wtorek, 27 stycznia 2015

Chaîné

Wyobraźcie sobie, że dostaliście lampę Aladyna. Wystarczy, że nią potrzecie, a odurzony siłą waszej mocy bohater - jednej z opowieści"Księgi tysiąca i jednej nocy" - spełni Wasze najbardziej rozkoszne życzenie. Nawet, jeśli będzie absurdalne. Ach tak! Tylko niech Was, moi drodzy czytelnicy, nie poniesie zbyt mocno Wasz ułańska fantazja. Trzymamy się nadprzyrodzonych zdolności. Żadne porsche i hacjendy nie wchodzą w grę!

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jakie magiczne umiejętności chcielibyście nabyc, gdyby Aladyn nagle powiedział (strzepując w międzyczasie ze spodni z Primarka swój złoty pył): "Ma Cherie, twoje życzenie jest dla mnie rozkazem"!
Cóż, ja też nie. Ale zastanowiło mnie ostatnio, z racji upływającego czasu i doświadczeń, że żyjemy w jakimś miejscu, z jakimiś ludźmi, zajmujemy się różnymi pasjami, o których nawet przez chwilę, nie pomyśleliśmy w przeszłości.

Gdyby ktoś przysiadł się obok nas, tak nagle, włączając taśmę filmową z nagraniem naszej przyszłości... No wiecie... My w roli głównej, biegający między rozświetlonymi kawiarenkami w Las Vegas (yhm, poniosła mnie wybraźnia), mówiącymi biegle po hiszpańsku, podgrywając w wolnej chwili na gitarze. Czy uwierzylibyśmy? Albo gdyby na taśmie pojawił się obrazek: My, krzątający się w kuchni, a obok nasz mąż, który za chwilę wyjdzie do pracy w ekskluzywnym garniturze i sprasowanych mankietach, z plakietką Redaktor Naczelny New York Times. Czy uwierzylibyśmy?

Wyobraźnia, nieco mnie poniosła, ale patrząc na moje życie w chwili obecnej wiem, że gdybym mogła zobaczyc tę swoją teraźniejszośc wcześniej, jako wizję przyszłości, to pewnie byłabym zdziwiona. Tak jak i każdy z nas. 

Będąc ostatnio w Hammersmith (tak, jestem tam notorycznie), rzuciło mi się w oczy coś, co widzimy codziennie, o czym myślimy czasem, ale po chwili tę myśl odrzucamy. Minęłam się na korytarzu w POSK-u ze starszą kobietą. Kobietą w wieku lat 80, or so. Spojrzałam na nią i nagle, nie tylko pomyślałam o tym, ale też doszłam do mocnej konstatacji, że ten czas, jaki jest nam dany, nigdy więcej się już nie powtórzy. Ot, truizm. W życiu większości z nas, przychodzi taki moment, kiedy nagle uświadamiamy sobie, że mamy tylko jedno życie, że tylko raz w życiu mamy 27 stycznia 2015 roku, kiedy jesteśmy młodzi. Mamy te drobne chwile, z których splatamy życie. I to szczęście, bo jesteśmy w pełni sił, możemy biegac, skakac, śmiac się z czarem na twarzy, pozbawionym zmarszczek i spojrzenia za tym, co minione. Czasem mówi się: "Ta 40 latka dorównałaby nie jednej 15 latce". I chyba w tym tkwi cała prawda. Bo kiedy mamy 15 lat, myślimy, że będziemy przez całe życie młodzi i szczęśliwi, a gdy mamy lat 35, dostrzegamy, że nic się nie powtórzy. Że albo wykorzystamy tę szansę, jaką jest życie, albo ją zmarnujemy. I nagle, mając te 40 lat, walczymy o każdą sekundę, każdy oddech, każdą radośc, skupiając się na dobrych stronach życia, oddalając się od tych mniej pozytywnych. 

Wiem, że życie nie jest idealne, ale nawet nieidealne życie można przekształcic w idealne. W naszą definicję: idealności. 

Obudzona o 8:40 w niedzielę (cud - raz w tygodniu mogę się wyspac) zjadłam szybko śniadanie, biegnąc do szkoły tańca. Tak jak mówiłam, kontynuuje grupę general, chociaż muszę przyznac, że jest to niezwkle trudne. Zaczynając od tego, że każdy choreograf w tej szkole, to ktoś, kto pracował/pracuje przy produkcjach telewizyjnych czy ważniejszych musicalach, nie tylko w Londynie, poziom ludzi w grupie general składa się w 70 % z osób, które są tancerzami od dziecka. Oczywiście, dużo łatwiej jest złapac choreografię, gdy brało się wczesniej lekcje od jakiegos instruktora, ale mimo wszystko, jest to niezwykle trudna klasa. 

Miliony różnych kroków, miliony skoków, obrotów. Powoli, uczę się terminologii jazzowej (choc nie tylko jazzowej), w której pełno jest francuskich nazw. Chaine to obrót; chasse - jak mawiają - step, together, step. W naszej ostatniej jazzowej klasie, mieliśmy skok Calypso Leaps, który jest nie lada wyzwaniem, zwłaszcza, gdy muzyka leci w szleńaczym tempie, a choreografia jest długa i pełna trudnych technicznie elementów.
Poziom general, to mniej więcej ten poziom, jaki reprezentuje tancerka w linku ponizej. Poziom, z którym muszę się zmierzyc za każdym razem, kiedy mam czas na trudniejszą klasę. Calypso Leaps, czyli skok, który ostatnio w miarę opanowałam, to skok między 1:43 - 1:44. Przed Calypso Leaps, najpierw robimy chaine.

Czyż nie jest to piękna pasja?

Bisous, bisous!


środa, 21 stycznia 2015

Klasyka

Słodko-kwaśno, czyli wzdrygając się na widok angielskiego jedzenia, wrzucam się w wir kulinarny. To, co czasem jedzą wyspiarze, smakuje gorzej niż chleb posmarowany naftą. Nie, nie próbowałam. Poniosła mnie wyobraźnia, wybaczcie. Kroję dwie papryki (żóltą i czerwoną), daleka od szybkości Ramsay'a, wrzucam je na patelnię, razem z cebulą i jednym ząbkiem czosnku. Smażę przez chwilę, po czym dodaję pomidory z puszki, słodką paprykę (w proszku), pokrojony w kostkę filet z kurczaka i kukurydzę z puszki. Jem lunch, następnie spotykam J.
Po dysputach z J. na temat tego, czemu G. Gould śpiewał w czasie grania, a S. Richter grając Etiudę cis-moll F. Chopina niemalże zniszczył fortepian, nareszcie jestem w swoim pokoju. Wolna. Muzyka klasyczna, coraz częściej prześlizguje się w moich rozmowach z J.
J. jest takim samym miłośnikiem klasyki, jakim kiedyś byłam i ja. I nadal jestem, ale już nie w takim samym stopniu, w jakim byłam. Bo i nie słucham Gaspard de la Nuit od rana do wieczora, tak jak kiedyś, porównując wykonania różnych pianistów, oglądając lekcje Pogorelicha kiedy pracował nad wspomnianym majstersztykiem Ravela, czy też śledząc palcami nuty, z marzeniem wirtuozowskiego ich wykonania. Pamiętam, jak kiedyś na zajęciach, rozmawiając z moim nauczycielem od fortepianu, wybieraliśmy sonatę. Pamiętam, że przeglądaliśmy nuty do sonat Beethovena i on, zawahał się nad opusem do jednej z nich. Pamiętam, że pomyślałam wtedy sobie: "Jak można zawahac się nad opusem, kiedy ja oddycham fragmentami utworów fortepianowych, znam tonacje i opusy na pstryknięcie palca". A teraz to rozumiem, bo po wielu latach fascynacji, kiedy nasłuchało się tych wszystkich etiud, ballad czy sonat, kiedy śledziło się wszystkie strony z zapartym tchem, włączając setny raz drugi temat w koncercie Griega, nagle... przechodzi się na inny etap muzyki. Jak w małżeństwie. Kończy się etap silnego zakochania, a przychodzi rutyna. Życie. I opusy mimo że dobrze znane, mimo że tak oczywiste, rozmywają się. Jest ich tak wiele, i tak wiele razy się powielały, że przestajemy przywiązywac do nich wagę. I kiedy J. włącza sonatę Liszta, rozkochuję się w opowiadaniu mu muzycznych anegdot, o tym jak Gould kochał rozmawiac przez telefon, jak Argerich opuściła konkurs chopinowski, ale gdy słyszę kolejny raz rozpoczynające takty sonaty Liszta, to piano, a następnie nagły wybuch forte, ściszam radio, bo sluchałam jej w życiu milion razy i milion pierwszy to już za dużo. Mimo, że ubóstwiam tę sonatę.
Studiujemy 2 Rachamaninova. Z uroczym J. Śmiejemy się z filmików, że Rachmaninov miał wielkie ręce. Przegrywam liryczne fragmenty Racha, zapętlając się w tym muzycznym limeryku, opowiadam mu jak rozróżnic utwory Bacha od tych Mozarta. Widzę, że połknął bakcyla. Po raz kolejny mówię, że mam nadzieję, że chimeryczna i genialna zarazem Martha Argerich nie odwoła koncertu w Royal Festival Hall, tak jak ma w zwyczaju. Ona chyba zwyczajnie nie lubi tego mokrego, szarego Londynu. A ja wręcz odwrotnie.

piątek, 16 stycznia 2015

Yes, my interview!

Wstałam o 6:50, słuchając głośnego tupania E. 
J. i A. krzyczeli z całych sił, jakby zamiast jedzenia, spożywali codziennie coś na miarę młodopolskich używek. Skąd w nich tyle energii? O 6:50? Ja też staram się przynajmniej udawac, że mi się chce, chociaż o tak rannej porze nie chce mi się nawet zejśc do kuchni. Chce mi się za to spac. 
N. je śniadanie już od dobrych 10 minut, a ja witam się wytartym frazesem pt. How are you doing, włączając rzężący, szaro-niebieski "kettle". "Can I make you a cup of tea?" - pyta młody blondynek, z wielkimi, niebieskimi oczyma i długimi rzęsami. "Oh, yes". "You will have many girlfriends in the future" - mówię, na co on krzyczy: "Annaaaaa!!!", po czym pyta: "Is it perfect?". Utwierdzam go w przekonaniu, że herbata, którą zrobił jest "perfect", a on drąży: "Is it better than the one you make?" A ja odpowiadam: "It's the same, J." 

Small- talk z N., który niczym rasowy dziennikarz wypytuje, czy zrobiłam dobry "research" na temat szkoły, do której wybieram się na interview. "Yes, I did" - odpowiadam, lecz on ripostuje w iście pełnym klasy, angielskim tonie: "So, what's the ethos then", a to "then" wypowiada z tą samą manierą, co J., przeciągając "e", jak gdyby mówił to: "thEEEEEn!". 
Życzy mi powodzenia, mówiąc "Good luck", a ja macham im ręką ("bye"), po czym biegnę zrobic owsiankę, ze zgniecionymi bananami, złotym syropem i nasionami chia. 
Wiedzieliście, że nasiona chia wydłużają życie i są jednymi z najzdrowszych nasion, jakie można dodac do posiłków? Ja, jak do tej pory nie wiedziałam, aż do pewnego razu, kiedy E. wpadla na pomysł, by dodawac je do swoich zdrowych soków. Nie wiem tylko, czy w jej przypadku to zadziała, bo mieszanka zdrowych nasion niewiele zdziała, w połączeniu z ready-made food. A ona, je gotowe dania every single day. 

Złapałam autobus, doładowałam "oysterkę", złapałam metro i dojechałam do wielkiej szkoły, w centralnym Londynie. Totalnie centralnym, gdzie wysokie budynki, robią wrazenie. Przywitałam sekretarkę, w tzw. "office" i czekałam na dyrektora szkoły, który spóźnił się ponad godzinę, ale wybaczyłam, na rzecz jego pozytywnego usposobienia. 

Interview, czyli rozmowa kwalifikacyjna, potrafi przyprawic o dreszcze nawet w ojczystym kraju, gdzie używa się swojego pierwszego języka. Interview w Londynie, gdzie oczekuje się od ciebie szybkiego odpowiadania na pytania, dobrego zaprezentowania i sensownych zdań, przyprawia o podwójne dreszcze. Mimo, że poniekąd niewiele mnie to obeszło, bo nie było one ani pierwszym ani ostatnim w moim życiu. 

To nieprawda, że w Londynie jest łatwiej znaleźc pracę, aniżeli przykładowo w Polsce, o co pytała mnie niedawna znajoma. Faktem jest, że Londyn jest wielkim miastem. Większe miasto, więcej miejsc pracy, ale też... większa konkurencja. Zależnie od dziedziny, jaka nas interesuje, różne są wymogi. Utrzymanie się w Londynie jest super drogie, super trudne. Zarobki, w porównaniu do tego, ile kosztuje wynajęcie mieszkania, kupienie jedzenia i biletów podróży, są niewielkie. Konkurencja dużo większa, a i Anglicy, zawsze będą o krok do przodu, mówiąc w swoim ojczystym języku. 

Ostatnimi czasy, jedna z moich koleżanek, stara się o pracę w szkole podstawowej. Ukończyła filologię angielską, więc ma uprawnienia do uczenia. Była jak dotąd na 3 interviews, bezskutecznie. Na pierwszym, miała 15 osób, aplikujących na pozycję "Teaching assistant". Trochę dużo nie? Zwłaszcza, że lwia częsc to byli ludzie z kilkuletnim doświadczeniem plus Anglicy. Nie wybrano jej, ze względu na akcent. Dziwne, ale prawdziwe. Niektórzy Anglicy czują się królami życia, są leniwi, nie uczą się innych języków, bo w końcu angielski jest uniwersalny. Od innych narodowości wymagają czasem bezbłędnej wymowy, będąc totalnymi ignorantami, bez wiedzy merytorycznej na temat tego, w jaki sposób taki akcent się osiąga. Na szczęscie nie wszyscy, bo wielu jest też otwartych ludzi, którzy wiele podróżowali, którzy chętnie korzystają z wiedzy osób, pochodzących z odmiennej kultury.

sobota, 10 stycznia 2015

Never say sorry, darling.

Każdy z nas potrzebuje leniwych, rozpływających się w senności dni. Londyn nas nie rozpieszcza. Metropolia jest chłodna jak Królowa Śniegu, do tego szara i deszczowa. Tęsknię za jasnymi, słonecznymi dniami w Covent Garden czy Regent Park. Może nie tęsknię za tym okropnym gorącem i upałem w metrze, ale za odrobiną radości, jaką niesie ze sobą letnie i parne popołudnie, za pocałunkami słońca, za uśmiechniętymi twarzami na ulicach. Nie tym razem. Styczeń ma swoje przywileje.

Natrafiając ostatnio na "Śniadanie u Tiffany'ego", chyba na Channel 4 - ale nie jestem pewna - popadłam na chwilę w ten melancholijny, deszczowy nastrój. Każdy z nas toczy swoje wewnętrzne walki, o których wiemy tylko my sami, ale sztuką jest walczyc i wierzyc, że tę walkę można wygrac. A gdy uwierzymy, możecie byc pewni że wygrana jest w naszych rękach. Obiecuję Wam.

Ostatnio, po raz pierwszy wzięłam londyński tramwaj, wraz z A. i J. Nigdy na nie nie trafiałam, nigdy ich nie potrzebowałam, aż do teraz. Anulowano nam pociąg, pewien mężczyzna zbulwersowany nacisnął nawet guzik na stacji pociągów, by dowiedziec się co się stało. Pytając o wyjaśnienia, dlaczego pociąg nie przyjeżdza usłyszał, że rozmawia z funkcjonariuszem policji. Biedny Anglik, pomylił przyciski. Oh, dear! Docierając pociągami, autobusami i metrem do Beckenham Junction, poszłam na gorącą czekoladę w urokliwej, angielskiej kawiarni, słuchając: "I have nothing" W. Houston w tle.

A dzisiaj? Poprowadziłam wspaniałą lekcję o "Akademii Pana Kleksa". Klasa była zaangażowana w stu procentach, a ja usatysfakcjonowana ich wytrwałością i dokładnym przeczytaniem lektury. Po zajęciach, zajadając słodkie winogrona, jechałam na obiad do Hammersmith, by chwilę później trafic do szkoły tańca, na zajęcia z Nino. Nino, a właściwie Antonio, jest znakomitym choreografem pracującym w przeszłości przy produkcjach na osławionym, legendarnym Broadway'u (sic! gdybym wiedziała o tym 4 zajęcia wcześniej, bardziej bym się stresowała), a także przy musicalach na West Endzie.

Jest przy tym nieco nonszalancki, ale z dużą dozą humoru, akceptacji i pozytywnej energii dla swoich uczniów. Pamiętacie? Jedno z postanowień na ten rok, to regularne zajęcia w grupie general - zaczęłam w grudniu, kontynuuje nadal. Dzisiaj doszłam do wniosku, że jestem w stanie poprzez rok nabyc jakichs, akceptowalnych umiejętności w jazzie czy jego odmianach, biorąc lekcje od Nino. Dzisiaj mieliśmy lyrical jazz, który jest chyba jedną z trudniejszych technicznie i emocjonalnie odmian jazzu. Mimo, że klasa jest stricte ukierunkowana na Funky Street Jazz. Lyrical ma w sobie mnóstwo pięknych obrotów. Chaine, chaine, chaine!

Jazz jest obecnie moją największą pasją i trudno jest sobie wyobrazic jak skomplikowaną dziedziną sztuki jest profesjonalny taniec.
I jest to coś więcej, niż tylko choreografia. Taniec uczy dyscypliny, radości, optymizmu, pewności na scenie oraz akceptacji pomylek. Gdy któryś z tancerzy pomyli się, mówiąc do naszego nauczyciela: sorry, Antonio poprawia go mówiąc: Never say sorry, darling. Never apologize for your mistakes. I jest w tej małej sentencji ważny przekaz, bo jak wiele razy katujemy się za swoje błędy, będąc w końcu tylko ludźmi. A. powiedział również, aby nie śledzic ślepo choreografii, aby zmienic nieco chaine, aby tańczyc tak jak chcemy. Bo w końcu taniec to wolnośc, czyż nie? To emocje. Tak jak i życie. Bądźmy sobą i nikim innym, bo patrząc dookoła, zbyt wielu jest ludzi, którzy tak naprawdę przeżywają swe życie zamiast nim życ.

Wieczorem spacerowałam po Covent Garden, w swoim płaszczu koloru marengo i czułam, że znów czuje w sobie pasję. Mimo, że wciąż gram na fortepianiei zaczęłam nawet pod wpływem J. rozczytywac drugi koncert Rachmaninova, to wiem, że jazz jest czymś, na co zawsze znajdę w swoim życiu czas. I promise.

piątek, 9 stycznia 2015

How to improve your English?

Oto moje top 5:

Konwersacje - rozmowy po angielsku ułatwiają przełamanie tzw. bariery językowej. Będąc na miejscu, czyli np. w Anglii, dostęp do takich rozmów jest nieograniczony - domownicy, praca, znajomi. Jeśli mieszkamy jednak w ojczystym kraju, możemy otrzec pot z czoła, bo nie wszystko stracone! Nie trudno jest znaleźc liczne grupy, chciażby na fejsbuku, gdzie młodzi ludzie chętnie cwiczą swój angielski, umawiając się na konwersację na skajpie. Popularne są również międzynarodowe spotkania, np. w klubach, gdzie można porozmawiac z innymi po angielsku.

Radio - to znakomite źródło poszerzenia słownictwa czy też wsłuchiwania się w niemiłosiernie czystą wymowę, okraszoną sensualnym dla wielu, brytyjskim akcentem. BBC 4, to moja ulubiona stacja radiowa, na której poza typowym pasmem news'owym, do wysłuchania są dramy, wywiady oraz wiele innych.
Radio jest na wyciągnięcie ręki, toteż wystarczy tylko chciec. 

Książki - najlepszym sposem na naukę czegokolwiek, jest nauka poprzez przyjemnośc. Czytanie książek po angielsku zaczęłam kilka lat temu, przeplatając je literaturą polską, jednak w zeszłym roku ograniczyłam się tylko do książek po angielsku, co stało się niesamowicie pomocne. Wiele słów zasłyszanych w radiu, przypadkowo pojawiało się również w książkach i tak, wiele z nich utrwaliłam, wpisując je na stałe do swojego angielskiego zasobu słownictwa.

Przeczytałam m. in.: S. King - On writing 
Genialna książka dla wszystkich miłośników pisarstwa. Praktyczne wskazówki, jak rozwijac                         swoje rzemiosło artystyczne.
                   
L. Weisberger - The Devil wears Prada, czyli przezabawna, świetnie skonstruowana powieśc,                       która mimo swych ponad 500 stron wciąga, wywołując na ustach uśmiech. Czytałam kiedyś                         przekład w języku polskim, który był niesamowicie słaby, dlatego też polecam TYLKO po                         angielsku.
                 
L. Weisberger - Revenge wears Prada, czyli druga częsc autorki "Diabeł ubiera się u Prady".                         Książka równie obszerna, ale niestety nudna jak flaki z olejem. Mimo to przeczytałam, ze                             względu na naukę angielskiego.

Ch. Handler - Are you there Vodka? It's me, Chelsea - czyli książka, napisana przez                                   amerykańską dziennikarkę i komediantkę, prowadzącą show "Chelsea Lately"

J. K. Rowling - "Harry Potter..." - cz. 1. Zamierzałam przeczytac wszystkie części po                                   angielsku. Mimo, że należę do tego niewielkiego grona ludzi, którzy nie znoszą fantastyki. Po polsku? Nie przeczytałam ani jednej z częsci Harrego Pottera, a czytam bardzo dużo.

Po pierwszej części - zdezerterowałam. Język, jakim napisana jest książka, był dla mnie na tym etapie życia za łatwy.

Piosenki - słuchanie ulubionych piosenek, z napisami, to chyba najlepszy sposób uczenia się angielskiego. Pożyteczny i przyjemny. Zwłaszcza jeśli kochacie śpiewac. I nie przejmujcie się, jeśli Wasz głos nie należy do talentów kalibru Aguilery.

Wywiady - przyjemne z pożytecznym - kolejny raz. Wywiady z ulubionymi aktorami, pisarzami, muzykami. Mogę słuchac bez konca !

niedziela, 4 stycznia 2015

New Year's Resolutions

New Year's Resolutions to TRZY słowa, na dźwięk których większosc z nas odskakuje od monitora komputera, gorzko się wzdrygając. Nie wiem jak Wy, ale ja nigdy nie wypisywałam swoich wielkich postanowień na kartce, snując dalekosiężne, pełne splendoru wizje swojej przyprawionej sukcesem przyszłości.

Jedynym postanowieniem z zeszłego roku, było postanowienie, by gościł wokół mnie uśmiech i pozytywna energia. Mimo tego, że smagana byłam różnymi "ups and downs", postanowienia dotrzymałam.

W tym roku postanowiłam że... aha? Postanowiłam? Mniej entuzjastyczni czytelnicy zapewne prychnęli na powtórzone przeze mnie słowo, wiedząc że postanowienia rozmywają się niczym osad na dnie szklanicy z sokiem owocowym, ale ja nauczyłam się słuchac własnego instynktu i porównywac się jedynie do siebie.

Znalazłam znakomitą receptę na wdrożenie postanowień w życie, a nie tylko ich spisanie. Otóż częśc swoich postanowień, zaczęłam realizowac już we wrześniu. Bo jeśli cos nie wyjdzie, to przeciez to dopiero wrzesien, mam wiele prób. Tak więc czesc postanowien zaczęłam we wrzesniu, czesc w grudniu, i tak teraz staram się tylko podtrzymywac to, co już wczesniej zaczęłam robic.

Niedzielne popołudnie w Covent Garden to zawsze kapitalny pomysł. Spotkałam się z moją koleżanką z Niemiec. Ale zanim to, poszłam do Royal Opera House, aby sprawdzic jaką akurat "grają" operę. Okazało się, że wystawiany będzie "Czarodziejski Flet" W. A. Mozarta.

Aria Królowej Nocy to coś, co każdy klasyczny fanatyk chciałby usłyszec na żywo. Tak więc z planem zakupienia biletu, snułam się znajomymi uliczkami, mijając mężczyznę, pałającego się stand up comedy. Był znakomity, zabawny, genialny. Pytał ludzi: are you married or happy? Zgadzam się.

Jego rubasznosc bawiła tłum, a ja poszłam na gorącą czekoladę z bitą śmietaną. Po krótkiej pogawędce, udałam się w miejsce, gdzie spisałam swoje postanowienia, które głęboko wierzę, że osiągnę.

Nie wypisując wszystkich, a tylko ich częsc, chcę je uwiecznic na blogu, by moc kiedys sprawdzic ile z nich wypaliło.

1. Byc szczęśliwą, w myśl zasady: Szczęście to nie dar losu, szczęście to Twój wybór.
2. Taniec - jazz - kolejny poziom. Wyższy poziom. Po roku w grupie podstawowej, zaczęłam grupę general. W grudniu. I chcę to kontynuowac, choc do general chodzą zarówno ludzie którzy tańczą z pasji, jak i pasjonaci którzy zaczęli tańczyc w wieku lat 5. Grupa "general" jest niesamowicie trudna, dochodzą nowe obroty, skoki, piruety, szpagaty. Do szpagatu jeszcze mi daleko, mimo że sporo cwiczę, ale taniec to moja wielka pasja, a szkoła do której chodzę to marzenie wielu profesjonalnych tancerzy. Najbardziej znana szkoła tańca w Londynie, najlepsi choreografowie i tzw. trampolina do teatrów na West Endzie dla ludzi, którzy zajmują się tym dziecka. "Legenda" tej szkoły potrafi nieco stresowac, ale i dodaje wielkich skrzydeł.
3. Skończyc moją powiesc, którą zaczęłam w 2011 roku. Mam 300 stron, a przewidziałam 400. Chcę ją skończyc najpóźniej do końca marca.
4. Angielski - permanentna praca.
5. Nowa praca - chcę urozmaicic zycie.
6. Zdrowe odżywianie - ostatnio mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, która zastanawia się nad tym co je. Reszta ludzi wokół mnie (nie wszyscy), kompletnie o to nie dba, jedząc ready - made food.
Angielscy geniusze! Jesteście tym, co jecie.
7. Zrób każdego dnia jedną nową rzecz - spróbuj nowej herbaty, zrób coś nowego.
8. Everyday do one thing that scares you.