poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Avenue des Champs-Élysées

W tym nasączonym romantyzmem mieście, gdzie pocałunki ulatniały się w powietrzu, po trzech dniach intensywnego zwiedzania przywykłam. Przywykłam do brudnego metra (mawia się, że francuskie metro jest jednym z najbardziej brudnych) oraz do tego, że od połowy poniedziałku zaakceptowałam fakt, iż angielski we Francji przyda mi się tak samo, jak kożuch w Hiszpanii. "A little", a w zasadzie "yes" i "no" przestało doprowadzac mnie do szału. Gdy w sklepie Francuzka mówiła coś w tym pięknym języku, ja wsłuchiwałam się tylko w jego brzmienie, szybko pytając (też po francusku), czy mówi po angielsku. Gdy mówiła, że tak, nasza konwersacja, choc nieco nieudolna miała jakiś mniej lub wdzięczny finał, a gdy słyszałam że nie, pozostawało telepatyczne porozumiewanie się. Niestety. Francuzi promują swój język i są zbyt leniwi, by uczyc się tego najczęściej występującego. Choc muszę przyznac, że Anglicy również, w wielu przypadkach osiadają na laurach, gdyż angielski jest teraz tak powszechny, iż nie ma potrzeby uczenia się innych języków.

Czwartek, okazał się deszczowy. Od poniedziałku było szaro, a słońce dało susa. Jednak, ten czwarty dzien tygodnia przeszedł sam siebie, bo lało jak z cebra.
O 12:00 miałam umówione spotkanie z koleżanką z Węgier. Rita, bo tak ma na imię, mieszka w Paryżu już od 4 lat, ale zamierza przeprowadzic się do Anglii. Jak sama określiła, z czym po części się zgadzam, Paryż to miasto do bycia jako turysta. By wpasc, zrobic zdjęcia i odjechac. Sam w sobie przytłacza. I mimo, że mieszkam od ponad dwóch lat w Londynie, to Londyn jest moim domem, moimi znajomymi ścieżkami, ulubionymi miejscami, elementami mojej polskości i miejscem, w którym czuję się dobrze. I nie przytłacza wielkością. Tak jak Paryż. Mimo, że to Paryż jest od niego mniejszy.

Kiedyś chciałam pomieszkac w Paryżu minimum 3 miesiące, teraz cofam swoje dawne marzenie. Nie chciałabym w nim mieszkac nawet przez chwilę, mimo że to miasto urzeka. Niewątpliwie.

Z Ritą przeszłyśmy się aleją Champs-Elysees. Od Placu Zgody, tą długą aleją (która może nieco przypominac moją londyńską Oxford Street), doszłyśmy do Łuku Triumfalnego.
Padało, więc zaszłyśmy do paryskiej kawiarni by kupic typowo francuskie produkty.
Z pewnością kuchnia francuska jest o wiele bogatsza, niż ta angielska, a Paryż ma w sobie miejską charyzmę. Dźwięk akordeonów, "r", francuskie rogaliki, zapach kawy i lanie wina wprowadza atmosferę. Ale teraz już wiem, że miasto to nie jest dla mnie. Jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to Londyn skradł mi serce.

Wracając późnym wieczorem piccadilly line, z Heathrow, cieszyłam się na widok znajomych ścieżek, znajomych sklepów i tego angielskiego: how are you?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz