sobota, 14 marca 2015

You buy it once!

Tancerze mają swój żargon. I swoje powiedzenia. Nie bez powodu mawiają: don't walk. Dance. Bo kiedy tancerz idzie korytarzem, to idzie w zupełnie inny sposób, niż ktoś, kto z tańcem nigdy nie miał styczności. Lata pracy przed lustrami, lata odkrywania różnych mięśni, o których nie miało się pojęcia, sposób poruszania ciała tak, jak nie myśleliśmy, że możemy nim poruszac. To robi wrażenie. https://www.youtube.com/watch?v=R34749rdTno&spfreload=10 W końcu od dziecka tańczą na scenie, patrzą w lustra na każdy swój ruch.

Ciągle jestem amatorką, a jednak amator amatorowi nierówny. Bo jako amatorka na tle genialnych profesjonalistów, nie jestem im równa pod względem techniki. Nie jestem tez, na szczęście, wielkim kontrastem. Jak na swoj warsztat, nad którym pracuję ledwo ponad rok, czuję się pewnie.

Choreograf chodzi między tancerzami, mówiąc: zrób releve. Jeszcze raz. Jesteś leniwa - stwierdził, do jednej z dziewczyn. Patrz na ręce. "Look in the mirror".

W nowej, wyższej grupie, uczę się nowej terminologii jazzowej, nowych skoków i obrotów. I z tego co ostatnio czytałam, nie często wykonywane jest tzw. jazzowe "layout", choc moim zdaniem to najpiękniejsza figura taneczna. Taka typowo, dla lirycznego jazzu. Kiedy nagle, odchylamy się plecami, prostując jedną nogę i wykonując rękami wielki ruch. https://www.youtube.com/watch?v=WHMV8bUTHxo&spfreload=10 - 0:53 - 0:56. Dobra rada - nie próbujcie tego w domu, jeśli nie chcecie się połamac. Głowa i plecy są tak daleko odchylone, że tylko dobrze rozciągnięci zawodowcy, są w stanie to wykonac.
Nasz choreograf stwierdził dziś, że nie jest typem słodkiego nauczyciela, a tego, który jasno wymienia błędy. Zawsze, gdy są w studiu nowi ludzi, przyjmuje on minę groźnego, broadway'owskiego choreografa, ale w gruncie rzeczy, przynajmniej jak dotychczas faktycznie poprawia błędy, ale jest przy tym niezwykle ciepłym człowiekiem. Czego on w życiu nie zwiedził i z kim nie pracował? Uczył nawet Rickiego Martina. Tym bardziej "czapki z głów", bo jest prawdziwym pasjonatem. A mi sprawia przyjemnosc sama przyglądanie się temu jak tanczą zawodowcy, choc jeszcze większą tanczenie samemu.

N. postawił mnie dzisiaj na samym przodzie. I o ile w grupach równych mojemu poziomowi zawsze tam staje, o tyle w grupie, gdzie otaczają mnie ludzie, którzy zaczeli tanczyc w wieku lat 5, wolę stac po środku, by móc "ściągnac" choreografie, w razie pogubienia kroków. W końcu grupa ta, w swej nazwie przypisana jest ludziom, którzy tancza minimum od 7 lat. Po kilka godzin dziennie. N. ma wielką wiarę w moje umiejętności, bardziej brawurową, niż ja sama. Realnie to oceniając, jestem na początku długiej drogi, do rozwijania się jako tancerka, o ile w ogóle mogę się nią nazwac. Choc nie było źle! Było genialnie.

Zamarzłam. Z rozwichrzonymi włosami i okularami przeciwsłonecznymi wyszłąm z domu, wystawiając nos w kierunku słońca. Popołudniu, z moich porannych atrybutów pozostały tylko rozwichrzone włosy i okulary, bo słońce wystawiło mi język. A ja, przyodziana w lekki, biały żakiet, marzłam, biegając między Wood Greenem, Covent Garden i Brixton.

E. zgubiła na basenie swój pierścionek zareczynowy. Powiedziałam: Well... Look at it a little bit differently. There is a good thing about it. Your husband can buy you another one. Again. Bigger and more expensive... I wtedy wszedł N. Cały N., który stwierdził tonem iście prawdziwego romantyka: Pierścionek zaręczynowy kupuje się tylko raz.

Ale jutro niedziela. Ta ciepła lub chłodna. Ta w Covent Garden lub Leicester Square, gdzie kupię przewodniki po Paryżu, do którego wyjeżdzam na pięc dni, by zrobic porządek w swoim życiu.

Bisous, bisous


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz