Czytanie jest ważne. Czyż nie? Ale z czytaniem jest jak z piciem dobrego wina. Są wina słodkie, jak słodka bywa czekolada, inne z kolei - te wytrawne sprawiają, że wystawiamy z niesmakiem język, krzywiąc się po łyku tego trunku.
Jako wytrawna wielbicielka literatury, mam mnóstwo ulubionych książek. O niektórych tytułach pewnie już zapomniałam, bo na polonistyce było ich zbyt wiele, o innych pamiętam na długo, choc nie były nawet na liście lektur. Ostatnio nie trafiam na dobre książki, a szkoda, bo chciałabym przeczytac coś, czego fabuła wciągnie mnie swoją ciekawą strukturą i godnymi, charyzmatycznymi bohaterami. Zacznijmy zatem, kolejnosc przypadkowa:
1. M. Puzo - Ojciec Chrzestny, czyli powiesc, która nie tylko wzbudziła moją chęc do odwiedzenia Palermo, ale też powiesc będąca absolutnym klasykiem i prawdziwym majstersztykiem.
2. G. Orwell - Rok 1984, czyli powiesc podzielona na trzy części, a każda z nich staje się lepszą od poprzedniej. To jedna z tych książek, które sprawiają że na chwilę zaniemówisz, po pzeczytaniu ostatniej strony. Znakomity finał, a o to chyba chodzi w książkach. Aby był niedosyt.
3. W. Gombrowicz - Iwona, księżniczka Burgunda
4. M. Bułhakov - Mistrz i Małgorzata
5. A. Kuśniewicz - Król Obojga Sycylii, czyli książka, która jest napisana przez absolutnie genialnego w swym rzemiośle pisarza.
6. L. Weisberger - Diabeł ubiera się u Prady (tylko wersja anglojęzyczna, czytaj w oryginale)
7. S. Przybyszewski - Śnieg
8. J. Iwaszkiewicz - Opowiadania (chyba nikt nie jest od niego lepszy w tych krótkich formach)
9. S. Wyspiański - Wyzwolenie, Warszawianka
10. M. Kuncewiczowa - Cudzoziemka
11. S. Mrożek - Emigranci
12. F. Kafka - Proces
niedziela, 27 marca 2016
poniedziałek, 21 marca 2016
Diamonds
Był to sierpień. A może lipiec. Tak, to był lipiec. Jeden z tych gorących, lipcowych dni. Czas, kiedy w jednym tygodniu znalazłam się w Royal Opera House, na Don Giovannim Mozarta, patrząc na ekskluzywnie przystrojonych ludzi z kieliszkami szampana i czerwonego wina w ręku, zaraz po tym, jak wyszłam z BBC. Mekki dziennikarstwa. Jak wiele się zmieniło od przyjazdu do Londynu, jak wiele nowych rzeczy poznałam, jak wiele nowych życiowych ról przyszło mi odegrac, jednocześnie porzucając na chwilę inne swoje pasje czy talenty, bo każdy z nas ma serce, które przynależy do różnych rzeczy. A ja wciąż jestem przecież dziewczyną, która zaczytywała się w Iwaszkiewiczu, Kuncewiczowej czy Reymoncie. Dziewczyną kochającą się w poezji Leśmiana, recytując wiersze Staffa. Bawiącą się słowami. Rymami. Gombrowiczowskim Kosmosem. Rozkochana w młodopolskim usposobieniu, pisząca nieustannie, mimo że muzyka jest moją największą pasją. Ale największym talentem chyba pisanie. Weszłam do innego świata. Najpierw świata N., następnie tańca, gubiąc przy tym nieco z literatury, choc wciąż czytam. Poznając nowych muzyków, poznając nowe utwory, przynależąc do sztuki. Tęsknię za tamtym rokiem. Za Gdańskiem, który przywitał mnie bursztynami, profesorem z akademii, który wydał się zupełnie inną osobą po moim życiu w Londynie, tęsknię za wyzwaniami z zeszłego roku i za każdym dniem po kolei. Jest wiele rzeczy które chciałabym jeszcze raz przeżyc mimo, że zeszły rok nie był idealny. W tle nieustannie Elastic Heart. Ostatnio trafiłam na swoje nagranie ze starą choreografią jednej z nauczycielek do Thinking Out Loud. Zobaczyłam mój dawny salon, inny kolor włosów i pasję w oczach. Lipiec, tamte ciepłe popołudnia, mnie na lotnisku, kupującą książkę MP, jego dywagacje na temat tańca do Vogue Madonny i głęboki oddech, patrząc na startujące samoloty.
niedziela, 20 marca 2016
Szkoła baletowa
Dzisiejszą niedzielę spędziłam nieco inaczej, niż zwykle. Dojechałam do King's Cross, czyli pięknej i jednej z największych londyńskich stacji pociągów. Rzucając okiem na perony, przypomniała mi się moja sierpniowa podróż powrotna z Edynburga, kiedy byłam w zupełnie innym momencie swojego życia, ale też w podobnym nastroju. Wzięłam głęboki wdech, delektując się przez chwilę panoramą Londynu, po czym szybko złapałam autobus i ruszyłam w stronę szkoły baletowej. Na pierwsze w tym roku zajęcia z baletu klasycznego, czwarte lub piąte w moim życiu. Zajęcia prowadzone przez Davida. Nie wiem czemu, a może im wiem, (ale bez zbędnych wyjaśnień, bo tego trzeba doświadczyc) zajęcia z tańca z nowymi choreografami to zawsze godzina lub półtorej godziny, które pełne nieprzewidywalności. Pełny pracy ze swoim ciałem, pełne kroków i pozycji tanecznych, które dopiero się poznaje, przed którymi można miec bariery, jeśli nie jest się profesjonalistą. Mój dzisiejszy nauczyciel, to były uczeń Joffrey Ballet, czyli chyba najbardziej znanej organizacji tanecznej (takie wzięte w nawias Julliard). Szkoła znajduje się w ciekawej lokalizacji i od wejścia czuje się inny świat. Świat tańca. Świat tanecznych póz. Świat dziewczyn i kobiet z tymi słynnymi upięciami włosów, rozciągających się gdzieś w rogu i wlepiających wzrok w siebie nawzajem. Uchyliłam wielkie drzwi, z napisem Szkoła Baletowa, po czym swoim codziennym już angielskim, zapytałam o możliwosc wejścia drop in i o numer studia, do którego mam się udac. Tak też udałam się do studia numer 5, mijając studio numer 3, gdzie odbywała się akurat tzw. audition (przesłuchania baletowe/castingi i ludzie biegający z numerkami na koszulkach, podskakując przed groźnie wygladającymi, siedzącymi za biurkiem podrasowanymi sędziami tańca.
David okazał się wymagający, mimo że klasa w założeniu jest klasą dla początkujących. Było w niej dużo ludzi, wielkie lustra ścienne i fajna muzyka. Nie było aż tak dużo technicznej pracy, ani nauki choreografii. Nie było też obrotów, chaines czy podstaw piruetu, było natomiast dużo pracy przy barierkach, choc mniej niż gdy brałam swoje lekcje baletu z Emmą w dzielnicy w której mieszkałam w zeszłym roku.
David podchodził do każdego, dając mu uwagi. Uwagi dawał zwłaszcza osobom, które przyszły na jego zajęcia po raz pierwszy. Do mnie podszedł 4 razy. Za pierwszym mówił o postawie, za drugim o stopach, za trzecim o trzymaniu rąk w drugiej pozycji baletowej, a za czwartym wziął mnie na środek, mówiąc: Look in the mirror.
Dzięki Bogu że przywykłam już do tańca przed lustrami i ogólnie do brania tego typu klas, bo takie sytuacje nie są komfortowe, zwłaszcza gdyby była to moja pierwsza w życiu klasa baletu.
Po jego: Look in the mirror, spojrzałam w lustro. Zapytał się co widzę. Czy nie lepiej byłoby ustawic swoje ciało w inny sposób przy pierwszej pozycji. "Take your feet out", "And in". "What do you think?". Pomyślałam wtedy, że dosyc sporo w tym momencie robię jak na fakt że jest to niedziela, mój jedyny dzień wolny, jest poranna dziesiąta zero zero, a ja stoje w bardzo zatłoczonej szkole baletowej, mając niewielkie pojęcie na temat zasad jakimi rządzi się balet i na dodatek zaspana, z rana (nie mów do mnie z rana) muszę odpowiadac na pytania, nie wspominając już że są one w innym języku. No i pomijając fakt, że stoję właśnie na srodku studia, a uwaga wszystkich skupiona jest na mnie, jako przykładu do wyjaśnienia pierwszej pozycji baletowej. Shit.
Odpowiedziałam typowo brytyjskim "yeah, yeah, yeah", na co David. "No, no. I am asking you." Po czym ustawił mnie tak, jak powinnam stac w jego pierwszej pozycji baletowej, mówiąc: "That's the posture I want from you", uśmiechnął się i puścił mnie wolno. W kolejną niedzielę wyjeżdża do Chin, ale mogę powiedziec że podobało mi się. Było to ciekawym doświadczeniem. W ciągu godziny zdążył jeszcze powiedziec nam że "Fears fail with logic", a ja, opuszczając studio i wychodząc na zewnątrz natknęłam się na niego, niespodziewanie, tuż przed budynkiem, z żarzącym się w jego ustach papierosem i brytyjskim "Bye, thanks", w oparach jego nonszalanckiej postury.
David okazał się wymagający, mimo że klasa w założeniu jest klasą dla początkujących. Było w niej dużo ludzi, wielkie lustra ścienne i fajna muzyka. Nie było aż tak dużo technicznej pracy, ani nauki choreografii. Nie było też obrotów, chaines czy podstaw piruetu, było natomiast dużo pracy przy barierkach, choc mniej niż gdy brałam swoje lekcje baletu z Emmą w dzielnicy w której mieszkałam w zeszłym roku.
David podchodził do każdego, dając mu uwagi. Uwagi dawał zwłaszcza osobom, które przyszły na jego zajęcia po raz pierwszy. Do mnie podszedł 4 razy. Za pierwszym mówił o postawie, za drugim o stopach, za trzecim o trzymaniu rąk w drugiej pozycji baletowej, a za czwartym wziął mnie na środek, mówiąc: Look in the mirror.
Dzięki Bogu że przywykłam już do tańca przed lustrami i ogólnie do brania tego typu klas, bo takie sytuacje nie są komfortowe, zwłaszcza gdyby była to moja pierwsza w życiu klasa baletu.
Po jego: Look in the mirror, spojrzałam w lustro. Zapytał się co widzę. Czy nie lepiej byłoby ustawic swoje ciało w inny sposób przy pierwszej pozycji. "Take your feet out", "And in". "What do you think?". Pomyślałam wtedy, że dosyc sporo w tym momencie robię jak na fakt że jest to niedziela, mój jedyny dzień wolny, jest poranna dziesiąta zero zero, a ja stoje w bardzo zatłoczonej szkole baletowej, mając niewielkie pojęcie na temat zasad jakimi rządzi się balet i na dodatek zaspana, z rana (nie mów do mnie z rana) muszę odpowiadac na pytania, nie wspominając już że są one w innym języku. No i pomijając fakt, że stoję właśnie na srodku studia, a uwaga wszystkich skupiona jest na mnie, jako przykładu do wyjaśnienia pierwszej pozycji baletowej. Shit.
Odpowiedziałam typowo brytyjskim "yeah, yeah, yeah", na co David. "No, no. I am asking you." Po czym ustawił mnie tak, jak powinnam stac w jego pierwszej pozycji baletowej, mówiąc: "That's the posture I want from you", uśmiechnął się i puścił mnie wolno. W kolejną niedzielę wyjeżdża do Chin, ale mogę powiedziec że podobało mi się. Było to ciekawym doświadczeniem. W ciągu godziny zdążył jeszcze powiedziec nam że "Fears fail with logic", a ja, opuszczając studio i wychodząc na zewnątrz natknęłam się na niego, niespodziewanie, tuż przed budynkiem, z żarzącym się w jego ustach papierosem i brytyjskim "Bye, thanks", w oparach jego nonszalanckiej postury.
sobota, 12 marca 2016
Billy Elliot
Przez bardzo długi czas mówiłam o West Endzie, o malutkim miejscu na świecie gdzie spełniają się wielkie marzenia. O londyńskim Broadway'u. I tak, nadszedł dzień, kiedy zapłaciłam za bilet na jeden z najbardziej znanych musicali w Londynie, opartym na znakomitym filmie pt. Billy Elliot, czyli historii chłopca, który zakochał się w balecie i dotarł do Royal Ballet School, a także na szczyty w świecie tańca. W drodze na musical okazało się, że jedna ze stacji metra jest zamknięta. Wzięłam zatem czerwony autobus, ruszając w stronę kolejnej stacji, by stamtąd trafic do Apollo Victoria Theatre, w sercu Londynu.
Musical zrealizowany został przepięknie, choreografia trudna i znakomita zarazem, piękne dekoracje, scena z padającym śniegiem była magiczna, kostiumy bajeczne, a grający główną rolę chłopiec niesamowicie zdolny, dając radę w tak długim przedstawieniu, które zakończyło się tuż przed 23.
Lepszego prezentu dla siebie, za ostatnie radzenie sobie z przeprowadzką, nie mogłam sobie wyobrazic. Musical zabawny, ale i nostalgiczny, mówiąc o czymś i będący równie dobrym doświadczeniem, jak to kiedy byłam na operze Don Giovanni w Royal Opera House. Tyle, że tym razem bez BBC w tle.
Musical zrealizowany został przepięknie, choreografia trudna i znakomita zarazem, piękne dekoracje, scena z padającym śniegiem była magiczna, kostiumy bajeczne, a grający główną rolę chłopiec niesamowicie zdolny, dając radę w tak długim przedstawieniu, które zakończyło się tuż przed 23.
Lepszego prezentu dla siebie, za ostatnie radzenie sobie z przeprowadzką, nie mogłam sobie wyobrazic. Musical zabawny, ale i nostalgiczny, mówiąc o czymś i będący równie dobrym doświadczeniem, jak to kiedy byłam na operze Don Giovanni w Royal Opera House. Tyle, że tym razem bez BBC w tle.
wtorek, 1 marca 2016
Revolution
Sobotnia noc. Światła migocą, wiatr smaga zimnem. Z baru roztacza się muzyka. Słychac stukot kieliszków. Londyn nigdy nie usypia. Tak jak Nowy Jork. To tu znajdują się wielkie marzenia, wielkie kariery i wielkie sukcesy. Ale jest też druga strona. O której jako starająca się pozytywnie patrzec na życie osoba, nie będę się rozpisywac. Tutaj wraca się taksówkami, londyńskimi, gdzie taksówkarze naciągają na 40 funtów za 20 minutową trasę. Gdzie ludzie rzeczywiscie płacą te 40 funtów, bo nie potrafią wygooglowac tańszego transportu. Gdzie mijając czerwone skrzynki pocztowe, wracając tą angielską taksówką, obserwuje się powoli mijane, stare, wiktoriańskie domki. Gdzie wraca się późno, by następnego dnia wstac wcześnie rano, mimo że to niedziela. Bo przecież tutaj wszyscy mają parcie na karierę. Na kursy. Na klasy. Na śpiewanie, taniec, pisarstwo, jogę. Wszystko. W Londynie nie wypada usiąsc wieczorem. Wypada za to pójsc na wykupione rok wcześniej przedstawienie. W Royal Albert Hall. Albo musical. Albo oba. A może opera? Poranek deszczowy, chłodny. Snuję się nowymi dróżkami. Do nowego przystanku autobusowego. Biorąc inny autobus. Gdzie nie odczuwam wielkosci tej jakże wielkiej metropolii, bo traktuje ją jako swoje miasto, w którym mam utarte ścieżki, przebiegane tysiące razy. Mieszkam tu od miesiąca, w nowej dzielnicy, codziennie witają mnie dwa psy, które z nami mieszkają. Codziennie irytuje mnie, że ludzie z którymi mieszkam, nie mają w kuchni radia, bo też dopiero co sie tu przeprowadzili, a ja nie chce takiego kupic, bo jak zabiore się z tyloma walizkami, by znow przeprowadzic się do innej dzielnicy? Radio to za dużo. Bo jak radio to i czajnik. A skoro mamy już czajnik, po co kupowac nowy? By pozniej go dzwigac. Wracając do radia. BBC, o nie. Zbyt znajome głosy. Kiss FM, wiele wspomnień. Heart? Tam grają Madonnę. BBC1? Nie, nie. To znów BBC. Może zacznę słuchac Jazz FM? Biegnę o poranku, by złapac czerwony autobus. By dojechac na pierwszą stację metra. By zdążyc na zajęcia. I wreszcie, trafiam na Chandelier Sii. Przegapiłam tę choreografię rok temu. A tym razem się na nią załapałam. I może to nie taniec staje się prostszy ale ja lepsza? A jest to trudna grupa. Ale zmieniam podejście. Do wszystkiego. I Chandelier, ten kołyszący się żyrandol Sii, jest już tak osłuchany, że po kilku piruetach myślę o Unstoppable, do którego wolałam tańczyc. No nic. To też sprawia mi przyjemnosc. Dni biegną zbyt szybko. Już marzec. Nie poczułam, jak uciekły dwa miesiące. Zbyt wiele miałam do załatwienia. Praca, klasa, praca, klasa. Nie jestem w stanie podsumowac jak wiele we mnie i w mojej percepcji świata zmienił Londyn, zmieniły ostatnie 2 lata, zmienił taniec i moja przygoda z małym, ważnym światem. Wiem, tylko, że codziennie popełniam ten sam błąd, kładąc się spac przed północą i gorzko tego żałuje następnego dnia, kiedy czuje niewyspanie. Bo chcę obejrzec oskarowy film.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)