niedziela, 15 marca 2015

Take care of your body. You have only one.

Chimeryczna niedziela, utraciła całą swą słodycz, ze względu na typową dla Anglii pogodę. Ale nie dla mnie. Lubię Londyn, skąpany w szarości. Lubię kiedy jest chłodno, kiedy zatapiam się w płaszczu, a dym papierosowy ulatniający się z ust idących przede mną przechodniów, rozmywa się w angielskim, pogodowym ekscesie.
Do tej pory staram się ostudzic swoje stopy i nadal nie wiem, czy czuję właśnie wszystkie moje mięśnie przez to, że gnałam niczym Lewandowski na boisku, przeskakując co drugi schodek przy wyjściu z metra, czy dlatego, że te dwie godziny jazzu wymięły mnie jak ludzkie dłonie miętę.
Wszystko na abarot, a jednak tonalnie. Chociaż, posługując się terminologią z muzyki klasycznej, taką subdominantą neapolitańską dnia była chwila, kiedy po rozmowie z moimi współlokatorami zagadałam się na temat Paryża tak dużo, że wyszłam z domu dopiero przed 11. Dotarłam na przystanek, wysłałam sms-a, dowiadując się że następny autobus będzie za 6 minut, po czym machnęłam ręką na zbliżający się pojazd, dostrzegając że nie mam oyster card. Oh, darling. Such a disaster. Nieco lekkodusznie byłoby wejśc do środka, bez oysterki. Biletu w autobusie kupic nie można, a za brak biletu - 80 funtów kary. Obeszłam się smakiem, autobus odjechał, a ja byłam przekonana że kartę zostawiłam w domu, do czasu aż się znalazła. Oh, shit. Poszłam więc na inny przystanek z nadzieją szybkiego złapania P4. I tak zawracając machnął do mnie ręką jakiś starszy mężczyzna z młodą, około dwudziestoletnią dziewczyną (córką) u boku. Zapytał czy mogę wskazac mu drogę do galerii w mojej dzielnicy (Jessika, byłaś tam z Oskarem!) Powiedziałam, że mogę ich nawet zaprowadzic do przystanku, skąd wezmą autobus, bo akurat idę w tamtą stronę (czyżbym po to zobaczyłą odjeżdżający mi sprzed nosa autobus, by spotkac tych ludzi i wskazac im drogę?  Było przemiło). Okazało się, że są z Kanady. Byli niesamowicie pozytywni i tak, wskazałam im drogę, czekając na następny autobus. Okropne! Następny miał byc za 4 minuty, a była już 11:18. Jak mam dostac się do Covent Garden w 40 minut?
W autobusie utknęłam, staliśmy w korkach, non stop czerwone światło. Na szczęście wreszcie, około 11:30 dotarłam na stację, skąd wzięłam victorię line. Ale nim to. Żadnego rozwiązania na tonikę szóstego stopnia. Patrzę na ekran na stacji, a tam... widnieje wiadomosc, że kolejny pociąg bedzie za 5 minut. Pię mi-nut?????? To metro! Metro jest co minutę. Góra dwie. Pięc?????????????
Pociąg przyjechał. 11:38. Obliczam, że do Green Parku dostanę się w jakieś 7 minut, pozniej biegiem zmienię linię na piccadily, gdzie tylko dwa przystanki - Piccadily Circus i Leicester Square. Z super mocą przecisnę się przez setki ludzi na stacji i wyjdę w następne dwie minuty, a pozniej biegiem do Covent Garden i w dobrym locie powinnam tam byc w 4 minuty. I tak też, w szkole byłam o 12:02. Jeszcze nie zaczęli. Teraz już wiem, że muszę wstawac wcześniej. Albo pilnowac gdzie wkładam oyster. Konkluzja dnia numer jeden. Konkluzja numer dwa, zasłyszana na sali tanecznej: Be gentle with yourself. Take care of your body. You have only one. Niby banał, a tak często zapominamy by dbac o samych siebie, dbac o umysł i ciało. Dobrze się odżywiac, nie forsowac się i dawac sobie powody do radości.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz