festival Hall (Waterloo - Londyn), a także pianistki, która na znak protestu, opuściła jury Konkursu Chopinowskiego, wywołując skandal. (gdy Ivo Pogorelich odpadł w III etapie - 1980 rok).

Bycie kolekcjonerką wspomnień, pozwalało mi wciąż, na nowo się inspirować. Nie tylko pozycjami dla czytelników, ale również płytami czy też dostępnymi na youtube nagraniami. Tak jak większość, zapatrzonych w muzykę pianistów, skrzypków etc., potrafiłam słuchać kilkunastu wykonań tego samego utworu. Pamiętam, jak jeszcze tak niedawno, porównywałam I cz. sonaty waldsteinowskiej w wykonaniu E. Gilelsa, A. Rubinsteina, F. Guldy (chyba najszybsze w historii) czy też M. Argerich. Podobnie było z każdym innym utworem. Odtwarzałam dwie pierwsze linijki. W kółko. Następnie przechodziłam do następnych.
W jednej z książek o S. Richterze, a może w jednym z wywiadów, czytałam, że słynny pianistyczny tytan, zamknął się kiedyś w sali konserwatorium moskiewskiego, ćwicząc przez cztery godziny ten sam motyw muzyczny. I o ile ktoś nie znający się na muzyce klasycznej (bądź ignorant), puknie się w czoło, o tyle muzycy, z podziwem przytakną, mówiąc że tę dbałość o szczegóły słychać w jego interpretacjach.

Muzyka była na pierwszym planie, ale gdy rzeczywistość zweryfikowała marzenia, zdecydowałam poświęcić się drugiej, bliskiej mojej duszy pasji. Pasji do literatury. Filologia polska, to nieustanny czasowo wyścig. Mnóstwo pozycji książkowych, przynoszenie wielkich stosów dramatów, tomików czy powieści, by przeczytać je jak najszybciej i za tydzień wypożyczyć kolejne. Tak to zapamiętałam. Studia te dały mi bardzo dużo. Na zawsze będę pamiętała o wspaniałej atmosferze, profesorach, którzy odnosili się z dużym szacunkiem do studentów oraz o bardzo wartościowych ludziach. Mimo nakładu książek, z przyjemnością przemycałam powieści, które nie były stricte na liście lektur, ale które chciałam przeczytać. Tak też przeczytałam Rok 1984 G. Orwella - absolutne arcydzieło, Lolitę V. Nabukova czy też Portret Doriana Gray'a - O. Wilde. Ostatnia pozycja, choć pozornie może wydawać się najmniej bogata językowo, stosunkowo krótka oraz nieco pozbawiona, w moim subiektywnym odczuciu, dobrego budowania napięcia w akcji lub kulminacji, (która trzyma nas czytelników w niepewności i chęci kontynuacji dzieła), dała mi wielką dozę inspiracji. Po przeczytaniu Doriana Gray'a, nagle, jeszcze raz, już w internecie, zaczęłam szukać cytatów do książki, które zmieniły moje myślenie.

"(...) uważam, że gdyby choć jeden człowiek przeżył swoje życie w pełni, nadał formę każdemu uczuciu, wyraził każdą myśl, zrealizował każde marzenie, uważam, że świat otrzymałby tak świeży impuls radości, że wyzbylibyśmy się wszystkich naszych średniowiecznych ułomności i powrócili do helleńskiego ideału - a może nawet do czegoś jeszzcze doskonalszego i bogatszego niż ten ideał. Niestety, nawet najodważniejszy z nas boi się samego siebie. Tragicznym przedłużeniem okalaczeń, jakim poddają się dzicy, są szpecące nasze życie wyrzeczenia, które dodatkowo ściagają na nas karę. Każdy impuls, który usiłujemy w sobie zdusić, rozplenia się w naszym umyśle i zastruwa nas. Ciało, grzesząc, oczyszcza się porzez działanie. Wtedy nie pozostaje nic, poza wspomnieniem przyjemności czy luksusem, jaki jest żal. Jedynym sposobem przezwyciężania pokus, jest uleganie im. Zacznij się opierać, a twa dusza rozchoruje się z tęsknoty za tym, czego sobie odmówiła, z pragnienia tego, co jej potworne prawa uczyniły potwornym i beprawnym. Ktoś powiedział, że wielkie zdarzenia tego świata zachodzą w umyśle. W umyśle też - i tylko w nim - pojawiają się największe grzechy tego świata."

Wracałam do tego fragmentu wiele razy i zainspirował mnie na tyle mocno, że pod wpływem swoich przemyśleń i książkowego impulsu, podjęłam działania, aby spełnić jedno z moich marzeń - zamieszkać w Londynie. Nic nie daje tak wielkiego poczucia szczęścia czy radości, niż spełnienie jakiegoś wielkiego marzenia. Londyn, był czymś niedostępnym. Oczywiście, że można pojechać tam na wycieczkę, ale wyjechać samemu? Bez nikogo znajomego? O tak. Bez mrugnięcia okiem, wkładając wiele pracy i poświęcając wiele godzin na doprowadzenie marzenia do celu, udało się. Wyjechałam. Pamiętam, jak powtarzałam, że wyjadę, choć nie miałąm żadnego planu jak to zrobić. Ale nie przeszkadzało mi to. Czułam, że to zrobię. I powiem szczerze, że miłość do Londynu nie okazała się tylko platonicznym uczuciem, a pełnowartościową, dojrzałą miłością, która nie przemija. Będąc ostatnio w Polsce, w związku z głośnymi wypowiedziami Camerona w telewizji, bardzo często pokazywane były ulice Londynu. Jakby tego było mało, w niedzielę leciała bardzo lekka komedia, z L. Lohan w roli głównej (gdy była jeszcze młoda i niewinna) "Nie wierzcie bliźniaczkom". Jedna z bohaterek mieszkała w Londynie, pokazane były te jakże charakterystyczne angielskie sklepy czy też wiktoriańskie domy. Oglądając to wszystko zatęskniłam za Londynem i chciałam wsiadać do samolotu. "Już. Teraz." Uświadomiłam sobie, że Londyn ma swój czar, specyfikę. Że bardzo tęsknię za tymi znajomymi budynkami, za tygodniową rutyną, szkołą tańca oraz ludźmi. I pomimo, iż stawiana za inspirację Martha Argerich, zawsze budziła we mnie chęć do stałego przeprowadzania się i doświadczania życia w różnych krajach, to chciałabym, aby to Londyn był moim domem i przystanią. Chciałabym pomieszkać w Paryżu, przez wakacje, odwiedzić Nowy Jork i mnóstwo innych miejsc, ale to Londyn, powinien pozostać moim miejscem na ziemi. Pomimo, iż mam szacunek do swojej tożsamości i kultury, uważam, że wspaniała jest możliwość decydowania o miejscu, w którym możemy mieszkać. To, że nasza narodowość nie konstytuuje naszego miejsca zamieszkania na zawsze. A poznawanie nowych kultur, procentuje przez lata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz