Chimeryczna niedziela, utraciła całą swą słodycz, ze względu na typową dla Anglii pogodę. Ale nie dla mnie. Lubię Londyn, skąpany w szarości. Lubię kiedy jest chłodno, kiedy zatapiam się w płaszczu, a dym papierosowy ulatniający się z ust idących przede mną przechodniów, rozmywa się w angielskim, pogodowym ekscesie.
Do tej pory staram się ostudzic swoje stopy i nadal nie wiem, czy czuję właśnie wszystkie moje mięśnie przez to, że gnałam niczym Lewandowski na boisku, przeskakując co drugi schodek przy wyjściu z metra, czy dlatego, że te dwie godziny jazzu wymięły mnie jak ludzkie dłonie miętę.
Wszystko na abarot, a jednak tonalnie. Chociaż, posługując się terminologią z muzyki klasycznej, taką subdominantą neapolitańską dnia była chwila, kiedy po rozmowie z moimi współlokatorami zagadałam się na temat Paryża tak dużo, że wyszłam z domu dopiero przed 11. Dotarłam na przystanek, wysłałam sms-a, dowiadując się że następny autobus będzie za 6 minut, po czym machnęłam ręką na zbliżający się pojazd, dostrzegając że nie mam oyster card. Oh, darling. Such a disaster. Nieco lekkodusznie byłoby wejśc do środka, bez oysterki. Biletu w autobusie kupic nie można, a za brak biletu - 80 funtów kary. Obeszłam się smakiem, autobus odjechał, a ja byłam przekonana że kartę zostawiłam w domu, do czasu aż się znalazła. Oh, shit. Poszłam więc na inny przystanek z nadzieją szybkiego złapania P4. I tak zawracając machnął do mnie ręką jakiś starszy mężczyzna z młodą, około dwudziestoletnią dziewczyną (córką) u boku. Zapytał czy mogę wskazac mu drogę do galerii w mojej dzielnicy (Jessika, byłaś tam z Oskarem!) Powiedziałam, że mogę ich nawet zaprowadzic do przystanku, skąd wezmą autobus, bo akurat idę w tamtą stronę (czyżbym po to zobaczyłą odjeżdżający mi sprzed nosa autobus, by spotkac tych ludzi i wskazac im drogę? Było przemiło). Okazało się, że są z Kanady. Byli niesamowicie pozytywni i tak, wskazałam im drogę, czekając na następny autobus. Okropne! Następny miał byc za 4 minuty, a była już 11:18. Jak mam dostac się do Covent Garden w 40 minut?
W autobusie utknęłam, staliśmy w korkach, non stop czerwone światło. Na szczęście wreszcie, około 11:30 dotarłam na stację, skąd wzięłam victorię line. Ale nim to. Żadnego rozwiązania na tonikę szóstego stopnia. Patrzę na ekran na stacji, a tam... widnieje wiadomosc, że kolejny pociąg bedzie za 5 minut. Pię mi-nut?????? To metro! Metro jest co minutę. Góra dwie. Pięc?????????????
Pociąg przyjechał. 11:38. Obliczam, że do Green Parku dostanę się w jakieś 7 minut, pozniej biegiem zmienię linię na piccadily, gdzie tylko dwa przystanki - Piccadily Circus i Leicester Square. Z super mocą przecisnę się przez setki ludzi na stacji i wyjdę w następne dwie minuty, a pozniej biegiem do Covent Garden i w dobrym locie powinnam tam byc w 4 minuty. I tak też, w szkole byłam o 12:02. Jeszcze nie zaczęli. Teraz już wiem, że muszę wstawac wcześniej. Albo pilnowac gdzie wkładam oyster. Konkluzja dnia numer jeden. Konkluzja numer dwa, zasłyszana na sali tanecznej: Be gentle with yourself. Take care of your body. You have only one. Niby banał, a tak często zapominamy by dbac o samych siebie, dbac o umysł i ciało. Dobrze się odżywiac, nie forsowac się i dawac sobie powody do radości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz