Odkąd sięgam pamięcią, uczyłam się języka angielskiego. Zaczęłam się go uczyć w wieku 10 lat, chodząc do szkoły językowej. Angielski przewijał się przez wszystkie lata szkolne, aż do liceum, gdzie akompaniowała mu łacina.
Po burzliwych (!) testach poziomujących, na pierwszym roku studiów, z własnej i nieprzymuszonej woli chciałam trafić do grupy B2. Tak też się stało. Lektorat trwał cały licencjat, może z wyłączeniem pierwszego semestru na pierwszym roku. Dumna z oceny ze staropolki oraz gramatyki historycznej, czyli egzaminacyjnych kobył, nie wyobrażałam sobie, by mieć ocenę niższą niż 4,5 po tylu latach nauki języka angielskiego. Zalewana listą lektur, dydaktyką czy też przedmiotami językowymi etc. wiedziałam, że powinnam jak najlepiej przygotować się do egzaminu, kończącego lektorat, a wliczającego się do średniej. Niestety materiał z trzech lat był bardzo duży, a czasu bardzo mało. Wówczas, rozpoczęłam swoje poszukiwania, by znaleźć jak najlepszego korepetytora. Chciałam powtórzyć z kimś całą gramatykę. Prowadząca zajęcia dała nam informację, iż można być zwolnionym z tego dużego egzaminu, pod warunkiem że zda się certyfikat na poziomie B2.
Po próbach znalezienia właściwego korepetytora, niemal zdezerterowałam w swych poszukiwaniach. Trafiałam bowiem na ludzi albo nieprzygotowanych, bez żadnych materiałów, albo niezbyt merytorycznych. Na szczęście po 2 tygodniach spotkałam osobę, która pełna była entuzjazmu względem języka angielskiego, jak i pasji uczenia, co wierzcie mi, bardzo rzadko chodzi w parze. Często ludzie z wielką wiedzą są beznadziejnymi nauczycielami, a fajne osobowości niezbyt merytoryczne. Miałam jednak szczęście i znalazłam wspaniałą korepetytorkę. Od lipca do września, spotykałam się trzy razy w tygodniu po 2 godziny dziennie, by powtórzyć całą gramatykę i robić mnóstwo ćwiczeń, a od września do początku stycznia 2012, ćwiczyłyśmy już tylko testy do certyfikatu. Po kilku tygodniach oczekiwania, okazało się że zdałam certyfikat i zostałam zwolniona z egzaminu. Mój poziom B2 został potwierdzony na papierze. Wyjeżdżając zatem do Anglii, miałam poziom średniozaawansowany. Szybko też zorientowałam się, że niestety to czego uczono mnie przez lata na lekcjach angielskiego nijak ma się do tego, co używają Anglicy. Rozumiałam ich język i potrafiłam szybko odpowiedzieć na pytania, ale mimo poziomu B2 nie wszystko było aż takie proste, kiedy musiałam rozmawiać z rodowitymi Anglikami. Mnóstwo praktyki językowej, codzienne konwersacje, przebywanie z nimi od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu sprawiło, że mój angielski nabrał tempa i zdecydowałam się zdać certyfikat CAE (poziom C1).
Certyfikat ten jest nieco zwodniczy.
Składa się z pięciu części:
Czytanie:I Kilka ekstraktów, które dotyczyć mogą wszystkiego. Słownictwo jest bardzo wyrafinowane, ściśle związane z jakąś dziedziną. Można dostać tekst bardzo specjalistyczny.
II Kolejna część czytania to dopasowywanie urwanym fragmentów tekstu. Brakujące tekstu są bardzo podobne, przez co trudno jest wybrać właściwą kolejność.
III Tekst oraz pytania - test wielokrotnego wyboru.
IV Od 5 do 6 fragmentów tekstu, do których należy wybrać ogólną myśl z 15 zdań.
Słuchanie - 4 części. Bardzo szybki angielski, brak czasu na sprawdzenie odpowiedzi. Tekst leci jak błyskawica, a odpowiedzi niczym się praktycznie nie różnią. Decydują niuanse.
Pisanie:
I część - raport lub list - 220 słów
II część - do wyboru - raport, esej, artykuł, wkładka do książki etc. kolejne 220-260 słów.
Mówienie: należy pamiętać by wrzucić kilka phrasal verbs.
Use of English, czyli angielski koszmar - 4 części.
CAE - niewiele czasu na sprawdzenie, dużo specjalistycznego słownictwa w części reading oraz zmęczenie fizyczne. Egzamin ten trwał aż sześć godzin. Zaczęłam o 8:45, a skończyłam o 14:45. W połowie większość ludzi jest już znużona, a koncentracja jest w CAE najważniejsza. Życzcie mi zatem powodzenia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz