piątek, 16 stycznia 2015

Yes, my interview!

Wstałam o 6:50, słuchając głośnego tupania E. 
J. i A. krzyczeli z całych sił, jakby zamiast jedzenia, spożywali codziennie coś na miarę młodopolskich używek. Skąd w nich tyle energii? O 6:50? Ja też staram się przynajmniej udawac, że mi się chce, chociaż o tak rannej porze nie chce mi się nawet zejśc do kuchni. Chce mi się za to spac. 
N. je śniadanie już od dobrych 10 minut, a ja witam się wytartym frazesem pt. How are you doing, włączając rzężący, szaro-niebieski "kettle". "Can I make you a cup of tea?" - pyta młody blondynek, z wielkimi, niebieskimi oczyma i długimi rzęsami. "Oh, yes". "You will have many girlfriends in the future" - mówię, na co on krzyczy: "Annaaaaa!!!", po czym pyta: "Is it perfect?". Utwierdzam go w przekonaniu, że herbata, którą zrobił jest "perfect", a on drąży: "Is it better than the one you make?" A ja odpowiadam: "It's the same, J." 

Small- talk z N., który niczym rasowy dziennikarz wypytuje, czy zrobiłam dobry "research" na temat szkoły, do której wybieram się na interview. "Yes, I did" - odpowiadam, lecz on ripostuje w iście pełnym klasy, angielskim tonie: "So, what's the ethos then", a to "then" wypowiada z tą samą manierą, co J., przeciągając "e", jak gdyby mówił to: "thEEEEEn!". 
Życzy mi powodzenia, mówiąc "Good luck", a ja macham im ręką ("bye"), po czym biegnę zrobic owsiankę, ze zgniecionymi bananami, złotym syropem i nasionami chia. 
Wiedzieliście, że nasiona chia wydłużają życie i są jednymi z najzdrowszych nasion, jakie można dodac do posiłków? Ja, jak do tej pory nie wiedziałam, aż do pewnego razu, kiedy E. wpadla na pomysł, by dodawac je do swoich zdrowych soków. Nie wiem tylko, czy w jej przypadku to zadziała, bo mieszanka zdrowych nasion niewiele zdziała, w połączeniu z ready-made food. A ona, je gotowe dania every single day. 

Złapałam autobus, doładowałam "oysterkę", złapałam metro i dojechałam do wielkiej szkoły, w centralnym Londynie. Totalnie centralnym, gdzie wysokie budynki, robią wrazenie. Przywitałam sekretarkę, w tzw. "office" i czekałam na dyrektora szkoły, który spóźnił się ponad godzinę, ale wybaczyłam, na rzecz jego pozytywnego usposobienia. 

Interview, czyli rozmowa kwalifikacyjna, potrafi przyprawic o dreszcze nawet w ojczystym kraju, gdzie używa się swojego pierwszego języka. Interview w Londynie, gdzie oczekuje się od ciebie szybkiego odpowiadania na pytania, dobrego zaprezentowania i sensownych zdań, przyprawia o podwójne dreszcze. Mimo, że poniekąd niewiele mnie to obeszło, bo nie było one ani pierwszym ani ostatnim w moim życiu. 

To nieprawda, że w Londynie jest łatwiej znaleźc pracę, aniżeli przykładowo w Polsce, o co pytała mnie niedawna znajoma. Faktem jest, że Londyn jest wielkim miastem. Większe miasto, więcej miejsc pracy, ale też... większa konkurencja. Zależnie od dziedziny, jaka nas interesuje, różne są wymogi. Utrzymanie się w Londynie jest super drogie, super trudne. Zarobki, w porównaniu do tego, ile kosztuje wynajęcie mieszkania, kupienie jedzenia i biletów podróży, są niewielkie. Konkurencja dużo większa, a i Anglicy, zawsze będą o krok do przodu, mówiąc w swoim ojczystym języku. 

Ostatnimi czasy, jedna z moich koleżanek, stara się o pracę w szkole podstawowej. Ukończyła filologię angielską, więc ma uprawnienia do uczenia. Była jak dotąd na 3 interviews, bezskutecznie. Na pierwszym, miała 15 osób, aplikujących na pozycję "Teaching assistant". Trochę dużo nie? Zwłaszcza, że lwia częsc to byli ludzie z kilkuletnim doświadczeniem plus Anglicy. Nie wybrano jej, ze względu na akcent. Dziwne, ale prawdziwe. Niektórzy Anglicy czują się królami życia, są leniwi, nie uczą się innych języków, bo w końcu angielski jest uniwersalny. Od innych narodowości wymagają czasem bezbłędnej wymowy, będąc totalnymi ignorantami, bez wiedzy merytorycznej na temat tego, w jaki sposób taki akcent się osiąga. Na szczęscie nie wszyscy, bo wielu jest też otwartych ludzi, którzy wiele podróżowali, którzy chętnie korzystają z wiedzy osób, pochodzących z odmiennej kultury.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz