piątek, 6 marca 2015

Eksperyment

Momentami czułam się (i wciąż czuję) jak w jakimś programie telewizyjnym. Tak, jakbym wrzuciła sama siebie, w jakiś mentalny eksperyment. W coś, co doświadcza się sporadycznie albo w ogóle. Na własne życzenie, na własne marzenie, budzę się każdego ranka w moim łóżku, gdzieś na południowym Londynie, słysząc kroki E., parzenie kawy przez N. i głosy J. i A.
Nagle, wrzucam się w życie z nowymi ludźmi, z nowymi zasadami i kulturą. Uczę się nowych potraw, innego języka, innego rozmieszczenia szafek, tego jak otwierac angielskie drzwiczki od tarasu, nowych uliczek, nowej komunikacji miejskiej, nowych dzielnic. Gubię się i ekscytuję zarazem. Hilary mnie uwielbia, a ja uwielbiam ją. Jest niezwykłą inspiracją, babcią J. i A. Kobietą, która mimo swoich 70 lat jest zawsze uśmiechnięta, żywiołowa i ma niesłychanie dobre wyczucie smaku. Wszystko co robię jest dla niej "lovely" albo "brilliant". Ciągle mnie chwali, ciągle mówi: well done. I robi to szczerze. Jak tu nie kochac Anglików?
Dostaję nową tożsamosc. Uczę się nowych zwrotów, nowych idiomów, nowych kolokwializmów. Mam inną wersję imienia. Odtąd w domu, mówią do mnie Ana.
W maju poznaję Agnieszkę. Spotykamy się przy Sherlocku, na Baker Street. Wskazuje jej Madame Tussauds, pokazując palcem, że tam, po prawej jest Royal Academy of Music. Na Marylebone. Chcemy isc razem na taniec - styl Michaela Jacksona, ale jakos się nie zgrywamy. Idę sama, na jazz, ale od tej pory jestem jej wdzieczna, że odkryła tę szkołę. Sama nie była tam ani razu, ja natomiast, nie opuszczam zadnych zajęc poza jednymi, gdy piekłam dla E. urodzinowy tort.
Mija kilka miesięcy, a może rok, a ja spaceruje chłodnym Covent Garden, mijając mężczyznę, rozdającego za darmo opakowania z suszonymi truskawkami. Przypomina mi to jesienne niedziele i mnie, z bawarką w ręku, gazetą i suszonymi truskawkami w szkole tańca. W jednym kawałku, mijam ten sam wytarty napis: "Codziennie zrób coś, co cię przeraża". Przechodzę na czerwonym świetle i zaczepia mnie para starszych ludzi. Kobieta pyta o ksiągarnię na Leicester Square, a ja wskazuję jej tę największą. Tę ulubioną. Mija kolejny weekend, a ja od poniedziałku odliczam dni do następnego. Nie jestem kulinarnym wirtuozem, ale gotowanie idzie mi nieźle. Poza łososiem w sosie żurawinowym, bawię się kanapkami. Raz z wędzonym lososiem, mozzarellą, szpinakiem i czerwoną cebulą, a innym razem z winogronem, camembertem, ryżowym syropem i żurawiną. Do tego kakao. We wtorek wpadam do szkoly tańca, na wyższą grupę. Jadę pociągiem do domu, czytając "Metro". Gdy nadchodzi kolejna sobota... Ja. W swoim ciemnożółtym płaszczu rzucam się w oczy, a jakiś Włoch mówi do mnie: I love your coat! I nie jest to jedna z tych mlaskających zaczepek, kiedy facet podrywa Cię jakimś tanim, podrasowanym błyskiem w oku tekstem. To było szczere. E. jedzie do Covent Garden, Beverly chrząta się w kuchni, a ja siedzę na górze, zjadając kurczaka z chutney. Później wychodzę z domu, spotykając Glenys, która wita się swoim: Hello Ana. Jestem w innej rzeczywistości, zmieniłam ją na własne życzenie. Zamiast: Dzień dobry słyszę Hello. Używam innego języka i jak o wiele więcej wiem dzięki temu. O ile więcej, mieszkając w obcym kraju stajemy się bogatsi życiowo czy w doświadczenia. Czas przyspieszył w tym tygodni, a jutro kolejna sobota. Kolejny Funky Street Jazz i kolejne wyzwanie. Uwielbiam zajęcia z Nino, bo są one takimi klasycznymi lekcjami tańca. Jak z filmów, gdzie muzyka wiruje w powietrzu, gdzie wszystko jest bardzo szybkie, gdzie nie ma czasu na zastanawianie się, gdzie jest milion kroków i zero czasu. Gdzie lustra na całej ścianie są zaparowane, gdzie muzyka głosno wdziera się do uszu, gdzie tancerze porównują się, kto machnie wyżej nogą. Kocham świat taneczny. To właśnie na tanecznej sali doszłam do większosci z najwazniejszych przemyslen, to tam nauczyłam się swiadomosci wlasnego ciała i przywrociłam wiarę w marzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz