Waterloo. Osławiona nazwa. Słyszał ją prawie każdy. Słowo to pojawiało się nawet w piosenkach.
Waterloo to dzielnica Londynu. Wysiadając na stacji metra, o tej samej nazwie, wystarczy "parę kroków", by znalezc się tuż przy Westminsterze lub London Eye.
Tam też, znajduje się Royal Festival Hall. Wielka, londyńska sala koncertowa, na której występują największe nazwiska muzyczne. Sala ta robi wrażenie, choc nie dorownuje wizualnie Royal Albert Hall.
Nadszedł ten długo upragniony i wyczekiwany zarazem dzień, w którym u boku Daniela Barenboima (wybitny pianista, dyrygent) wystąpic miała piekielnie zdolna i charyzmatyczna, a także czarująca Martha Argerich. Argentyńska pianistka, której grę wielbię od lat, traktując jako klejnot w koronie pianistyki.
Kto nie marzył by grac jak Martha? Chyba każdy pianista. Kto nie zna jej legendarnego wykonania Czajkowskiego lub 3 Rachmaninova? Czy jej słynnego uśmiechu, gdy grała Poloneza As-dur Chopina? Kto nie opowiadał legend na temat jej bujnego życia, trzech mężów oraz dzieci, każde z innym mężczyzną?
Femme fatale, która roztopiła męskie serca swoim niewinnym uśmiechem, by chwilę później zmiesc oktawowymi gromami całą klawiaturę. Pianistka, której jedynym problemem jest to, że gra za szybko. Jednak i ta, która mimo, że już w dzieciństwie grała 1 Koncert Beethovena, wciąż cwiczy go w wolnym tempie. Takt po takcie. Aż trudno uwierzyc, że żywa legenda i prawdziwy geniusz, ktoś kto urodził się by byc wielką pianistką, mógł chciec rzucic fortepian by stac się sekretarką?
Oglądałam wszystkie możliwe wywiady z Marthą, znam lwią czesc jej wykonan, była i pewnie nadal jest moim autorytetem. Inspirowała swym licznym podróżowaniem, a za jej sprawą sama zapragnęłam móc mieszkac w różnych państwach. Motywowała, gdy oglądałam różne filmiki, a na każdym z nich mówiła w innym języku. Wtedy zapragnęłam byc poliglotką, jak ona. Niewiele jest osób, na które czekałabym, by dostac autograf. Niewiele, a w zasadzie w ogóle. Ale są takie osoby, które bliskie są mojemu sercu, które fascynują swoim niedostępnym dla szarych ludzi talentem. Takie, które błyszczą, przykuwają uwagę. Taką osobą jest Martha Argerich.
Całe moje życie, czy też rozdział życia związany z muzyką, był momentem kiedy oddałam temu duszę. Nazywają to pasją. Martha towarzyszyła mi przez cały okres fascynacji muzyką i towarzyszy nadal. To ją pierwszą usłyszałam, gdy włączyłam youtube, przeszukując filmiki z wykonaniami różnych pianistów. Grała 3 Rachmaninova. Z łatwością przebiegała po klawiszach, by chwilę później oddac się lirycznym fragmentom.
Fascynowała, a ja szukałam okazji, by móc usłyszec ją na żywo. I dopiero w Londynie mi się udało. Mimo, ze pianistka ta często bywa w Warszawie, jakoś nie mialam okazji jej zobaczyc. Rok temu zarezerwowałam bilet na jej koncert jednak ta, anulowała go kilka tygodni przed. Chimeryczna, a zarazem wybitna. Argerich wszystko się wybacza. Gdy zobaczyłam, że znów wystąpi w Londynie, zarezerwowałam kolejny bilet. I wydałam na niego sporo pieniędzy, ale przeznaczyłabym każde. Miałam nadzieję, że tym razem nie anuluje koncertu, choc bardzo często odwoływała je w Londynie. Nie wiedząc czemu.
Jednak tym razem koncert miał się odbyc. Weszłam do wielkiego budynku, po biegu z metra, by zdążyc na czas. Pachniało kawą, słychac było szmer rozmów. Wielu tam było muzyków, tych spełnionych i niespełnionych, ale przede wszystkim kochających muzykę. Wino lało się strumieniami, a ja szukałam niebieskiej częsci budynku, by podejsc do swojego balkonu. Z miejscem numer 3. Zerkając na salę, moje oczy zobaczyły mnóstwo ludzi. Piękną scenę oraz wchodzącą orkiestrę. Po chwili usłyszałam oklaski oraz ruch kotary. Przed oczami wyrosła kobieca postac, w towarzystwie dyrygenta. Zobaczyłam tę słynną, najwybitniejszą współczesną pianistkę, przekraczającą próg. Będącą kilka metrów ode mnie. I nie sądziłam, że aż tak to odczuje, ale poczułam wielkie szczęście że mogę ją zobaczyc oraz łzy w oczach. I nie chodziło nawet o samą Marthę, którą wielbię, ale o taki pokłon tym wszystkim godzinom przed fortepianem, marzeniom i pasji. Takie ucieleśnienie tego,co było i jest dla mnie ważne. Martha zasiadła przed fortepianem, a Barenboim rozpoczął koncert. I Koncert C-dur op. 15 Beethovena. Genialny dyrygent i genialna pianistka to połączenie perfekcyjne. Bezbłędne. I tak było. Brzmiali tak, jak gdybym słuchała właśnie płyty. Zero potknięc. W życiu nie słyszałam tak pięknego piano. Prawie niesłyszalne, a jednak brzmiące. Oklaski nie miały końca, Martha trzy ly czterokrotnie wracała na scenę i zagrała na bis. Z Barenboimem. A sam Barenboim? Widac jak bardzo ceni Marthę. Przyjaźnią się. Gratulował jej na scenie, wskazywał by bic jej brawo. I nie dziwi mnie to w ogóle. Bo tak wybitnych ludzi nie spotyka się codziennie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz