Październik, jak na swój jesienny charakter, jest niezwykle łaskawym miesiącem. Choćby dzisiaj. Wprawdzie pierwsza połowa była nieco chłodna, ale teraz, powoli, miesiąc ten znów nabiera barw. Mam nadzieję, że będzie coraz, coraz cieplej. Aż do końca grudnia.
Dwie symultaniczne płaszczyzny nakładają się na siebie. Jutro zapewne, mój budzik będzie dobijał się z największym impetem, skwiercząc wręcz od powtarzalnej, nudnej melodii. Piąta rano. To nie jest godzina, o której powinno się wstawać. Nie tym razem. Sobotni poranek da o sobie znać dość wcześnie. Muszę dojechać z drugiej strefy, aż do piątej, by zdążyć na egzamin. Egzamin rozpoczynający się o brawurowej 8:45. Sześć godzin naprzeciwko monitora to całkiem długi okres czasu. Gdy wzdrygając się na widok klawiatury komputera, zakończę wszystko przed 15, nadejdzie czas, by przez blisko półtorej godziny wracać metrem na drugi koniec Londynu. Again. Szybko zmienić nastrój i wejść w rytm lat 70, gdzieś na Piccadily. A gdy przyjdzie mi znów powrócić do współczesności, będzie już bardzo późno. Niewiele śpiąc wstanę w niedzielę, po czym rozpocznę dzień od jazzu, w jednej z najgenialniejszych szkół w Londynie. W Covent Garden. Nie przypuszczałam, że taniec ma w sobie tak wiele trudnych elementów. To, co na filmach wygląda na proste, wcale takie nie jest. I... nawet te najprostsze, mało spektakularne układy taneczne, wymagają sporo pracy. Ach, pracy. Do pracy zatem. Testy szczerzą do mnie zęby, wciągając w świat idiomów.
piątek, 25 października 2013
czwartek, 26 września 2013
piątek, 13 września 2013
So, how can I get there?
Ciągle pada. Miasto skąpane w deszczu. I ja kąpię się w tej jesiennej pogodzie. Metropolia zraszana równomiernie, gubi się w szarości dni. W zeszłym roku wrzesień był bardziej przyjazny. Nieco chłodny, nieco słoneczny, bardzo wiosenny. Pamiętam jak spacerowałam po South Kensington, trzymając w ręku papierowe torebki z pączkami waniliowymi z Sainsbury's. Jednak ciepły czy chłodny? Wrzesień oznacza tylko jedno. Koniec pomarańczowej oranżady, słodkiego mango i prażącego słońca. Koniec wakacji, które pojawiły się mimochodem, a następnie zniknęły na dobre. Bo w tym roku trwały zaledwie dwa tygodnie. O ile Polska przywitała mnie parnym powietrzem, o tyle Anglia, a ściślej mówiąc jej stolica - kroplami wody, kapiącymi na moje buty. Japonki.
Wszystko poszło gładko. Jak nigdy. Samolot bez opóźnień, współpasażerowie normalni, nawet nie bili brawa gdy samolot wylądował. Na stację pociągów dotarłam bez większych opóźnień, po czym z radością odczytałam że tym razem pierwszy z dostępnych pociągów jedzie na London Bridge, a z London Bridge wystarczy wziąć jeszcze jeden pociąg i w ekstrawagancko szybkim tempie, można znaleźć się w "wiktoriańskim" domu. Niestety. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje plany, bo okazało się, że wszystkie pociągi z London Bridge były niedostępne. A deszcz padał diabelskim stukotem. Słysząc tę jakże radosną nowinę, z dwoma wielkimi walizkami obok, zapytałam:
- So, how can I get there? (wymieniając nazwę mojej dzielnicy) Oczywiście wiedziałam, że mogę wziąć taksówkę. Zwyczajną lub jedną z tych ekskluzywnych, czarnych, angielskich taksówek, które oprószone natłokiem zadymionego miasta kuszą swoją genialnością. Mogłam, ale kosztowałoby to ponad 20 funtów, a byłam nazbyt blisko domu by taką taksówkę wzywać. Mogłam wziąć autobus. Jednak autobusy z London Bridge są najwolniejszymi autobusami na świecie, pomimo że mają swój angielski urok. Są czerwone i przestrzenne. Tyle, że do najbliższego przystanku miałam jakieś 10 minut, a bez parasolki, w taką ulewę było to raczej nietrafionym pomysłem. Zapytałam zatem, jak mogę się dostać do swojej dzielnicy. Odpowiedziano, że będzie podstawiony specjalny autobus. Miał być za 3 minuty, później za 5, później te 5 wydłużyło się do 40 minut, po czym zrezygnowana złapałam pierwszą nadjeżdżającą sławetną, angielską taksówkę, zapłaciłam 22 funty, po czym z żalem za pieniędzmi, a także odhaczeniem jednej z rzeczy jaką koniecznie należy zrobić w Londynie (przejechać się słynną taxi) dotarłam do domu, by chwilę później zjeść Sherped's Pie. Nieznośny deszcze bębnił swoją niedoskonałością, a ja oddychałam miastem, które tętni życiem.
Wszystko poszło gładko. Jak nigdy. Samolot bez opóźnień, współpasażerowie normalni, nawet nie bili brawa gdy samolot wylądował. Na stację pociągów dotarłam bez większych opóźnień, po czym z radością odczytałam że tym razem pierwszy z dostępnych pociągów jedzie na London Bridge, a z London Bridge wystarczy wziąć jeszcze jeden pociąg i w ekstrawagancko szybkim tempie, można znaleźć się w "wiktoriańskim" domu. Niestety. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje plany, bo okazało się, że wszystkie pociągi z London Bridge były niedostępne. A deszcz padał diabelskim stukotem. Słysząc tę jakże radosną nowinę, z dwoma wielkimi walizkami obok, zapytałam:
- So, how can I get there? (wymieniając nazwę mojej dzielnicy) Oczywiście wiedziałam, że mogę wziąć taksówkę. Zwyczajną lub jedną z tych ekskluzywnych, czarnych, angielskich taksówek, które oprószone natłokiem zadymionego miasta kuszą swoją genialnością. Mogłam, ale kosztowałoby to ponad 20 funtów, a byłam nazbyt blisko domu by taką taksówkę wzywać. Mogłam wziąć autobus. Jednak autobusy z London Bridge są najwolniejszymi autobusami na świecie, pomimo że mają swój angielski urok. Są czerwone i przestrzenne. Tyle, że do najbliższego przystanku miałam jakieś 10 minut, a bez parasolki, w taką ulewę było to raczej nietrafionym pomysłem. Zapytałam zatem, jak mogę się dostać do swojej dzielnicy. Odpowiedziano, że będzie podstawiony specjalny autobus. Miał być za 3 minuty, później za 5, później te 5 wydłużyło się do 40 minut, po czym zrezygnowana złapałam pierwszą nadjeżdżającą sławetną, angielską taksówkę, zapłaciłam 22 funty, po czym z żalem za pieniędzmi, a także odhaczeniem jednej z rzeczy jaką koniecznie należy zrobić w Londynie (przejechać się słynną taxi) dotarłam do domu, by chwilę później zjeść Sherped's Pie. Nieznośny deszcze bębnił swoją niedoskonałością, a ja oddychałam miastem, które tętni życiem.
sobota, 3 sierpnia 2013
Kiedyś widziane
Dwa pełne atrakcji dni. Takie fajerwerki tygodnia. Piątek - Royal Albert Hall: Trzeci Rachmaninova, Symfonia Czajkowskiego i zupełnie nieznany utwór pt. The Cosmic Dance (Naresh Sohal). Sobota. Teatr na Leicester Square i Harry Potter znajdujący się w tej samej sali co ja. No dobra. Nie tyle Harry, co Daniel RADCLIFFE. Ten słynny, ten utalentowany i ten bogaty.
BBC Proms to wielkie wydarzenie, a uczestniczenie w takich koncertach jest z pewnością przywilejem. Bilety nie są najdroższe, ale i nie najtańsze. Widownia to nie tylko ludzie siedzący na swoich miejscach, ale też stojący tuż przy scenie. Ciekawe?
Z niecierpliwością czekam na Rachmaninova. To metonimia? W rzeczywistości czekam na Lugańskiego. Ale nim to. Światowa premiera utworu The Cosmic Dance. Może być. Całkiem niezłe. Słucham i czekam aż wreszcie się skończy. Zakładam że na 4 częściach się zakończy. Mylę się. Trwa około godziny. Sąsiadująca Angielka głośno to komentuje. Może się nie zna. Może ja też. Ale po pierwszym przesłuchaniu utwór nie wciąga. Nie ma metafizyki, a muzyka to chyba metafizyka. Przerwa. Ludzie piją szampana. Ja chętnie dołączyłabym do tego grona, jednak szampan kosztuje 8 funtów. Trochę dużo jak na tak mały kieliszek. Kupuję czekoladę. Wracając do wyrafinowanej i przeogromnej sali zatrzymuje mnie Angielka. Też nie ma programu. Ale jej syn...
Rozmawiamy. On rozpoczyna rozmowę o Lugańskim, Rachmaninovie i Czajkowskim. Nieco intelektualnie to brzmi (ta jego wypowiedź), bo w pewnym momencie wyobrażam sobie że oglądam film Allena, a ja w nim gram. Razem z resztą ludzi. I ta wypowiedź, ach, wypowiedź tego chłopaka brzmi mądrzej niż w rzeczywistości jest tego warta. Wracam. Brawa. Lugański rozpoczyna słynny i najpiękniejszy temat koncertu. I tym razem nieco zawodzi. To pianista z najwyższej półki. Jednak tym razem fortepian nieco przygasa na tle orkiestry. Ludzi biją brawo, ale w przerwie komentują że fortepian nie był momentami słyszalny. Zbyt dużo piano, zbyt mało forte. Ale i tak było pięknie.
Sobota. Kupuję bilety na sztukę, w której gra Daniel Radcliffe. Sztuka pełna irlandzkiego akcentu, a o ile wszystkim wiadomo, irlandzki jest szybki, głośny i trudny do zrozumienia. Ale warto. Daniel jest w dobrej formie, to świetny aktor. A przy tym wydaje się być miły. Rozświetlił ten ponury deszcz swoim talentem.
BBC Proms to wielkie wydarzenie, a uczestniczenie w takich koncertach jest z pewnością przywilejem. Bilety nie są najdroższe, ale i nie najtańsze. Widownia to nie tylko ludzie siedzący na swoich miejscach, ale też stojący tuż przy scenie. Ciekawe?
Z niecierpliwością czekam na Rachmaninova. To metonimia? W rzeczywistości czekam na Lugańskiego. Ale nim to. Światowa premiera utworu The Cosmic Dance. Może być. Całkiem niezłe. Słucham i czekam aż wreszcie się skończy. Zakładam że na 4 częściach się zakończy. Mylę się. Trwa około godziny. Sąsiadująca Angielka głośno to komentuje. Może się nie zna. Może ja też. Ale po pierwszym przesłuchaniu utwór nie wciąga. Nie ma metafizyki, a muzyka to chyba metafizyka. Przerwa. Ludzie piją szampana. Ja chętnie dołączyłabym do tego grona, jednak szampan kosztuje 8 funtów. Trochę dużo jak na tak mały kieliszek. Kupuję czekoladę. Wracając do wyrafinowanej i przeogromnej sali zatrzymuje mnie Angielka. Też nie ma programu. Ale jej syn...
Rozmawiamy. On rozpoczyna rozmowę o Lugańskim, Rachmaninovie i Czajkowskim. Nieco intelektualnie to brzmi (ta jego wypowiedź), bo w pewnym momencie wyobrażam sobie że oglądam film Allena, a ja w nim gram. Razem z resztą ludzi. I ta wypowiedź, ach, wypowiedź tego chłopaka brzmi mądrzej niż w rzeczywistości jest tego warta. Wracam. Brawa. Lugański rozpoczyna słynny i najpiękniejszy temat koncertu. I tym razem nieco zawodzi. To pianista z najwyższej półki. Jednak tym razem fortepian nieco przygasa na tle orkiestry. Ludzi biją brawo, ale w przerwie komentują że fortepian nie był momentami słyszalny. Zbyt dużo piano, zbyt mało forte. Ale i tak było pięknie.
Sobota. Kupuję bilety na sztukę, w której gra Daniel Radcliffe. Sztuka pełna irlandzkiego akcentu, a o ile wszystkim wiadomo, irlandzki jest szybki, głośny i trudny do zrozumienia. Ale warto. Daniel jest w dobrej formie, to świetny aktor. A przy tym wydaje się być miły. Rozświetlił ten ponury deszcz swoim talentem.
piątek, 26 lipca 2013
Bezsenne lato
Bezsenne to lato. Nie ustępuje miejsca, zaciekle broni się przed deszczem. Ale to Londyn. Gdzie zatem podział się ten nieustanny deszcz? Jest za gorąco. A w Anglii podobno bywa chłodno. Nieprawda. Tak mówią tylko ci, którzy tu nie byli, albo ci, którzy nigdy nie mieszkali w Polsce. Stereotypowe myślenie bywa złudne. Bo niby kto pije herbatę o godzinie piątej? Z mlekiem. O tak. Z mlekiem. Ale o piątej?
I że niby w Anglii ludzie nie mają poczucia humoru?
Prześlizguje się od parku do parku. Lubię uczyć się w Hyde Parku. Albo czytać książkę. Nie trzeba płacić za miejsce do siedzenia tak jak w Green Parku. Jest mnóstwo wolnych ławek. I mnóstwo różnych ludzi. Anglicy lubią siedzieć w parkach.
Wychodzę. Szukam wejścia do metra. Jadę na Leicester Square. Jest tam znakomita księgarnia i nie tylko. Jest też mały sklepik ze starymi filmami. Bo trzeba mieć jakieś tradycje. Odnaleźć się w nowym miejscu. Ale to miejsce nie jest wcale takie nowe. Nigdy nie było. Zawsze było takie swoje. Moje. I dziwnie jest, gdy wraca się do miasta w którym żyło się kilkanaście lat, a mimo to tęskni za tym nowym. Kiedy bardziej myśli się o tym nowym będąc w starym, niż o starym będąc nowym. Zagmatwane.
I ma się ten dziwny sentyment, ma się ludzi, ma się znajome ścieżki i te same twarze każdego dnia. A gdy zapomina się nagle o wspaniałości miasta, bo po prawie roku staje się ono codziennością, jedzie się na stację Westminster i spaceruje przy Big Benie, obserwując zachwycających się turystów. Bezradnych turystów w tym wielkim mieście. Kiedy idzie się w stronę way out w South Kensington a ktoś łamanym angielskim pyta: Przepraszam, gdzie ja teraz jestem? Wtedy czuje się, że to jest moje miasto.
I że niby w Anglii ludzie nie mają poczucia humoru?
Prześlizguje się od parku do parku. Lubię uczyć się w Hyde Parku. Albo czytać książkę. Nie trzeba płacić za miejsce do siedzenia tak jak w Green Parku. Jest mnóstwo wolnych ławek. I mnóstwo różnych ludzi. Anglicy lubią siedzieć w parkach.
Wychodzę. Szukam wejścia do metra. Jadę na Leicester Square. Jest tam znakomita księgarnia i nie tylko. Jest też mały sklepik ze starymi filmami. Bo trzeba mieć jakieś tradycje. Odnaleźć się w nowym miejscu. Ale to miejsce nie jest wcale takie nowe. Nigdy nie było. Zawsze było takie swoje. Moje. I dziwnie jest, gdy wraca się do miasta w którym żyło się kilkanaście lat, a mimo to tęskni za tym nowym. Kiedy bardziej myśli się o tym nowym będąc w starym, niż o starym będąc nowym. Zagmatwane.
I ma się ten dziwny sentyment, ma się ludzi, ma się znajome ścieżki i te same twarze każdego dnia. A gdy zapomina się nagle o wspaniałości miasta, bo po prawie roku staje się ono codziennością, jedzie się na stację Westminster i spaceruje przy Big Benie, obserwując zachwycających się turystów. Bezradnych turystów w tym wielkim mieście. Kiedy idzie się w stronę way out w South Kensington a ktoś łamanym angielskim pyta: Przepraszam, gdzie ja teraz jestem? Wtedy czuje się, że to jest moje miasto.
sobota, 13 lipca 2013
Królewskie dziecko
Czekoladowe cukierki rozpływają się w złotych papierkach pod wpływem palącego się słońca. A mnie...? Nachalnie i nieustępliwie przypominają się wersy z "Lata" Młodożeńca.
Lato
pstro, pstrawo.. pstrokato...
lato...
białe - czerwone - zielone
szale - falbany falują, szaleją
w alejach...
upał opala owale
i smazy dekoltaże,
gdzie zerka lalkowaty lowelas
w lakierkach...
kokota łasi łażącego kota...
wszystko odziane mniej - niż cieniej
do cienia ucieka -
spieka...
więc w barze
bombardując bufeciarzy
panowie piją pieniące się piwo
w rozgwarze
za kufem kuf, za kufem kuf -
UF - jak ciężko
"skandal" skanduje litera po literze
wylizany literat oblewając likierem no -
tatki w notesie...
Kreski i futureski 1921 Stanisław Młodożeniec
Od gorąca powietrze aż się pieni. Green Park przepełniony jest ludźmi. Najgorętszy dzień w roku powoli dobiega końca. Dzięki Bogu. Paddington powinien być oblegany, a nie jest. Księżna Kate miała na dziś wyznaczony termin, w którym narodzić się miało "królewskie dziecko". Reporterzy gdzieś się czają, ale najwidoczniej niezwykle dobrze wychodzi im ta zabawa w chowanego, bo nie rzucają się w oczy. Moja nadzieja, że może gdzieś - przypadkiem - zobaczę - Królową,- okazała się płonna, bo nawet wraz ze swoją świtą nie pojawi się by powitać swego prawnuczka lub prawnuczkę. O tak. Podobno nie wiadomo jaka jest płeć dziecka.
A "upał opala owale i smaży dekoltaże". Nieustannie. Lato.
Lato
pstro, pstrawo.. pstrokato...
lato...
białe - czerwone - zielone
szale - falbany falują, szaleją
w alejach...
upał opala owale
i smazy dekoltaże,
gdzie zerka lalkowaty lowelas
w lakierkach...
kokota łasi łażącego kota...
wszystko odziane mniej - niż cieniej
do cienia ucieka -
spieka...
więc w barze
bombardując bufeciarzy
panowie piją pieniące się piwo
w rozgwarze
za kufem kuf, za kufem kuf -
UF - jak ciężko
"skandal" skanduje litera po literze
wylizany literat oblewając likierem no -
tatki w notesie...
Kreski i futureski 1921 Stanisław Młodożeniec
Od gorąca powietrze aż się pieni. Green Park przepełniony jest ludźmi. Najgorętszy dzień w roku powoli dobiega końca. Dzięki Bogu. Paddington powinien być oblegany, a nie jest. Księżna Kate miała na dziś wyznaczony termin, w którym narodzić się miało "królewskie dziecko". Reporterzy gdzieś się czają, ale najwidoczniej niezwykle dobrze wychodzi im ta zabawa w chowanego, bo nie rzucają się w oczy. Moja nadzieja, że może gdzieś - przypadkiem - zobaczę - Królową,- okazała się płonna, bo nawet wraz ze swoją świtą nie pojawi się by powitać swego prawnuczka lub prawnuczkę. O tak. Podobno nie wiadomo jaka jest płeć dziecka.
A "upał opala owale i smaży dekoltaże". Nieustannie. Lato.
sobota, 15 czerwca 2013
Deszczowa kołysanka
Im dłużej mieszkam w mieście, które coraz częściej przypomina bardziej scenerię dickensowską aniżeli tę z ostatnich miesięcy, tym dłużej przywołuję wspomnienia o polskiej pogodzie. Londyn wbrew pozorom wcale nie jest miastem wiecznie skąpanym w deszczu. Plusk kropelek spadających na głowy śpieszących się ludzi wcale tak często nie nawiedza mieszkańców tejże stolicy, a jednak....
Lampy migocą pod wpływem uderzającego je deszczu. Wiatr świszczy dokoła, prześlizgując się miedzy budynkami. Pogoda nie zmienia się jak w kalejdoskopie. O ile sierpień bywa upalny, a od września aż do połowy grudnia pogoda uderzała w ton wiosenny, styczeń chwilowo przebrał się w śniegowy kostium by pozwolić na chwilę wyjść słońcu, które zniknęło w dniu, w którym kończył się marzec. A kwiecień? Ten primaaprilisowy? Godnie reprezentował tradycję, bo spłatał figle rozpuszczając Londyn w jesiennej aurze. I tak jest aż do teraz. Czasem ciepło, czasem zimno. Zimno. Tak, to lepsze słowo. Jest zimno, jest deszczowo, jest październikowo. Podobno rzadko czerwiec bywa tak chłodny. Czemu zatem to statystycznie niemożliwe "chłodno" trafiło akurat wtedy, kiedy ja tu przebywam?
Polska z pewnością pod względem pogody jest o wiele ciekawsza. Wiosna to czas lekkiego, zielonego powiewu, lato bywa gorące, bywa burzliwe, bywa... tak. Letnie. Jesień. Złota, polska jesień. Kolorowe liście, kasztany i te sprawy, no i zima. Ta prawdziwa, gdy marzniemy, gdy śnieg pięknie uderza o okna, kiedy dokoła jest biało, puchowo, świątecznie. Cóż. W Londynie albo wiosennie albo jesiennie. Jakoś ostatnio brak większych kontrastów. A mi brakuje tych czerwcowych, parnych dni, gdy otwierałam okno na poddaszu i czytałam opowiadania Iwaszkiewicza z lampką czerwonego płynu na nocnym stoliku.
Lampy migocą pod wpływem uderzającego je deszczu. Wiatr świszczy dokoła, prześlizgując się miedzy budynkami. Pogoda nie zmienia się jak w kalejdoskopie. O ile sierpień bywa upalny, a od września aż do połowy grudnia pogoda uderzała w ton wiosenny, styczeń chwilowo przebrał się w śniegowy kostium by pozwolić na chwilę wyjść słońcu, które zniknęło w dniu, w którym kończył się marzec. A kwiecień? Ten primaaprilisowy? Godnie reprezentował tradycję, bo spłatał figle rozpuszczając Londyn w jesiennej aurze. I tak jest aż do teraz. Czasem ciepło, czasem zimno. Zimno. Tak, to lepsze słowo. Jest zimno, jest deszczowo, jest październikowo. Podobno rzadko czerwiec bywa tak chłodny. Czemu zatem to statystycznie niemożliwe "chłodno" trafiło akurat wtedy, kiedy ja tu przebywam?
Polska z pewnością pod względem pogody jest o wiele ciekawsza. Wiosna to czas lekkiego, zielonego powiewu, lato bywa gorące, bywa burzliwe, bywa... tak. Letnie. Jesień. Złota, polska jesień. Kolorowe liście, kasztany i te sprawy, no i zima. Ta prawdziwa, gdy marzniemy, gdy śnieg pięknie uderza o okna, kiedy dokoła jest biało, puchowo, świątecznie. Cóż. W Londynie albo wiosennie albo jesiennie. Jakoś ostatnio brak większych kontrastów. A mi brakuje tych czerwcowych, parnych dni, gdy otwierałam okno na poddaszu i czytałam opowiadania Iwaszkiewicza z lampką czerwonego płynu na nocnym stoliku.
poniedziałek, 6 maja 2013
Poeta
W Londynie gorzej niż w Barcelonie, w Hyde Parku gorzej niż na Oxford Street. Gorąco, a tego nie lubię. Prawie lato. Najgorsza pora roku. A może nie. Może ma coś w sobie, kiedy świeci piękne słońce, ale nie grzeje aż tak mocno. Kiedy w autobusach czasem jest mniej ludzi, a wszyscy stojący nie mdleją od tego wszechogarniającego gorąca.
Londyn spotkał zaszczyt. Tak, i to wielki. Wczoraj (z pewnością któryś już raz z kolei) stolicę Anglii odwiedził N. Lugansky. Niesamowicie znany, rosyjski pianista, zdobywca między innymi SREBRNEGO MEDALU na słynnym Konkursie Czajkowskiego. Kiedy odczytuje się główną stronę tego konkursu, prześlizgując się do zakładki - wymagany repertuar - główną myślą staje się: wow.
Repertuar przeogromny, z tego co pamiętam znacznie większy niż na Konkursie Busoniego, bardziej zróżnicowany niż na Chopinowskim.
Do Czajkowskiego przystępuje niewielu pianistów, ale zdobycie jakiegokolwiek miejsca, a może nawet samo zakwalfikowanie się do tego konkursu, jest dla pianistów przeogromnym wyróżnieniem.
Tam też grał Lugański. Znakomity interpretator - zwłaszcza Rachmaninova, ale również Scriabina, Chopina i wielu, wielu innych.
Miliony razy porównywałam różne wykonania poszczególnych utworów. Słuchałam wszystkich możliwych wykonań - chociażby Preludium g-moll op. 23 nr 5 czy Momentu muzycznego e-moll op. 16 nr 4. Tak jak Lugansky jest w nich absolutnie wybitny, (choć zawsze uwielbiałam we wspomnianym preludium Gilelsa), czwarty moment muzyczny Rachmaninova brzmi pod jego palcami tak, jakby ten wielki kompozytor skomponował go specjalnie dla niego.
Wigmore Hall godzina 19:00. Jest niedziela. Przechodzę Oxford Street, skręcam obok znanego J. Lewisa, znajdując się niebawem na Wigmore Street. Jeszcze tylko chwila i znajdę się wewnątrz. Podekscytowanym wzrokiem spoglądam dookoła, z nadzieją że... może... gdzieś tu będzie się kręcił. Master. Nie, nie ten od Margarity. Lugański.
19:05. Nie widzę go nigdzie, wchodzę zatem do środka, na zewnątrz jest w końcu dość chłodno.
Piękny korytarz zapełniony jest ludźmi. Ale nie jest ich aż tak dużo.
Dostrzegam małą, wystawną wersalkę.
Są dwa wolne miejsca.
Siadam.
Patrzę na wielki ścienny zegar. 19:20. Z sali koncertowej dobiega głos fortepianu, ale to jeszcze nie Lugański. Coraz więcej ludzi przybywa do środka. Robi się tłok.
Dobrze że przyszłaś wcześniej, dzięki temu możesz siedzieć - myślę.
Obok siada Anglik. Starszy Anglik. Pyta czy gram na fortepianie. Tak - odpowiadam. - Pan również? Coś odpowiedział, ale nie usłyszałam, gdyż rozległ się gong. 19:25. Ekskluzywnie ubrani pracownicy Wigmore Hall otwierają drzwi do sali koncertowej. Pierwszy raz stawiam w niej kroki. Szukam mojego miejsca. Na bilecie jest napisane A 12. Idę więc. Pierwszy rząd, tuż pod sceną, będę tak blisko. Drugi gong. Oglądam się dokoła, cała sala pełna. 19:30. Gong trzeci. Rozlegają się brawa, a na scenę wychodzi sam Mistrz. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Ktoś kogo oglądałam tysiące razy. Ktoś kogo słuchałam tysiące razy - stoi tak niedaleko mnie.
Biję brawo.
Lugański siada i rozpoczyna piękny, niemal 2-godzinny recital.
Utwory Schuberta - a dokładniej te: http://www.youtube.com/watch?v=gUDnf3yh0Xk
Zwłaszcza czwraty wywołuje dreszcze. Rozlegają się wielkie brawa. Brzmi jak banał, ale to przwdziwa uczta. Następnie Medtner. Można grać aż tak dobrze?
Gdy Lugański zaczyna grać drugą sonatę Rachmaninova, w sali rozbrzmiewa potęga. Jest w niej wszystko. Wszystko to co pragną usłyszeć muzycy. Emocje. Żywa muzyka. Dbanie o szczegół. Potęzne forte i liryczne piano. Tak. To prawdziwy Rachmaninov.
Oklaski stają się coraz głośniejsze. Granie na bis. Dwa preludia Rachmaninova - czwarte i piąte.
Brawa. Brawa dla prawdziwego talentu.
Schodzi ze sceny. Po chwili wychodzi, gdyż ludzie wciąż klaszczą. Kłania się i znika w kuluarach.
Lugański.
Poeta.
Londyn spotkał zaszczyt. Tak, i to wielki. Wczoraj (z pewnością któryś już raz z kolei) stolicę Anglii odwiedził N. Lugansky. Niesamowicie znany, rosyjski pianista, zdobywca między innymi SREBRNEGO MEDALU na słynnym Konkursie Czajkowskiego. Kiedy odczytuje się główną stronę tego konkursu, prześlizgując się do zakładki - wymagany repertuar - główną myślą staje się: wow.
Repertuar przeogromny, z tego co pamiętam znacznie większy niż na Konkursie Busoniego, bardziej zróżnicowany niż na Chopinowskim.
Do Czajkowskiego przystępuje niewielu pianistów, ale zdobycie jakiegokolwiek miejsca, a może nawet samo zakwalfikowanie się do tego konkursu, jest dla pianistów przeogromnym wyróżnieniem.
Tam też grał Lugański. Znakomity interpretator - zwłaszcza Rachmaninova, ale również Scriabina, Chopina i wielu, wielu innych.
Miliony razy porównywałam różne wykonania poszczególnych utworów. Słuchałam wszystkich możliwych wykonań - chociażby Preludium g-moll op. 23 nr 5 czy Momentu muzycznego e-moll op. 16 nr 4. Tak jak Lugansky jest w nich absolutnie wybitny, (choć zawsze uwielbiałam we wspomnianym preludium Gilelsa), czwarty moment muzyczny Rachmaninova brzmi pod jego palcami tak, jakby ten wielki kompozytor skomponował go specjalnie dla niego.
Wigmore Hall godzina 19:00. Jest niedziela. Przechodzę Oxford Street, skręcam obok znanego J. Lewisa, znajdując się niebawem na Wigmore Street. Jeszcze tylko chwila i znajdę się wewnątrz. Podekscytowanym wzrokiem spoglądam dookoła, z nadzieją że... może... gdzieś tu będzie się kręcił. Master. Nie, nie ten od Margarity. Lugański.
19:05. Nie widzę go nigdzie, wchodzę zatem do środka, na zewnątrz jest w końcu dość chłodno.
Piękny korytarz zapełniony jest ludźmi. Ale nie jest ich aż tak dużo.
Dostrzegam małą, wystawną wersalkę.
Są dwa wolne miejsca.
Siadam.
Patrzę na wielki ścienny zegar. 19:20. Z sali koncertowej dobiega głos fortepianu, ale to jeszcze nie Lugański. Coraz więcej ludzi przybywa do środka. Robi się tłok.
Dobrze że przyszłaś wcześniej, dzięki temu możesz siedzieć - myślę.
Obok siada Anglik. Starszy Anglik. Pyta czy gram na fortepianie. Tak - odpowiadam. - Pan również? Coś odpowiedział, ale nie usłyszałam, gdyż rozległ się gong. 19:25. Ekskluzywnie ubrani pracownicy Wigmore Hall otwierają drzwi do sali koncertowej. Pierwszy raz stawiam w niej kroki. Szukam mojego miejsca. Na bilecie jest napisane A 12. Idę więc. Pierwszy rząd, tuż pod sceną, będę tak blisko. Drugi gong. Oglądam się dokoła, cała sala pełna. 19:30. Gong trzeci. Rozlegają się brawa, a na scenę wychodzi sam Mistrz. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Ktoś kogo oglądałam tysiące razy. Ktoś kogo słuchałam tysiące razy - stoi tak niedaleko mnie.
Biję brawo.
Lugański siada i rozpoczyna piękny, niemal 2-godzinny recital.
Utwory Schuberta - a dokładniej te: http://www.youtube.com/watch?v=gUDnf3yh0Xk
Zwłaszcza czwraty wywołuje dreszcze. Rozlegają się wielkie brawa. Brzmi jak banał, ale to przwdziwa uczta. Następnie Medtner. Można grać aż tak dobrze?
Gdy Lugański zaczyna grać drugą sonatę Rachmaninova, w sali rozbrzmiewa potęga. Jest w niej wszystko. Wszystko to co pragną usłyszeć muzycy. Emocje. Żywa muzyka. Dbanie o szczegół. Potęzne forte i liryczne piano. Tak. To prawdziwy Rachmaninov.
Oklaski stają się coraz głośniejsze. Granie na bis. Dwa preludia Rachmaninova - czwarte i piąte.
Brawa. Brawa dla prawdziwego talentu.
Schodzi ze sceny. Po chwili wychodzi, gdyż ludzie wciąż klaszczą. Kłania się i znika w kuluarach.
Lugański.
Poeta.
sobota, 27 kwietnia 2013
Margate
Morze faluje, faluje, faluje. Senny, letni dzień, wcale nie przypomina typowo letniej pogody. Porywisty wiatr niszczy ochotę na uwiecznianie siebie na pamiątkowej fotografii. To nie Lloret de Mar. Witamy w Margate.
Kolejni ludzie ustawiają się w długiej kolejce po fish & chips. Zapach morza komponuje się z zapachem ryby. Ach tak. Jesteśmy w Margate. Fish & chips. Fish & chips, fish &....
Wszyscy zachęcają do wydania 5 funtów na typowo angielskie danie. Czemu nie? Już stoimy w kolejce wraz z pozostałymi ludźmi, wdychając zapach ryb, zapach morza, ryb czy...
- Fish and chips, please!
- Five pounds, please!
Jemy.
Jesteśmy głodni po długiej podróży, więc zadowalamy się nowym, angielskim daniem. A może siła sugestii wywiera na nas tak silny wpływ, że mimowalonie zachwycamy się rybą z frytkami.
Słońce wychodzi zza chmur. Morze faluje. To niezbyt dobry widok po podróży promem, gdzie wszystko falowało nazbyt mocno. W pewnym momencie zaczynasz zastanawiać się czy masz gorączkę czy... Ach tak tak... Prom.
Morze przypomina swym kolorem bardziej zieleń aniżeli pełny turkus jak w Hiszpanii. W końcu to Morze Północne. A jednak ma coś w sobie. Ta angielska pogoda. Ten angielski zapach. Urok hrabstwa Kent.
Przewodnik powiadamia nas, iż za chwilę wyjedziemy do Londynu. Gdy docieramy, unosimy oczy by zobaczyć słynne Tower of London oraz Tower Bridge. Naprawdę? Jesteśmy szczęściarzami? Przewodnik mówi, że rzadko udaje się trafić na otwarcie tego mostu. My to właśnie oglądamy. Rozglądam się dokoła. Jakie to wielkie miasto, ten Londyn. Pilnuje się ludzi z wycieczki by przypadkiem nie zagubić się na którejś uliczce. Oxford Street? Jedziemy na Oxford? Miliony ludzi przeciska się przez wąskie ulice. Mamy spotkać się za 3 godziny w umówionym miejscu. Nie. Zgubiłyśmy się. Nie, nie, gdzie bylo to miejsce? W szóstke szukamy wskazanego punktu, pytamy ludzi, lecz wszyscy się śpieszą. Spóźniamy się pół godziny. Uf. Nie my jedne. Za nami spóźniają się inni uczestnicy. O całą godzinę. Chwała Bogu.
Czas biegnie do przodu. Pakujemy walizki. Jedziemy autokarem. Mija siedem lat, a ja piszę post z Londynu. Londynu, który wydaje mi się tak znajomy jak moje rodzinne miasto. Znam wszystkie skróty, najlepsze miejsca do uchwycenia i wszelkie obyczaje.
Londynie. Tak bardzo czarujesz.
Kolejni ludzie ustawiają się w długiej kolejce po fish & chips. Zapach morza komponuje się z zapachem ryby. Ach tak. Jesteśmy w Margate. Fish & chips. Fish & chips, fish &....
Wszyscy zachęcają do wydania 5 funtów na typowo angielskie danie. Czemu nie? Już stoimy w kolejce wraz z pozostałymi ludźmi, wdychając zapach ryb, zapach morza, ryb czy...
- Fish and chips, please!
- Five pounds, please!
Jemy.
Jesteśmy głodni po długiej podróży, więc zadowalamy się nowym, angielskim daniem. A może siła sugestii wywiera na nas tak silny wpływ, że mimowalonie zachwycamy się rybą z frytkami.
Słońce wychodzi zza chmur. Morze faluje. To niezbyt dobry widok po podróży promem, gdzie wszystko falowało nazbyt mocno. W pewnym momencie zaczynasz zastanawiać się czy masz gorączkę czy... Ach tak tak... Prom.
Morze przypomina swym kolorem bardziej zieleń aniżeli pełny turkus jak w Hiszpanii. W końcu to Morze Północne. A jednak ma coś w sobie. Ta angielska pogoda. Ten angielski zapach. Urok hrabstwa Kent.
Przewodnik powiadamia nas, iż za chwilę wyjedziemy do Londynu. Gdy docieramy, unosimy oczy by zobaczyć słynne Tower of London oraz Tower Bridge. Naprawdę? Jesteśmy szczęściarzami? Przewodnik mówi, że rzadko udaje się trafić na otwarcie tego mostu. My to właśnie oglądamy. Rozglądam się dokoła. Jakie to wielkie miasto, ten Londyn. Pilnuje się ludzi z wycieczki by przypadkiem nie zagubić się na którejś uliczce. Oxford Street? Jedziemy na Oxford? Miliony ludzi przeciska się przez wąskie ulice. Mamy spotkać się za 3 godziny w umówionym miejscu. Nie. Zgubiłyśmy się. Nie, nie, gdzie bylo to miejsce? W szóstke szukamy wskazanego punktu, pytamy ludzi, lecz wszyscy się śpieszą. Spóźniamy się pół godziny. Uf. Nie my jedne. Za nami spóźniają się inni uczestnicy. O całą godzinę. Chwała Bogu.
Czas biegnie do przodu. Pakujemy walizki. Jedziemy autokarem. Mija siedem lat, a ja piszę post z Londynu. Londynu, który wydaje mi się tak znajomy jak moje rodzinne miasto. Znam wszystkie skróty, najlepsze miejsca do uchwycenia i wszelkie obyczaje.
Londynie. Tak bardzo czarujesz.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)