środa, 21 stycznia 2015

Klasyka

Słodko-kwaśno, czyli wzdrygając się na widok angielskiego jedzenia, wrzucam się w wir kulinarny. To, co czasem jedzą wyspiarze, smakuje gorzej niż chleb posmarowany naftą. Nie, nie próbowałam. Poniosła mnie wyobraźnia, wybaczcie. Kroję dwie papryki (żóltą i czerwoną), daleka od szybkości Ramsay'a, wrzucam je na patelnię, razem z cebulą i jednym ząbkiem czosnku. Smażę przez chwilę, po czym dodaję pomidory z puszki, słodką paprykę (w proszku), pokrojony w kostkę filet z kurczaka i kukurydzę z puszki. Jem lunch, następnie spotykam J.
Po dysputach z J. na temat tego, czemu G. Gould śpiewał w czasie grania, a S. Richter grając Etiudę cis-moll F. Chopina niemalże zniszczył fortepian, nareszcie jestem w swoim pokoju. Wolna. Muzyka klasyczna, coraz częściej prześlizguje się w moich rozmowach z J.
J. jest takim samym miłośnikiem klasyki, jakim kiedyś byłam i ja. I nadal jestem, ale już nie w takim samym stopniu, w jakim byłam. Bo i nie słucham Gaspard de la Nuit od rana do wieczora, tak jak kiedyś, porównując wykonania różnych pianistów, oglądając lekcje Pogorelicha kiedy pracował nad wspomnianym majstersztykiem Ravela, czy też śledząc palcami nuty, z marzeniem wirtuozowskiego ich wykonania. Pamiętam, jak kiedyś na zajęciach, rozmawiając z moim nauczycielem od fortepianu, wybieraliśmy sonatę. Pamiętam, że przeglądaliśmy nuty do sonat Beethovena i on, zawahał się nad opusem do jednej z nich. Pamiętam, że pomyślałam wtedy sobie: "Jak można zawahac się nad opusem, kiedy ja oddycham fragmentami utworów fortepianowych, znam tonacje i opusy na pstryknięcie palca". A teraz to rozumiem, bo po wielu latach fascynacji, kiedy nasłuchało się tych wszystkich etiud, ballad czy sonat, kiedy śledziło się wszystkie strony z zapartym tchem, włączając setny raz drugi temat w koncercie Griega, nagle... przechodzi się na inny etap muzyki. Jak w małżeństwie. Kończy się etap silnego zakochania, a przychodzi rutyna. Życie. I opusy mimo że dobrze znane, mimo że tak oczywiste, rozmywają się. Jest ich tak wiele, i tak wiele razy się powielały, że przestajemy przywiązywac do nich wagę. I kiedy J. włącza sonatę Liszta, rozkochuję się w opowiadaniu mu muzycznych anegdot, o tym jak Gould kochał rozmawiac przez telefon, jak Argerich opuściła konkurs chopinowski, ale gdy słyszę kolejny raz rozpoczynające takty sonaty Liszta, to piano, a następnie nagły wybuch forte, ściszam radio, bo sluchałam jej w życiu milion razy i milion pierwszy to już za dużo. Mimo, że ubóstwiam tę sonatę.
Studiujemy 2 Rachamaninova. Z uroczym J. Śmiejemy się z filmików, że Rachmaninov miał wielkie ręce. Przegrywam liryczne fragmenty Racha, zapętlając się w tym muzycznym limeryku, opowiadam mu jak rozróżnic utwory Bacha od tych Mozarta. Widzę, że połknął bakcyla. Po raz kolejny mówię, że mam nadzieję, że chimeryczna i genialna zarazem Martha Argerich nie odwoła koncertu w Royal Festival Hall, tak jak ma w zwyczaju. Ona chyba zwyczajnie nie lubi tego mokrego, szarego Londynu. A ja wręcz odwrotnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz