czwartek, 23 kwietnia 2015

Don't you worry child

Idealna piosenka dla wszystkich, którzy zastanawiają się nad swoimi marzeniami, życiem i nad tym, w którym momencie staliśmi się dorośli.

Don't you worry child                https://www.youtube.com/watch?v=lQOMH7WJeqw&spfreload=10

There was a time, I used to look into my father's eyes 
In a happy home, I was a king I had a golden throne 
Those days are gone, now the memories are on the wall 
I hear the songs from the places where I was born 

Up on the hill across the blue lake, 
that's where I had my first heart break 
I still remember how it all changed 
my father said 

Don't you worry, don't you worry child 
See heaven's got a plan for you 
Don't you worry, don't you worry now 
Yeah! 

Don't you worry, don't you worry now 
Yeah! 
Ooh ooh ooh ooooh! 
See heaven's got a plan for you 
Ooh ooh ooh ooooh! 

There was a time, I met a guy of a different kind 
We ruled the world, 
Thought I'll never lose his out of sight, we were so young 
I think of him now and then 
Still hear the song 
Reminding me of a friend.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Royal Festival Hall

Waterloo. Osławiona nazwa. Słyszał ją prawie każdy. Słowo to pojawiało się nawet w piosenkach.
Waterloo to dzielnica Londynu. Wysiadając na stacji metra, o tej samej nazwie, wystarczy "parę kroków", by znalezc się tuż przy Westminsterze lub London Eye.
Tam też, znajduje się Royal Festival Hall. Wielka, londyńska sala koncertowa, na której występują największe nazwiska muzyczne. Sala ta robi wrażenie, choc nie dorownuje wizualnie Royal Albert Hall.
Nadszedł ten długo upragniony i wyczekiwany zarazem dzień, w którym u boku Daniela Barenboima (wybitny pianista, dyrygent) wystąpic miała piekielnie zdolna i charyzmatyczna, a także czarująca Martha Argerich. Argentyńska pianistka, której grę wielbię od lat, traktując jako klejnot w koronie pianistyki.
Kto nie marzył by grac jak Martha? Chyba każdy pianista. Kto nie zna jej legendarnego wykonania Czajkowskiego lub 3 Rachmaninova? Czy jej słynnego uśmiechu, gdy grała Poloneza As-dur Chopina? Kto nie opowiadał legend na temat jej bujnego życia, trzech mężów oraz dzieci, każde z innym mężczyzną?
Femme fatale, która roztopiła męskie serca swoim niewinnym uśmiechem, by chwilę później zmiesc oktawowymi gromami całą klawiaturę. Pianistka, której jedynym problemem jest to, że gra za szybko. Jednak i ta, która mimo, że już w dzieciństwie grała 1 Koncert Beethovena, wciąż cwiczy go w wolnym tempie. Takt po takcie. Aż trudno uwierzyc, że żywa legenda i prawdziwy geniusz, ktoś kto urodził się by byc wielką pianistką, mógł chciec rzucic fortepian by stac się sekretarką?
Oglądałam wszystkie możliwe wywiady z Marthą, znam lwią czesc jej wykonan, była i pewnie nadal jest moim autorytetem. Inspirowała swym licznym podróżowaniem, a za jej sprawą sama zapragnęłam móc mieszkac w różnych państwach. Motywowała, gdy oglądałam różne filmiki, a na każdym z nich mówiła w innym języku. Wtedy zapragnęłam byc poliglotką, jak ona. Niewiele jest osób, na które czekałabym, by dostac autograf. Niewiele, a w zasadzie w ogóle. Ale są takie osoby, które bliskie są mojemu sercu, które fascynują swoim niedostępnym dla szarych ludzi talentem. Takie, które błyszczą, przykuwają uwagę. Taką osobą jest Martha Argerich.
Całe moje życie, czy też rozdział życia związany z muzyką, był momentem kiedy oddałam temu duszę. Nazywają to pasją. Martha towarzyszyła mi przez cały okres fascynacji muzyką i towarzyszy nadal. To ją pierwszą usłyszałam, gdy włączyłam youtube, przeszukując filmiki z wykonaniami różnych pianistów. Grała 3 Rachmaninova. Z łatwością przebiegała po klawiszach,  by chwilę później oddac się lirycznym fragmentom.
Fascynowała, a ja szukałam okazji, by móc usłyszec ją na żywo. I dopiero w Londynie mi się udało. Mimo, ze pianistka ta często bywa w Warszawie, jakoś nie mialam okazji jej zobaczyc. Rok temu zarezerwowałam bilet na jej koncert jednak ta, anulowała go kilka tygodni przed. Chimeryczna, a zarazem wybitna. Argerich wszystko się wybacza. Gdy zobaczyłam, że znów wystąpi w Londynie, zarezerwowałam kolejny bilet. I wydałam na niego sporo pieniędzy, ale przeznaczyłabym każde. Miałam nadzieję, że tym razem nie anuluje koncertu, choc bardzo często odwoływała je w Londynie. Nie wiedząc czemu.
Jednak tym razem koncert miał się odbyc. Weszłam do wielkiego budynku, po biegu z metra, by zdążyc na czas. Pachniało kawą, słychac było szmer rozmów. Wielu tam było muzyków, tych spełnionych i niespełnionych, ale przede wszystkim kochających muzykę. Wino lało się strumieniami, a ja szukałam niebieskiej częsci budynku, by podejsc do swojego balkonu. Z miejscem numer 3. Zerkając na salę, moje oczy zobaczyły mnóstwo ludzi. Piękną scenę oraz wchodzącą orkiestrę. Po chwili usłyszałam oklaski oraz ruch kotary. Przed oczami wyrosła kobieca postac, w towarzystwie dyrygenta. Zobaczyłam tę słynną, najwybitniejszą współczesną pianistkę, przekraczającą próg. Będącą kilka metrów ode mnie. I nie sądziłam, że aż tak to odczuje, ale poczułam wielkie szczęście że mogę ją zobaczyc oraz łzy w oczach. I nie chodziło nawet o samą Marthę, którą wielbię, ale o taki pokłon tym wszystkim godzinom przed fortepianem, marzeniom i pasji. Takie ucieleśnienie tego,co było i jest dla mnie ważne. Martha zasiadła przed fortepianem, a Barenboim rozpoczął koncert. I Koncert C-dur op. 15 Beethovena. Genialny dyrygent i genialna pianistka to połączenie perfekcyjne. Bezbłędne. I tak było. Brzmiali tak, jak gdybym słuchała właśnie płyty. Zero potknięc. W życiu nie słyszałam tak pięknego piano. Prawie niesłyszalne, a jednak brzmiące. Oklaski nie miały końca, Martha trzy ly czterokrotnie wracała na scenę i zagrała na bis. Z Barenboimem. A sam Barenboim? Widac jak bardzo ceni Marthę. Przyjaźnią się. Gratulował jej na scenie, wskazywał by bic jej brawo. I nie dziwi mnie to w ogóle. Bo tak wybitnych ludzi nie spotyka się codziennie.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Avenue des Champs-Élysées

W tym nasączonym romantyzmem mieście, gdzie pocałunki ulatniały się w powietrzu, po trzech dniach intensywnego zwiedzania przywykłam. Przywykłam do brudnego metra (mawia się, że francuskie metro jest jednym z najbardziej brudnych) oraz do tego, że od połowy poniedziałku zaakceptowałam fakt, iż angielski we Francji przyda mi się tak samo, jak kożuch w Hiszpanii. "A little", a w zasadzie "yes" i "no" przestało doprowadzac mnie do szału. Gdy w sklepie Francuzka mówiła coś w tym pięknym języku, ja wsłuchiwałam się tylko w jego brzmienie, szybko pytając (też po francusku), czy mówi po angielsku. Gdy mówiła, że tak, nasza konwersacja, choc nieco nieudolna miała jakiś mniej lub wdzięczny finał, a gdy słyszałam że nie, pozostawało telepatyczne porozumiewanie się. Niestety. Francuzi promują swój język i są zbyt leniwi, by uczyc się tego najczęściej występującego. Choc muszę przyznac, że Anglicy również, w wielu przypadkach osiadają na laurach, gdyż angielski jest teraz tak powszechny, iż nie ma potrzeby uczenia się innych języków.

Czwartek, okazał się deszczowy. Od poniedziałku było szaro, a słońce dało susa. Jednak, ten czwarty dzien tygodnia przeszedł sam siebie, bo lało jak z cebra.
O 12:00 miałam umówione spotkanie z koleżanką z Węgier. Rita, bo tak ma na imię, mieszka w Paryżu już od 4 lat, ale zamierza przeprowadzic się do Anglii. Jak sama określiła, z czym po części się zgadzam, Paryż to miasto do bycia jako turysta. By wpasc, zrobic zdjęcia i odjechac. Sam w sobie przytłacza. I mimo, że mieszkam od ponad dwóch lat w Londynie, to Londyn jest moim domem, moimi znajomymi ścieżkami, ulubionymi miejscami, elementami mojej polskości i miejscem, w którym czuję się dobrze. I nie przytłacza wielkością. Tak jak Paryż. Mimo, że to Paryż jest od niego mniejszy.

Kiedyś chciałam pomieszkac w Paryżu minimum 3 miesiące, teraz cofam swoje dawne marzenie. Nie chciałabym w nim mieszkac nawet przez chwilę, mimo że to miasto urzeka. Niewątpliwie.

Z Ritą przeszłyśmy się aleją Champs-Elysees. Od Placu Zgody, tą długą aleją (która może nieco przypominac moją londyńską Oxford Street), doszłyśmy do Łuku Triumfalnego.
Padało, więc zaszłyśmy do paryskiej kawiarni by kupic typowo francuskie produkty.
Z pewnością kuchnia francuska jest o wiele bogatsza, niż ta angielska, a Paryż ma w sobie miejską charyzmę. Dźwięk akordeonów, "r", francuskie rogaliki, zapach kawy i lanie wina wprowadza atmosferę. Ale teraz już wiem, że miasto to nie jest dla mnie. Jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to Londyn skradł mi serce.

Wracając późnym wieczorem piccadilly line, z Heathrow, cieszyłam się na widok znajomych ścieżek, znajomych sklepów i tego angielskiego: how are you?


czwartek, 9 kwietnia 2015

A little...

Do moich nozdrzy wdarł się dystyngowany, paryski zapach. Czułam rozproszone perfumy, słyszałam tupanie, odgłos szpilek i szelest wiatru, pomieszany z charczaniem francuskiego "h". Znalazłam pociąg i wsiadłam bez namysłu, kierując się w stronę odprawy. Stojąc w kolejce, słuchałam jeszcze resztki brytyjskiego akcentu, bo stały za mną Angielki, po czym podeszłam do okienka. ""Bonjour. Do you speak English?" - zapytała Francuzka. "Your passport is valid for 20 days, do you know it?" "Yeah, I'll be here just for the next few days" odpowiedziałam. "just five". "Be careful" - dodała, przepuszczając mnie przez barierkę.
Omiatając wzrokiem wielkie lotnisko, podeszłam do okienka informacyjnego, napotykając się po raz pierwszy na to, co spotykało mnie przez kolejne dni. Jeszcze nieco w przekonaniu, że angielski to międzynarodowy język, liczyłam że dogadam się z jakimś procentem Francuzów. Jak bardzo się myliłam.

Kobieta w okienku, łamanym angielskim dała mi mapę metra, sprzedając bilet za ok. 10 euro. Wzięłam RER. Linię RER. Pociąg okazał się byc pociągiem dwupiętrowym, a w środku grano na akordeonach. Uderzyło mnie to, że stacje były brudne. Nawet bardzo. Te londyńskie wydały mi się pogodniejsze, a paryskie suche, chłodne i bez serca. Bez ludzi. Z automatami, by kupic jedzenie. Z wąskimi korytarzami i dźwiękiem uderzanych drzwiczek od bramek, które nie otwierają się same, a trzeba je pchac.

Po swojej mdłej w turkocie pociągowym podróży, dotarłam pod Wieżę Eiffla. Byłam tam siedem lat temu i wtedy, w mojej percepcji wydała się mniejsza. Tym razem natomiast zrobiła na mnie wrażenie. Była wielka, było ciepło, było słonecznie. Nawet ludzie, którzy wtedy wciskali mi nachalnie pamiątkowe breloczki z tą wieżą teraz wydawali się tacy, łagodniejsi... A może ja stałam się zupełnie inną osobą, niż siedem lat temu. Inną osobą, z marzeniami, które nieco się zmieniły. Wtedy byłam po roku z nowym nauczycielem fortepianu, tuż przed dyplomem, myśląca o nowym repertuarze, ekscytująca się waldsteinowską, którą chciałam grac, a teraz. Przypomniałam sobie stojące na Heathrow pianino i chłopaka, który grał "Twinkle, twinkle", czyli nasze "Poszły sobie kurki trzy".

Odrywając się od bujania w przedawnionych czasach, stanęłam pod wieżą, zrobiłam mnóstwo zdjęc i przeszłam się po okolicy, która była piękna. Doszłam do jednego z muzeów i wtedy, moje dwa światy, zetknęły się ze sobą. Odstawiając na bok swoją polską mentalnosc, a raczej to że jestem Polką, ale czującą chec mieszania różnych kultur i poznawania świata, przez ostatnie dwa lata spędzam intensywny czas z inną kulturą. Jem śniadania z Anglikami i mimochodem obserwuje ich mentalnosc, słucham dużo radia, oglądam dużo telewizji, dużo też rozmawiam z moimi Anglikami i... Pamiętam, że kiedy przyjechałam do Londynu, zupełnie zielona, gdy stałam z mapą w ręku to zawsze ktoś zapytał się czego szukam i chętnie tłumaczył. To angielskie "be kind" jest nieco na pokaz, ale mimo wszystko w codziennych sytuacjach działa bez szwanku. Ile razy zapomniałam z metra szalika czy parasolki, ktoś za mną biegł mówiąc "You left it" z uśmiechem na twarzy. Tak samo kiedy wpadniesz na Anglika, w większosci przypadków to on pierwszy powie "sorry". I to ich "please" na każdym kroku.
No i podeszłam do muzeum, siadłam na ławce obserwując Francuzów. Nagle, dostrzegłam idącą, starszą kobietę w kapeluszu, a przed nią turystkę, ktora krzątała się z mapką w ręku. Chwilę pozniej, niespodziewanie się zatrzymała, a nonszalancka, starsza kobieta na nią wpadła. I zamiast słodkiego, przereklamowanego "sorry", usłyszałam pełne emfazy i odrazy zarazem, z ust Francuzki rzecz jasna: "Excusez moi!!!!!!!!!" (ilosc wykrzykników, nieprzypadkowa).

Po krótkiej obserwacji, kupiłam obiad, jak się okazało żaden z Francuzów w centrum, nie umiał nic po angielsku. Właściwie na pytania "Do you speak English", wszyscy zgodnie zarzekali się: "Yes", po czym z miną ludzi, stojących w rzędzie podejrzanych dodawali: "A little", czytaj "Yes", "No", "Ok".

Myślę, że w Warszawie dużo łatwiej byłoby zamówic cos obcokrajowcowi, aniżeli we Francji. Chociaż, mimo że wcześniej słyszałam od swojego znajomego Francuza, że ich naród nie zna angielskiego, szczerze mówiąc przyznaję, że to co tam zobaczyłam, przeszło nawet jego najbardziej brawurowe oczekiwania.
Po dwóch dniach zdezerterowałam i sama zaczęłam mówic po francusku, bo nieumiejętnosc liczenia po angielsku w niektórych przypadkach nawet do dziesięciu, była chwilami zabawna. Nie wiem, może jestem nieco sceptyczna, ale Francja mimo wszystko sąsiaduje, mówiąc w cudzysłowiu, z Wielką Brytanią, angielski jest mimo wszystko językiem narodowym i tłumaczenie, ze francuski ma wysoki status w rankingu najczęściej posługiwanych języków obcych nie przemawia do mnie. Wybaczcie. Francuzi w mojej ocenie są leniwi pod tym względem.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

To start with...

Nadszedł ten dzień. Poniedziałek, równo tydzień temu. Spakowana i wyzuta ze wszystkiego, ledwo mogłam mówic. Tydzień wcześniej spacerowałam sobie tylko w typowo wiosennym ubraniu, kiedy wiatr huśtał się nad głową. I doigrałam się. That's the end of the story. Zignorowałabym pewnie to przeziębienie, gdyby nie to, że za dwa dni miałam lot do Paryża. I po raz pierwszy od ponad dwóch lat mieszkania w Londynie, zostałam w sobotę w domu nigdzie nie wychodząc. Nawet N. skonstatował, w iście jasnym przekazie: You don't look well. I dopiero moje spojrzenie na niego spowodowało, że zreflektował się, na dwuznacznosc swoich słów. Bo mimo, że miał na myśli to, że nie wyglądam najlepiej i powinnam zostac w domu by jeszcze bardziej się nie przeziębic, to mówienie komuś, że nie wygląda "well" nie poprawia mu samopoczucia. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie. Wypruta z ochoty do pakowania się. Zostałam w sobotę w domu, ale tak mnie to wynudziło, że w niedzielę zamiast odpoczac przed wylotem, wyszłam na miasto, pojechałam do szkoły tańca. Jakby wszystkiego było mało, okazało się, że nie działa victoria line, więc aby nie spoznic się na zajęcia, wzięłam taksówkę. Jechaliśmy najpierw przez Victorię, potem mijając kolejne dzielnice, dotarliśmy do Waterloo. Wszystko takie znajome, London Eye tuż obok Westminster Station, budynki, które widziałam setki razy. Przez dwie godziny tańczyłam. Nie wiem jak mi się to udało, bo jest to niesamowity wysiłek, godzina rozgrzewki, brzuszki, pompki, podskoki, ale zrobiłam to. Po dwóch godzinach byłam cała mokra, tak jak gdyby ktoś wylał mi na głowę wiadro z wodą. Tak dużo cwiczeń zrobiliśmy, ale ta przyjemnosc nieco mnie ucieszyła, bo poczułam się lepiej. Wróciłam, spakowałam się i poszłam spac. E. zamówiła mi taksówkę na czwartą rano. Czyż to nie wybitna godzina? O trzeciej pięcdziesiąt zadzwonił taksówkarz i tak wsiadłam, otulona ziewaniem i nocą, zmierzając w kierunku lotniska Heathrow. Terminal 4. Wyszukując numeru bramki, na ekranie wlepiałam wzrok w migające cyfry. Szósta rano. Air France wydało się bardzo przyjemną linią, a lot był niesamowicie krótki. Po nieco godzinie wylądowałam na francuskim lotnisku, szukając linii RER. Jak się okazało na wstępie, nikt nie mówił po angielsku, więc trudno było uzyskac jakies informacje. Tak czy siak dotarłam do RER, kupiłam bilet do centrum Paryża i wyruszyłam w kierunku Wieży Eiffla. A po niej...