środa, 25 marca 2015

Argerich

Kochałam się w Młodej Polsce. Pisałam nawet pracę na temat obrazu kobiety fatalnej, na podstawie "Aszantki" Perzyńskiego, "Śniegu" Przybyszewskiego i "Moralności Pani Dulskiej" Zapolskiej. 
Pamiętam, że wiele osób chciało pracowac nad tym tematem, ale to ja miałam to szczęście, by móc napisac o tym pracę semestralną. 

Femme fatale. Dla mężczyzn to kobieta, która wzbudza zainteresowanie, dziewczęta natomiast chcą byc takie, jak ona. Pełne uwodzicielstwa, charyzmy i urody. 
Chłodna i ludzka zarazem. Uśmiechnięta, by chwilę późniec oziębic swoim chłodem. Młodopolska kobieta niszcząca. Nikt nie przeszedł wokół niej obojętnie.
Znam taką współcześnie żyjącą kobietę, przez niektórych określaną szumnym mianem "femme fatale". Mimo, że to nie do końca jej literacki odpowiednik. Tak, tak. Kobieta, która była dla mnie wzorem do naśladowania przez wiele lat i ktoś (nie w kwestii bycia "femme fatale", a w kwestii zdolności muzycznych), kogo gdy widzę w telewizji lub na youtube, porzucam wszystko by móc obserwowac jej grę. Inspiracja, na punkcie której miałam szmergla. Osoba, którą od dawna chciałam spotkac na żywo. Martha Argerich. 

Martha Argerich to wielkie w świecie pianistycznym nazwisko. Nazwisko, na wydźwięk którego pianiści truchleją, zachwycając się co niemiara. 
Jej młodośc pełna różnorodności. Piękna kobieta, która w wieku kilkunastu lat wygrała sławetny konkurs Busoniego, by zaprzestac swą pianistyczną przygodę, by chwilę później powrócic w wielkim stylu i wygrac Konkurs Chopinowski. Osoba, której jedynym problem jest to, że gra za szybko. 

Jeden z profesorów, od ktorego brałam kilka lat temu lekcje powiedział kiedyś, że w którymś z wywiadów Argerich przyznała, iż jedynym utworem który był dla niej trudny, był Trzeci Rachmaninova. 

Pianistka, uważana za żyjącą legendę. Przeogromny repertuar, wdzięk którego nikt jej nie odmówi oraz bujne życie prywatne. Argentyńska pianistka, która miała trzech mężów, z każdym z nich jedno dziecko. To bywalczyni Konkursu Chopinowskiego i jego skandalistka, gdy opuściła jury, obwieszczając że Pogorelich został niesłusznie wyeliminowany. 

Genialna kobieta, która urzeka swobodą gry, lirycznymi tematami, by chwilę później zmiesc fortepian kaskadą oktaw. Za nie więcej niż trzy tygodnie zobaczę ją na żywo. W Royal Festival Hall. U boku wybitnego Daniela Barenboima. Czy będę tak samo zahipnotyzowana jak na koncercie Lugańskiego? Nie będzie to nużąco monotonne. Będzie to z pewnością genialne wykonanie, ogniste forte i słodkie piano. Argerich, czekam!

piątek, 20 marca 2015

Be brave!!!!

Światła migocą na mokrych od deszczu ulicach. Nie słychac ani głośnych taksówek, ani głośnej, wydobywającej się z samochodów, muzyki. Londyn jest huczny, ale tylko w centrum. Dzielnice mieszkalne, zależy które, ale na ogół charakteryzują się spokojem. Aż trudno uwierzyc że mieszka się w tej wielkiej stolicy. W tym miesiącu, miesiącu moich urodzin, miną dwa lata i siedem miesięcy odkąd tu mieszkam. I zmieniło się bardzo wiele. Chociażby to, brzmiąc trywialnie, że przemalowałam włosy na rudo.

Ciągle należę do tej grupy ludzi, którzy nie cofają się na pomysły, a wchodzą w nie. Nie lubię ludzi, którzy negują nowe idee, marzenia, mówią że czegoś się nie da, żeby nie byc marzycielką, bo życie dalekie jest od marzycielstwa. Nie. Życie jest właśnie po to, by miec marzenia. I poza miłością i szczęściem, według mnie żyjemy po to, by się realizowac. By marzyc, nawet wybujale. I nie tłumaczmy się, że życie nie jest lekkie, bo wiem, że nie jest. Doświadczyłam nadto. Ale wciąż uwielbiam ludzi, którzy na pomysł wyjazdu, bez nikogo, do innego państwa mówią: "Tak. Jedź. Poznasz nowych ludzi. Wiele razy tak robiłam" zamiast "Jakie to wielkie miasto. Jak tam sobie poradzic?" Im więcej ludzi odważnych wokól Was, tym więcej Wy sami osiągacie, bo zamiast słyszec nie, słyszymy entuzjazm. I mamy mnóstwo radosci.

Wyjechałam i jestem. Wpadam w różne życiowe zawirowania, a mimo to, nie tracę wiary w dobro.
Nauczyłam się gotowac i to tak, jak nie przypuszczałam, że można. Nauczyłam się piec. Rozmawiac swobodnie po angielsku, słuchac angielskiego, oglądac i czytac po angielsku i miec z tego przyjemnosc.
Fortepian, choc wciąż towarzyszy, zamieniłam na taniec. Po raz kolejny oddałam czemuś duszę.
Mieszkanie w obcym kraju uczy samodzielności i niezależności. Nigdy nie będę się nikogo kurczowo trzymac, w trwodze że zabłądzę na wycieczce. W każdej w chwili mogą wsiąśc w samolot w dowolne miejsce i wiem, że sobie poradzę, że nie zacznę panikowac stojąc z walizką w ręku na wielkim lotnisku Heathrow.

Ekscytuje mnie Paryż, bo to nowe miejsce. Zawsze chciałam tam mieszkac, na mojej liscie marzen jest właśnie mieszkanie tam przez minimum 3 miesiące, ale teraz sądzę, że nawet regularne odwiedzanie Paryża mi to wynagrodzi. Jadę tam po raz pierwszy, sama. Z lotniska Heathrow, na zachodnim Londynie. O 7 rano. Piccadily line nie działa przed 5:00, więc dostanę się tam taksówką. Ponad godzina lotu i stanę na kolejnym, jednym z największych europejskich lotnisk, tym razem, na lotnisku paryskim/ Jak dotrzec do hotelu? Mam nadzieję, że szybko i bezpiecznie. Z makaronikami w dłoni, mijając paryskie bulwary.
Kiedys byłoby to wyzwanie, teraz, jest to codziennością. Takie podróżowanie samolotem. Jeśli macie wątpliwości, co do zmiany miejsca zamieszkania, bez wahania je zmieńcie. Uczenie się nowej komunikacji, ulic, tradycji (gdy mieszkacie w innym panstwie), to wspaniała przygoda, choc wymagajaca odwagi.

niedziela, 15 marca 2015

Take care of your body. You have only one.

Chimeryczna niedziela, utraciła całą swą słodycz, ze względu na typową dla Anglii pogodę. Ale nie dla mnie. Lubię Londyn, skąpany w szarości. Lubię kiedy jest chłodno, kiedy zatapiam się w płaszczu, a dym papierosowy ulatniający się z ust idących przede mną przechodniów, rozmywa się w angielskim, pogodowym ekscesie.
Do tej pory staram się ostudzic swoje stopy i nadal nie wiem, czy czuję właśnie wszystkie moje mięśnie przez to, że gnałam niczym Lewandowski na boisku, przeskakując co drugi schodek przy wyjściu z metra, czy dlatego, że te dwie godziny jazzu wymięły mnie jak ludzkie dłonie miętę.
Wszystko na abarot, a jednak tonalnie. Chociaż, posługując się terminologią z muzyki klasycznej, taką subdominantą neapolitańską dnia była chwila, kiedy po rozmowie z moimi współlokatorami zagadałam się na temat Paryża tak dużo, że wyszłam z domu dopiero przed 11. Dotarłam na przystanek, wysłałam sms-a, dowiadując się że następny autobus będzie za 6 minut, po czym machnęłam ręką na zbliżający się pojazd, dostrzegając że nie mam oyster card. Oh, darling. Such a disaster. Nieco lekkodusznie byłoby wejśc do środka, bez oysterki. Biletu w autobusie kupic nie można, a za brak biletu - 80 funtów kary. Obeszłam się smakiem, autobus odjechał, a ja byłam przekonana że kartę zostawiłam w domu, do czasu aż się znalazła. Oh, shit. Poszłam więc na inny przystanek z nadzieją szybkiego złapania P4. I tak zawracając machnął do mnie ręką jakiś starszy mężczyzna z młodą, około dwudziestoletnią dziewczyną (córką) u boku. Zapytał czy mogę wskazac mu drogę do galerii w mojej dzielnicy (Jessika, byłaś tam z Oskarem!) Powiedziałam, że mogę ich nawet zaprowadzic do przystanku, skąd wezmą autobus, bo akurat idę w tamtą stronę (czyżbym po to zobaczyłą odjeżdżający mi sprzed nosa autobus, by spotkac tych ludzi i wskazac im drogę?  Było przemiło). Okazało się, że są z Kanady. Byli niesamowicie pozytywni i tak, wskazałam im drogę, czekając na następny autobus. Okropne! Następny miał byc za 4 minuty, a była już 11:18. Jak mam dostac się do Covent Garden w 40 minut?
W autobusie utknęłam, staliśmy w korkach, non stop czerwone światło. Na szczęście wreszcie, około 11:30 dotarłam na stację, skąd wzięłam victorię line. Ale nim to. Żadnego rozwiązania na tonikę szóstego stopnia. Patrzę na ekran na stacji, a tam... widnieje wiadomosc, że kolejny pociąg bedzie za 5 minut. Pię mi-nut?????? To metro! Metro jest co minutę. Góra dwie. Pięc?????????????
Pociąg przyjechał. 11:38. Obliczam, że do Green Parku dostanę się w jakieś 7 minut, pozniej biegiem zmienię linię na piccadily, gdzie tylko dwa przystanki - Piccadily Circus i Leicester Square. Z super mocą przecisnę się przez setki ludzi na stacji i wyjdę w następne dwie minuty, a pozniej biegiem do Covent Garden i w dobrym locie powinnam tam byc w 4 minuty. I tak też, w szkole byłam o 12:02. Jeszcze nie zaczęli. Teraz już wiem, że muszę wstawac wcześniej. Albo pilnowac gdzie wkładam oyster. Konkluzja dnia numer jeden. Konkluzja numer dwa, zasłyszana na sali tanecznej: Be gentle with yourself. Take care of your body. You have only one. Niby banał, a tak często zapominamy by dbac o samych siebie, dbac o umysł i ciało. Dobrze się odżywiac, nie forsowac się i dawac sobie powody do radości.


sobota, 14 marca 2015

You buy it once!

Tancerze mają swój żargon. I swoje powiedzenia. Nie bez powodu mawiają: don't walk. Dance. Bo kiedy tancerz idzie korytarzem, to idzie w zupełnie inny sposób, niż ktoś, kto z tańcem nigdy nie miał styczności. Lata pracy przed lustrami, lata odkrywania różnych mięśni, o których nie miało się pojęcia, sposób poruszania ciała tak, jak nie myśleliśmy, że możemy nim poruszac. To robi wrażenie. https://www.youtube.com/watch?v=R34749rdTno&spfreload=10 W końcu od dziecka tańczą na scenie, patrzą w lustra na każdy swój ruch.

Ciągle jestem amatorką, a jednak amator amatorowi nierówny. Bo jako amatorka na tle genialnych profesjonalistów, nie jestem im równa pod względem techniki. Nie jestem tez, na szczęście, wielkim kontrastem. Jak na swoj warsztat, nad którym pracuję ledwo ponad rok, czuję się pewnie.

Choreograf chodzi między tancerzami, mówiąc: zrób releve. Jeszcze raz. Jesteś leniwa - stwierdził, do jednej z dziewczyn. Patrz na ręce. "Look in the mirror".

W nowej, wyższej grupie, uczę się nowej terminologii jazzowej, nowych skoków i obrotów. I z tego co ostatnio czytałam, nie często wykonywane jest tzw. jazzowe "layout", choc moim zdaniem to najpiękniejsza figura taneczna. Taka typowo, dla lirycznego jazzu. Kiedy nagle, odchylamy się plecami, prostując jedną nogę i wykonując rękami wielki ruch. https://www.youtube.com/watch?v=WHMV8bUTHxo&spfreload=10 - 0:53 - 0:56. Dobra rada - nie próbujcie tego w domu, jeśli nie chcecie się połamac. Głowa i plecy są tak daleko odchylone, że tylko dobrze rozciągnięci zawodowcy, są w stanie to wykonac.
Nasz choreograf stwierdził dziś, że nie jest typem słodkiego nauczyciela, a tego, który jasno wymienia błędy. Zawsze, gdy są w studiu nowi ludzi, przyjmuje on minę groźnego, broadway'owskiego choreografa, ale w gruncie rzeczy, przynajmniej jak dotychczas faktycznie poprawia błędy, ale jest przy tym niezwykle ciepłym człowiekiem. Czego on w życiu nie zwiedził i z kim nie pracował? Uczył nawet Rickiego Martina. Tym bardziej "czapki z głów", bo jest prawdziwym pasjonatem. A mi sprawia przyjemnosc sama przyglądanie się temu jak tanczą zawodowcy, choc jeszcze większą tanczenie samemu.

N. postawił mnie dzisiaj na samym przodzie. I o ile w grupach równych mojemu poziomowi zawsze tam staje, o tyle w grupie, gdzie otaczają mnie ludzie, którzy zaczeli tanczyc w wieku lat 5, wolę stac po środku, by móc "ściągnac" choreografie, w razie pogubienia kroków. W końcu grupa ta, w swej nazwie przypisana jest ludziom, którzy tancza minimum od 7 lat. Po kilka godzin dziennie. N. ma wielką wiarę w moje umiejętności, bardziej brawurową, niż ja sama. Realnie to oceniając, jestem na początku długiej drogi, do rozwijania się jako tancerka, o ile w ogóle mogę się nią nazwac. Choc nie było źle! Było genialnie.

Zamarzłam. Z rozwichrzonymi włosami i okularami przeciwsłonecznymi wyszłąm z domu, wystawiając nos w kierunku słońca. Popołudniu, z moich porannych atrybutów pozostały tylko rozwichrzone włosy i okulary, bo słońce wystawiło mi język. A ja, przyodziana w lekki, biały żakiet, marzłam, biegając między Wood Greenem, Covent Garden i Brixton.

E. zgubiła na basenie swój pierścionek zareczynowy. Powiedziałam: Well... Look at it a little bit differently. There is a good thing about it. Your husband can buy you another one. Again. Bigger and more expensive... I wtedy wszedł N. Cały N., który stwierdził tonem iście prawdziwego romantyka: Pierścionek zaręczynowy kupuje się tylko raz.

Ale jutro niedziela. Ta ciepła lub chłodna. Ta w Covent Garden lub Leicester Square, gdzie kupię przewodniki po Paryżu, do którego wyjeżdzam na pięc dni, by zrobic porządek w swoim życiu.

Bisous, bisous


piątek, 6 marca 2015

Eksperyment

Momentami czułam się (i wciąż czuję) jak w jakimś programie telewizyjnym. Tak, jakbym wrzuciła sama siebie, w jakiś mentalny eksperyment. W coś, co doświadcza się sporadycznie albo w ogóle. Na własne życzenie, na własne marzenie, budzę się każdego ranka w moim łóżku, gdzieś na południowym Londynie, słysząc kroki E., parzenie kawy przez N. i głosy J. i A.
Nagle, wrzucam się w życie z nowymi ludźmi, z nowymi zasadami i kulturą. Uczę się nowych potraw, innego języka, innego rozmieszczenia szafek, tego jak otwierac angielskie drzwiczki od tarasu, nowych uliczek, nowej komunikacji miejskiej, nowych dzielnic. Gubię się i ekscytuję zarazem. Hilary mnie uwielbia, a ja uwielbiam ją. Jest niezwykłą inspiracją, babcią J. i A. Kobietą, która mimo swoich 70 lat jest zawsze uśmiechnięta, żywiołowa i ma niesłychanie dobre wyczucie smaku. Wszystko co robię jest dla niej "lovely" albo "brilliant". Ciągle mnie chwali, ciągle mówi: well done. I robi to szczerze. Jak tu nie kochac Anglików?
Dostaję nową tożsamosc. Uczę się nowych zwrotów, nowych idiomów, nowych kolokwializmów. Mam inną wersję imienia. Odtąd w domu, mówią do mnie Ana.
W maju poznaję Agnieszkę. Spotykamy się przy Sherlocku, na Baker Street. Wskazuje jej Madame Tussauds, pokazując palcem, że tam, po prawej jest Royal Academy of Music. Na Marylebone. Chcemy isc razem na taniec - styl Michaela Jacksona, ale jakos się nie zgrywamy. Idę sama, na jazz, ale od tej pory jestem jej wdzieczna, że odkryła tę szkołę. Sama nie była tam ani razu, ja natomiast, nie opuszczam zadnych zajęc poza jednymi, gdy piekłam dla E. urodzinowy tort.
Mija kilka miesięcy, a może rok, a ja spaceruje chłodnym Covent Garden, mijając mężczyznę, rozdającego za darmo opakowania z suszonymi truskawkami. Przypomina mi to jesienne niedziele i mnie, z bawarką w ręku, gazetą i suszonymi truskawkami w szkole tańca. W jednym kawałku, mijam ten sam wytarty napis: "Codziennie zrób coś, co cię przeraża". Przechodzę na czerwonym świetle i zaczepia mnie para starszych ludzi. Kobieta pyta o ksiągarnię na Leicester Square, a ja wskazuję jej tę największą. Tę ulubioną. Mija kolejny weekend, a ja od poniedziałku odliczam dni do następnego. Nie jestem kulinarnym wirtuozem, ale gotowanie idzie mi nieźle. Poza łososiem w sosie żurawinowym, bawię się kanapkami. Raz z wędzonym lososiem, mozzarellą, szpinakiem i czerwoną cebulą, a innym razem z winogronem, camembertem, ryżowym syropem i żurawiną. Do tego kakao. We wtorek wpadam do szkoly tańca, na wyższą grupę. Jadę pociągiem do domu, czytając "Metro". Gdy nadchodzi kolejna sobota... Ja. W swoim ciemnożółtym płaszczu rzucam się w oczy, a jakiś Włoch mówi do mnie: I love your coat! I nie jest to jedna z tych mlaskających zaczepek, kiedy facet podrywa Cię jakimś tanim, podrasowanym błyskiem w oku tekstem. To było szczere. E. jedzie do Covent Garden, Beverly chrząta się w kuchni, a ja siedzę na górze, zjadając kurczaka z chutney. Później wychodzę z domu, spotykając Glenys, która wita się swoim: Hello Ana. Jestem w innej rzeczywistości, zmieniłam ją na własne życzenie. Zamiast: Dzień dobry słyszę Hello. Używam innego języka i jak o wiele więcej wiem dzięki temu. O ile więcej, mieszkając w obcym kraju stajemy się bogatsi życiowo czy w doświadczenia. Czas przyspieszył w tym tygodni, a jutro kolejna sobota. Kolejny Funky Street Jazz i kolejne wyzwanie. Uwielbiam zajęcia z Nino, bo są one takimi klasycznymi lekcjami tańca. Jak z filmów, gdzie muzyka wiruje w powietrzu, gdzie wszystko jest bardzo szybkie, gdzie nie ma czasu na zastanawianie się, gdzie jest milion kroków i zero czasu. Gdzie lustra na całej ścianie są zaparowane, gdzie muzyka głosno wdziera się do uszu, gdzie tancerze porównują się, kto machnie wyżej nogą. Kocham świat taneczny. To właśnie na tanecznej sali doszłam do większosci z najwazniejszych przemyslen, to tam nauczyłam się swiadomosci wlasnego ciała i przywrociłam wiarę w marzenia.

czwartek, 5 marca 2015

Living For Love

W ostatni weekend, mieliśmy jedną z najtrudniejszych dotychczas choreografii jazzowych. Jedną z tych, które pamięta się na długo. Uwielbiam tę swoją mentalną kolekcję układów, do których lubię wracac. 

Życie jest momentami trywialne. A my sami? Mamy swoje mniejsze lub większe sentymenty. Tańczenie do "Real", "Uptown Funk" czy "Shake It Off" ( https://www.youtube.com/watch?v=gMJXcgyQDqA - widzieliście?? ) było prawdziwą przyjemnością. Ze względu na nowe skoki, nowe kroki i dobrą zabawę. Szkoła tańca co tydzień ma nową playlistę, a w ostatnim tygodniu było to "Living For Love" Madonny. Tańczyłam do tej piosenki trzy różne choreografie, z trzema różnymi choreografami. I chyba najbardziej podobała mi się ta niedzielna choreografia. Stałam w pierwszym rzędzie i patrzyłam, razem ze wszystkimi ktorzy lubią stac pod lustrem na resztę osób, które łapały tylko częśc układu. I cieszyło mnie to, że po poltora roku zrobiłam takie postępy, że jestem w stanie wykonac wszystkie kroki, a jeszcze ponad rok temu byłam na tym samym miejscu co wszyscy nowi tancerze.
Powoli wdrażam się w grupę "general", powoli uczę się jazzu lirycznego, choc wiem, że nigdy nie wykonam go w 100 %, bo nie zrobię skoku w szpagacie czy siedmiu piruetów pod rząd. Nie dotknę też końcówką stopy głowy, opierając się o ścianę, bo moje plecy nie są tak rozciągnięte. Ale do szpagatu niewiele mi brakuje i kocham taniec. Tak mocno, jak kiedyś fortepian. A to coś więcej, niż tylko kroki. To koncentracja, bo gdy wyłączysz się na chwilę, zgubisz choreografię i staniesz jak wryta, podczas gdy inni będą tańczyc. Na szczęście mnie to nie grozi. Przynajmniej nie w grupach, na które chodzę regularnie. 
Piosenka Madonny jest idealna do jazzowej choreografii, a sama Madonna? Ikona popu, mimo że nie wyróżnia się wybitnym głosem, od lat jest na szczycie. To nie tylko piosenkarka, ale i kobieta biznesu. No i stało się. Na rozdaniu nagród, wykonując tę właśnie piosenkę, mimo wielu prób przewróciła się. Czy można wyobrazic sobie bardziej patową sytuację? Jeden z naszych choreografów (które osobiście poznał Madonnę) powiedział, że nie ważne ile prób podejmujemy, nie ważne kim jesteśmy, jak widac każdemu może przydarzyc się upadek. I nie liczy się to że spadamy, ale to, w jaki sposób się podnosimy. Upadek mógł wytrącic ją z równowagi, jednak ona podniosła się i kontynuowała jak gdyby nigdy nic. Jej twarz nie drgnęła. I tak samo w życiu, upasc możemy zawsze, ale to nie upadek się liczy bo na niego nie mamy wpływu, a to, czy wstaniemy z uśmiechem na twarzy, czy się poddamy. https://www.youtube.com/watch?v=u9h7Teiyvc8