czwartek, 9 kwietnia 2015

A little...

Do moich nozdrzy wdarł się dystyngowany, paryski zapach. Czułam rozproszone perfumy, słyszałam tupanie, odgłos szpilek i szelest wiatru, pomieszany z charczaniem francuskiego "h". Znalazłam pociąg i wsiadłam bez namysłu, kierując się w stronę odprawy. Stojąc w kolejce, słuchałam jeszcze resztki brytyjskiego akcentu, bo stały za mną Angielki, po czym podeszłam do okienka. ""Bonjour. Do you speak English?" - zapytała Francuzka. "Your passport is valid for 20 days, do you know it?" "Yeah, I'll be here just for the next few days" odpowiedziałam. "just five". "Be careful" - dodała, przepuszczając mnie przez barierkę.
Omiatając wzrokiem wielkie lotnisko, podeszłam do okienka informacyjnego, napotykając się po raz pierwszy na to, co spotykało mnie przez kolejne dni. Jeszcze nieco w przekonaniu, że angielski to międzynarodowy język, liczyłam że dogadam się z jakimś procentem Francuzów. Jak bardzo się myliłam.

Kobieta w okienku, łamanym angielskim dała mi mapę metra, sprzedając bilet za ok. 10 euro. Wzięłam RER. Linię RER. Pociąg okazał się byc pociągiem dwupiętrowym, a w środku grano na akordeonach. Uderzyło mnie to, że stacje były brudne. Nawet bardzo. Te londyńskie wydały mi się pogodniejsze, a paryskie suche, chłodne i bez serca. Bez ludzi. Z automatami, by kupic jedzenie. Z wąskimi korytarzami i dźwiękiem uderzanych drzwiczek od bramek, które nie otwierają się same, a trzeba je pchac.

Po swojej mdłej w turkocie pociągowym podróży, dotarłam pod Wieżę Eiffla. Byłam tam siedem lat temu i wtedy, w mojej percepcji wydała się mniejsza. Tym razem natomiast zrobiła na mnie wrażenie. Była wielka, było ciepło, było słonecznie. Nawet ludzie, którzy wtedy wciskali mi nachalnie pamiątkowe breloczki z tą wieżą teraz wydawali się tacy, łagodniejsi... A może ja stałam się zupełnie inną osobą, niż siedem lat temu. Inną osobą, z marzeniami, które nieco się zmieniły. Wtedy byłam po roku z nowym nauczycielem fortepianu, tuż przed dyplomem, myśląca o nowym repertuarze, ekscytująca się waldsteinowską, którą chciałam grac, a teraz. Przypomniałam sobie stojące na Heathrow pianino i chłopaka, który grał "Twinkle, twinkle", czyli nasze "Poszły sobie kurki trzy".

Odrywając się od bujania w przedawnionych czasach, stanęłam pod wieżą, zrobiłam mnóstwo zdjęc i przeszłam się po okolicy, która była piękna. Doszłam do jednego z muzeów i wtedy, moje dwa światy, zetknęły się ze sobą. Odstawiając na bok swoją polską mentalnosc, a raczej to że jestem Polką, ale czującą chec mieszania różnych kultur i poznawania świata, przez ostatnie dwa lata spędzam intensywny czas z inną kulturą. Jem śniadania z Anglikami i mimochodem obserwuje ich mentalnosc, słucham dużo radia, oglądam dużo telewizji, dużo też rozmawiam z moimi Anglikami i... Pamiętam, że kiedy przyjechałam do Londynu, zupełnie zielona, gdy stałam z mapą w ręku to zawsze ktoś zapytał się czego szukam i chętnie tłumaczył. To angielskie "be kind" jest nieco na pokaz, ale mimo wszystko w codziennych sytuacjach działa bez szwanku. Ile razy zapomniałam z metra szalika czy parasolki, ktoś za mną biegł mówiąc "You left it" z uśmiechem na twarzy. Tak samo kiedy wpadniesz na Anglika, w większosci przypadków to on pierwszy powie "sorry". I to ich "please" na każdym kroku.
No i podeszłam do muzeum, siadłam na ławce obserwując Francuzów. Nagle, dostrzegłam idącą, starszą kobietę w kapeluszu, a przed nią turystkę, ktora krzątała się z mapką w ręku. Chwilę pozniej, niespodziewanie się zatrzymała, a nonszalancka, starsza kobieta na nią wpadła. I zamiast słodkiego, przereklamowanego "sorry", usłyszałam pełne emfazy i odrazy zarazem, z ust Francuzki rzecz jasna: "Excusez moi!!!!!!!!!" (ilosc wykrzykników, nieprzypadkowa).

Po krótkiej obserwacji, kupiłam obiad, jak się okazało żaden z Francuzów w centrum, nie umiał nic po angielsku. Właściwie na pytania "Do you speak English", wszyscy zgodnie zarzekali się: "Yes", po czym z miną ludzi, stojących w rzędzie podejrzanych dodawali: "A little", czytaj "Yes", "No", "Ok".

Myślę, że w Warszawie dużo łatwiej byłoby zamówic cos obcokrajowcowi, aniżeli we Francji. Chociaż, mimo że wcześniej słyszałam od swojego znajomego Francuza, że ich naród nie zna angielskiego, szczerze mówiąc przyznaję, że to co tam zobaczyłam, przeszło nawet jego najbardziej brawurowe oczekiwania.
Po dwóch dniach zdezerterowałam i sama zaczęłam mówic po francusku, bo nieumiejętnosc liczenia po angielsku w niektórych przypadkach nawet do dziesięciu, była chwilami zabawna. Nie wiem, może jestem nieco sceptyczna, ale Francja mimo wszystko sąsiaduje, mówiąc w cudzysłowiu, z Wielką Brytanią, angielski jest mimo wszystko językiem narodowym i tłumaczenie, ze francuski ma wysoki status w rankingu najczęściej posługiwanych języków obcych nie przemawia do mnie. Wybaczcie. Francuzi w mojej ocenie są leniwi pod tym względem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz