wtorek, 1 marca 2016
Revolution
Sobotnia noc. Światła migocą, wiatr smaga zimnem. Z baru roztacza się muzyka. Słychac stukot kieliszków. Londyn nigdy nie usypia. Tak jak Nowy Jork. To tu znajdują się wielkie marzenia, wielkie kariery i wielkie sukcesy. Ale jest też druga strona. O której jako starająca się pozytywnie patrzec na życie osoba, nie będę się rozpisywac. Tutaj wraca się taksówkami, londyńskimi, gdzie taksówkarze naciągają na 40 funtów za 20 minutową trasę. Gdzie ludzie rzeczywiscie płacą te 40 funtów, bo nie potrafią wygooglowac tańszego transportu. Gdzie mijając czerwone skrzynki pocztowe, wracając tą angielską taksówką, obserwuje się powoli mijane, stare, wiktoriańskie domki. Gdzie wraca się późno, by następnego dnia wstac wcześnie rano, mimo że to niedziela. Bo przecież tutaj wszyscy mają parcie na karierę. Na kursy. Na klasy. Na śpiewanie, taniec, pisarstwo, jogę. Wszystko. W Londynie nie wypada usiąsc wieczorem. Wypada za to pójsc na wykupione rok wcześniej przedstawienie. W Royal Albert Hall. Albo musical. Albo oba. A może opera? Poranek deszczowy, chłodny. Snuję się nowymi dróżkami. Do nowego przystanku autobusowego. Biorąc inny autobus. Gdzie nie odczuwam wielkosci tej jakże wielkiej metropolii, bo traktuje ją jako swoje miasto, w którym mam utarte ścieżki, przebiegane tysiące razy. Mieszkam tu od miesiąca, w nowej dzielnicy, codziennie witają mnie dwa psy, które z nami mieszkają. Codziennie irytuje mnie, że ludzie z którymi mieszkam, nie mają w kuchni radia, bo też dopiero co sie tu przeprowadzili, a ja nie chce takiego kupic, bo jak zabiore się z tyloma walizkami, by znow przeprowadzic się do innej dzielnicy? Radio to za dużo. Bo jak radio to i czajnik. A skoro mamy już czajnik, po co kupowac nowy? By pozniej go dzwigac. Wracając do radia. BBC, o nie. Zbyt znajome głosy. Kiss FM, wiele wspomnień. Heart? Tam grają Madonnę. BBC1? Nie, nie. To znów BBC. Może zacznę słuchac Jazz FM? Biegnę o poranku, by złapac czerwony autobus. By dojechac na pierwszą stację metra. By zdążyc na zajęcia. I wreszcie, trafiam na Chandelier Sii. Przegapiłam tę choreografię rok temu. A tym razem się na nią załapałam. I może to nie taniec staje się prostszy ale ja lepsza? A jest to trudna grupa. Ale zmieniam podejście. Do wszystkiego. I Chandelier, ten kołyszący się żyrandol Sii, jest już tak osłuchany, że po kilku piruetach myślę o Unstoppable, do którego wolałam tańczyc. No nic. To też sprawia mi przyjemnosc. Dni biegną zbyt szybko. Już marzec. Nie poczułam, jak uciekły dwa miesiące. Zbyt wiele miałam do załatwienia. Praca, klasa, praca, klasa. Nie jestem w stanie podsumowac jak wiele we mnie i w mojej percepcji świata zmienił Londyn, zmieniły ostatnie 2 lata, zmienił taniec i moja przygoda z małym, ważnym światem. Wiem, tylko, że codziennie popełniam ten sam błąd, kładąc się spac przed północą i gorzko tego żałuje następnego dnia, kiedy czuje niewyspanie. Bo chcę obejrzec oskarowy film.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz