poniedziałek, 6 kwietnia 2015

To start with...

Nadszedł ten dzień. Poniedziałek, równo tydzień temu. Spakowana i wyzuta ze wszystkiego, ledwo mogłam mówic. Tydzień wcześniej spacerowałam sobie tylko w typowo wiosennym ubraniu, kiedy wiatr huśtał się nad głową. I doigrałam się. That's the end of the story. Zignorowałabym pewnie to przeziębienie, gdyby nie to, że za dwa dni miałam lot do Paryża. I po raz pierwszy od ponad dwóch lat mieszkania w Londynie, zostałam w sobotę w domu nigdzie nie wychodząc. Nawet N. skonstatował, w iście jasnym przekazie: You don't look well. I dopiero moje spojrzenie na niego spowodowało, że zreflektował się, na dwuznacznosc swoich słów. Bo mimo, że miał na myśli to, że nie wyglądam najlepiej i powinnam zostac w domu by jeszcze bardziej się nie przeziębic, to mówienie komuś, że nie wygląda "well" nie poprawia mu samopoczucia. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie. Wypruta z ochoty do pakowania się. Zostałam w sobotę w domu, ale tak mnie to wynudziło, że w niedzielę zamiast odpoczac przed wylotem, wyszłam na miasto, pojechałam do szkoły tańca. Jakby wszystkiego było mało, okazało się, że nie działa victoria line, więc aby nie spoznic się na zajęcia, wzięłam taksówkę. Jechaliśmy najpierw przez Victorię, potem mijając kolejne dzielnice, dotarliśmy do Waterloo. Wszystko takie znajome, London Eye tuż obok Westminster Station, budynki, które widziałam setki razy. Przez dwie godziny tańczyłam. Nie wiem jak mi się to udało, bo jest to niesamowity wysiłek, godzina rozgrzewki, brzuszki, pompki, podskoki, ale zrobiłam to. Po dwóch godzinach byłam cała mokra, tak jak gdyby ktoś wylał mi na głowę wiadro z wodą. Tak dużo cwiczeń zrobiliśmy, ale ta przyjemnosc nieco mnie ucieszyła, bo poczułam się lepiej. Wróciłam, spakowałam się i poszłam spac. E. zamówiła mi taksówkę na czwartą rano. Czyż to nie wybitna godzina? O trzeciej pięcdziesiąt zadzwonił taksówkarz i tak wsiadłam, otulona ziewaniem i nocą, zmierzając w kierunku lotniska Heathrow. Terminal 4. Wyszukując numeru bramki, na ekranie wlepiałam wzrok w migające cyfry. Szósta rano. Air France wydało się bardzo przyjemną linią, a lot był niesamowicie krótki. Po nieco godzinie wylądowałam na francuskim lotnisku, szukając linii RER. Jak się okazało na wstępie, nikt nie mówił po angielsku, więc trudno było uzyskac jakies informacje. Tak czy siak dotarłam do RER, kupiłam bilet do centrum Paryża i wyruszyłam w kierunku Wieży Eiffla. A po niej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz