czwartek, 28 maja 2015

Balet

Zaczytywałam się w powieściach. Tych młodopolskich, tych romantycznych, w tych dramatach rodem ze starożytności, gubiąc się w tych literackich meandrach. W magicznym zeszycie, który towarzyszy mi od ośmiu lat, zapisywałam i nadal zapisuję piękne, mdłe, podnoszące na duchu cytaty (mimo że od czasu wyjazdu do Londynu czytam tylko po angielsku. I muszę przyznac, że literatura polska jest dla mnie piękniejsza).
Przeglądając zatem ten czerwony notes, pokornie przyjmując naganę iż nie zaglądałam do niego od dawna, natrafiłam na cytat, który nie jest podpisany nazwiskiem autora i znajduje się w kategorii cytatów muzycznych. A w tej kategorii rozpisywałam się, tworząc pracę o artystach romantycznych i ich twórczości epistolarnej na zajęciach z historii literatury na drugim roku z romantyzmu.
Porównywałam wtedy listy Mickiewicza i listy Chopina. Cytat ten należał albo do samego geniusza muzycznego, albo do autora opracowania na temat tego pianisty.
A brzmi on tak:
"(...) wynieś swe namiętności na światło dzienne, aby cię nie pożarły"

Drugi natomiast: "My razem (...) to przepajanie się wzajemne akordów myśli i uczuc (...) Takie sursum corda - takie sanctus sanctus dusz (...) dwójjednosc...".

Czyż nie brzmią one jak wyjęte spod pióra kogoś, kto z łatwością nim włada?
Namiętności, to pasje. Zanim nas pożrą od środka, może lepiej pozwolic im płynąc w rytmie powietrza, uwolnic się i uwolnic nas. By nie pożarły nas jakieś niespełnienia?
Cieszę się, że mogłam odnalezc nową pasję w życiu. Że mogę się czymś od nowa pasjonowac, że tak wiele jest przede mną do odkrycia, tak wiele do cwiczenia, tak wiele do obejrzenia, nauczenia się terminologii, techniki, przeczytania biografii czy książek na te temat.
Kocham taniec. Wreszcie rozróżniam te wszystkie francuskie słówka: chaine, plie i inne. Wiem, jak wykonac arabeskę. Ciało w figurach tanecznych wygląda przepięknie. Ale aby byc dobrym tancerzem/tancerką,
niezależnie od stylu jaki nas interesuje, czy hip hop, czy jazz, czy taniec współczesny, czy różne odmiany jazzu i hip hopu, każdy tancerz ma doświadczenie baletowe. I to balet klasyczny to podstawa jazzu, hip hopu i wszystkich innych tańców. To balet uczy tych lekkich i zwinnych obrotów zwanych "chaine", tych pełnych gracji piruetów i właściwego ustawienia nóg.
Muszę przyznac, że poziom w mojej szkole jest bardzo wysoki. Ludzie biorą naprawdę mnóstwo godzin tygodniowo, ja znajduję czas w tygodniu i zawsze w weekendy. Gdy mam czas, potrafię spędzic 4 godziny w sobotę, cwicząc jazz. Od niedawna, dla uzupełnienia umiejętności jazzowych, chodzę na zajęcia z tańca klasycznego i muszę przyznac, że te wszystkie figury naprawdę męczą stopy i po godzinie wymachiwania w różne strony, pamietania i rozróżniania 5 pozycji baletowych, ułożenia rąk jest się wykończonym. Wokól baletu jest mnóstwo stereotypów, balet sprawia wrażenie czegoś lekkiego, prostego ale w rzeczywistości jest nieziemsko trudny fizycznie. Żałuję że mam tylko 1 godzinę tygodniowo na te zajęcia (z tak świetnym jak i wrednym nauczycielem Kevinem :P ), bo stanowi to świetne uzupełnienie mojego jazzu.
Stojąc przy drążku wykonuje się różne cwiczenia w specjalnej kolejności. Zaczynając od wszechobecnego "plie", poprzez "battements tendus" czy "battements frappe". Jak widac terminologii jest mnóstwo, jednak ma się poczucie świetnego rozwijania się.
Przy skokach ze zmianą pozycji nóg najpierw z przodu, potem z tyłu, Kevin tłumaczył, że mimo iż podskoki wymagają ciążaru ciała, to należy opadac na pokładą bezszelestnie. Ma to sprawiac wrażenie lekkości.
Po wytłumaczeniu zasad zapytał nas: Did you get it?
A po niewymownej ciszy odpowiedział sam sobie, ze swoim iście figlarskim humorem: "Yes boss. You describbed it very well".
Po skokach skomentował, patrząc na swoją starą znajomą w pierwszym rzędzie: "So... everyone was jumping quietly. Except Tessa!!!!" Po chwili mówiąc: "So... what did you learn today?"
Tessa: "Never be in the front".
Uwielbiam wtorkowe wieczory i zajęcia z Kevinem. I szczerze chciałabym kupic bilet do opery narodowej na któryś ze słynnych baletów. Póki co, dostałam bilet na operę Don Giovanni W. A. Mozarta. Mimo, że w domu, dzień w dzień słucham baletu Czajkowskiego. Ze względu na moje zamiłowanie do muzyki klasycznej i interpretacji orkiestry, jak i analizy skoków baletowych, bo umiem je już nazywac.

piątek, 15 maja 2015

Lyrical cz. I (cz. II poniżej)

Kiedy genialna Martha Argerich - najwybitniejsza współczesna pianistka - schodziła ze sceny Royal Festival Hall, na jej ustach gościł ten słynny z różnych nagrań uśmiech.
Wszyscy znają uśmiech Mony Lisy, ale w świecie muzyki klasycznej istnieje jeszcze uśmiech Marthy Argerich.
Mimo, że jest legendą, mimo że mówi się iż jest chimeryczna, to w moim odczuciu wydaje się niezwykle pogodną i ciepłą osobą. W jej zachowaniu nie było ani cienia wielkości, jaką sobą reprezentuje. Może dlatego, że nigdy nie walczyła aż tak mocno o to, by byc najlepszą. Ot, tak... zwyczajnie, urodziła się by triumfowac i urzekac swoim pianistycznym talentem. I mimo, że wkłada w to piekielną ilosc pracy, to jej naturalne warunki umożliwiły jej ten przeogromny sukces.
Argerich to pianistyczny gigant, kobieta która z lekkością gra Gaspard de la Nuit Ravela, z precyzją wygrywa wszystkie dźwięki w Sonacie-toccacie Scarlattiego, by chwilę później zmiesc wszystkich z miejsc swoim barwnym forte w Koncercie Czajkowskiego.
Zawsze miałam przekonanie, że ludzie którzy mają pasję, są szczęściarzami. A jeśli dodatkowo mają w tej pasji sukcesy, tak jak Martha, to to ich szczęście jest podwójne.
Mawia się też, że szczęście mają Ci, których praca jest zarazem ich pasją. Bo niby nigdy nie muszą pracowac. I mimo, że zapewne tacy ludzie pracują dużo więcej niż ci przeciętni , to ta miłosc do jakiegos zawodu, wynagradza im godziny wyrzeczen.
Wszystkie zawody, które iskrzą wielką pasją, to zawody które należy wykonywac od dziecka. Wymagają one wiele pracy. Fortepian, to ciągłe cwiczenie. Gam, pasaży, oktaw, trudności technicznych. Zajęcia wieczorami, kształcenie słuchu, harmonia, historia muzyki, formy muzyczne, chór.
Od zawsze miałam w swoim sercu fortepian, ale... jak to się mawia po angielsku: "I take it for granted".
Wiedziałam i chciałam cwiczyc, ale stanowiło to tak nieodłączną częsc mnie, że te godziny przed fortepianem lub godziny, kiedy słuchałam kilkudziesięciu utworów z danej epoki, z których miałam test po kilku tygodniach, były czyms naturalnym. Mimo wysiłku, odrabiania lekcji do pólnocy, nie myślałam że mogę zyc inaczej, że to co umiem, czyli analizowanie harmoniczne fragmentów utworu, umiejętnosc grania oktaw, tryli, znajomosc terminologii muzycznej jest czyms, czym powinnam się chwalic. To byla czesc mnie. Cos co towarzyszyło mi od dziecka. Oczywisty element mojego życia. Naturalna częsc dnia. Nie doceniałam tej umiejętnosci, raczej traktowałam jako cos, co mam od zawsze.
 Muzyka klasyczna. Rozległa dziedzina, nad którą pracuje się latami, która niesie za sobą radosc i rozczarowanie.
Cała ta moja wiedza, to było coś oczywistego. Chętnie rozmawiałam na temat muzyki klasycznej, pasjonowałam się porównywaniem pianistów, słuchaniem różnych wykonań tego samego utworu, czytaniem biografii muzyków, ale mimo, że wiedziałam że jest to mój wyróżnik i dodatkowy atut, nie celebrowałam szczęścia, że miałam okazję w młodym wieku zając się muzyką i miec umiejętnosc, której nikt nie zdobędzie w rok. Oczywiście byłam z siebie dumna, byłam dumna, że mogę zajmowac się tak piękną pasją, a także świadoma tego, że mam o jedną umiejętnosc więcej niż niektórzy moi rówieśnicy, jednak to było tak nieodłączną częścią mnie, że niepostrzegałam tego jako coś aż tak niepowtarzalnego. Aż do momentu, kiedy zaczęłam, z równie wielką pasją, zajmowac się tańcem jazzowym. I zobaczyłam wtedy, jak wiele terminologii muszę opanowac, jak wiele elementów technicznych jest do wypracowania, jak wiele pracy muszę włożyc, by móc przychodzic na te zajęcia.
Zaczynając od regularnych klas, robiłam szybkie postępy, z coraz większą przyjemnoscią cwicząc nowe skoki, obroty i choreografie. Obserwowałam wyższe, trudniejsze grupy i tych profesjonalnych tancerzy i myślałam o tym, że tez chciałabym byc w tej grupie. Też chciałabym tak dobrze jak oni się bawic, a jednoczesnie miec umiejętnosc tego płynnego poruszania się, łapania niezwykle trudnej choreografii na którą mamy 15 minut. Chciałam równie naturalnie miec wladzę nad swoim ciałem, poruszac się jak prawdziwi tancerze, miec tę samą płynnosc ruchu i tę samą siłę, by utrzymac się na jednej ręce. Ale to nie jest coś, co można opanowac w rok. Profesjonalni tancerze, tak jak pianiści, zaczynają przygodę ze swoją dziedziną w wieku 3-6 lat. Rozpoczynają od baletu, który jest podstawą dla każdego tańca, nawet hip hopu. Uczą się kordynacji, utrzymywania balansu, wysiłku fizycznego i odporności psychicznej.
Tyle, że to moje marzenie o tańcu, które miałam od kilkunastu lat coraz silniej pchało mnie do tej grupy. Grupy profesjonalnych tancerzy. Chciałam tam byc. Chciałam się uczyc. Chciałam poznawac nowe układy. I tę chęc był silniejsza od wszystkiego, więc w grudniu, zaczęłam chodzic na średnio-zaawansowaną grupę. I właśnie wtedy, jeszcze mocniej zobaczyłam, jak wielkie szczęście miałam mogąc rozpocząc swą przygodę z muzyką klasyczną w wieku 7 lat. Bo nagle, stając na sali tańca, otoczona profesjonalnymi tancerzami, rozgrzewającymi się barierkach, robiącymi popisowo potrójne piruety, wyginającymi się tak, jak tylko można sobie wyobrazic, czy siedzącymi po prostu w szpagatach, a przy tym słuchajac francuskich słów określających różne kroki, rozpoczęłam swoją drugą pasję i dostrzegłam jak wiele nauki mam przed sobą. Jak wiele nauki mam przed sobą, ale czując jednocześnie, że jest jeszcze jedna dziedzina, w której mam tak samo dużą wiedzę, jak tancerze w swojej. I mimo trudnych kroków, powtarzałam sobie: Dasz radę, to nie jest Trzeci Rachmaninova.

Lyrical cz. II

Będąc na sali, w trudniejszej grupie, choreografia była pokazywana tylko kilka razy, a po niej od razu tańczyliśmy. Mało tego, nikt nie mówil: A teraz skocz dwa razy, obroc się i wyciągniej rękę. To były klarowne instrukcje: chaine, następnie podwójny piruet, arabeska i layout.
I wtedy myślałam: genialnie. Czym jest chaine? A nawet gdy wiedziałam już jak wygląda layout, to wplecione w inne kroki, w szybkim tempie nie było takie proste do wykonania.
Jednak mawia się: kropla wody drąży skałę nie swą siłą, ale uporczywością. Widząc jak co jakis czas, nowi ludzie przychodzili do tej grupy, a po rozgrzewce lub w trakcie tańca ukradkiem opuszczali salę, bo nie byli w stanie złapac choreografii (kręcąc się w kółko lub przystając, podczas gdy grupa w równym tempie tańczyła do muzyki...) Widząc, że na początku mam wiele do nauczenia, łatwo było opuścic tę grupę. Tak jak 95 procent ludzi. Ale ciągle, widziałam tam te 5 procent osób, które tak jak ja, kochały taniec i z uporem maniaka przychodziły tydzień w tydzień. Tak też postanowiłam i muszę przyznac, że w ostatnim tygodniu, tańczyłam do najlepszej choreografii jaką mieliśmy. Była niesłychanie trudna, stojący koło mnie profesjonalny tancerz i jego dziewczyna mówili do siebie: Well, that's my group. But still... don't remember the whole choreo.... Śmiałam się razem z nimi, ale czułam radosc, bo skoro profesjonalni tancerze mówili do siebie: "Co będzie to będzie, nie pamiętam całej choreografii..." - idąc na środek sali, jako kolejna grupa do zatańczenia, ja jako ta nieprofesjonalna tancerka, cieszyłąm się, że nawet jeśli nie tańczę tak dobrze technicznie, bo w końcu uczę się dopiero od półtora roku, to pamiętam całą choreografię. I mimo, że pominęłam jeden krok, bo do skoku "jete" jeszcze nie doszłam, to czuję się jako nieodłączna częsc tej grupy i dawno nie czułam tak wielkiej radości, jak wtedy. Tańcząc "lyrical" i obserwując się w wielkich lustrach zawieszonych na ścianach. :P
Nie tylko nauczyłam się terminologii jazzowej, a przynajmniej tej najbardziej używanej, ale wiem też jak wykonywac różne skoki. Czuję się bogatsza o wiedzę w nowej dziedzinie, w której jeszcze wiele do nauczenia, ale... jak dużo ciekawych rzeczy też wiem. I po prawie pół roku chodzenia na tę grupę uważam, że idzie mi całkiem nieźle, że daje mi to wielką radosc i zachęcam wszystkich do rozwijania pasji. Tych nowych i starych.
Dla wszystkich tych, którzy pytali o to jak wygląda commercial https://www.youtube.com/watch?v=aLZhlAuB6oY&spfreload=10 i  lyrical: https://www.youtube.com/watch?v=s-ctxdDT9DM&spfreload=10

sobota, 9 maja 2015

Komedia omyłek

Szekspirowski tytuł, bo rzecz dzieje się w Anglii. A post, będzie z gatunku lifestylowego.
Chyba najbardziej lubię Londyn w okresie Maj - Sierpień. Kiedy robi się ciepło. I muszę przyznac, że moje ulubione Covent Garden wygląda wtedy jeszcze lepiej, niż zwykle. E. wróciła po 2 tygodniach nieobecności do domu. A ja, siedzę w swoim pokoju, zajadając humus z papryką. Mając w zanadrzu nutellę, którą mam zamiar jesc prosto z opakowania.
Siedziałam na Ealingu, pijąc herbatę. Obserwując ludzi, trudno było nieusłyszec siedzącej obok, dwuletniej dziewczynki, która krzyczała tak, że głośniej się chyba nie dało. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie starsza pani, która podeszła do rodziców dziewczynki, po czym odrzekła z widocznym na twarzy obrzydzeniem: Co za głośne dziecko. Jak będzie taka za kilka lat, to już państwu współczuje.
"Co za kobieta" - pomyślałam. Rodzice dziecka ze spokojem odpowiedzieli jej: "Będzie dobrze. Od tego są rodzice, by opiekowac się dziecmi". Zdziwiło mnie, że odpowiedzieli jej tak miło, lecz gdy kobieta zeszła im z oczu, powiedzieli do siebie: "Zajmij się swoimi dziecmi, małpo". I szczerze mówiąc, przyglądając się tej sytuacji z boku, rozbawiło mnie to do cna, zwłaszcza, że kobieta, spojrzała w moją stroną tuż po wypowiedzeniu zdania o "małpie" rzecz jasna, po czym lekko się zreflektowała. Chwilę później, do ich stolika podeszła miła kelnerka, która dała dziecku czekoladowego lizaka. I sytuacja została opanowana.
Jak widzicie różne podejście do sytuacji i dwie różne osoby.
Zmieniając linię metra trzykrotnie, wylądowałam w końcu w Green Parku, aby finalnie znaleźc się w "pikadelce" i dotrzec na zajęcia z tańca jazzowego. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że następny pociąg miał byc za 3 minuty. Usiadłam więc na ławce, ale po chwili, przysiadł się - określając po akcencie - Irlandczyk, który łgał z żywe oczy, że jest nieanglojęzyczny.
Rozpoczął swą standardową, klasyczną gadkę od "hello", po czym dodał: "Are you the queen of the rings", patrząc na moje dwa pierścionki. Let's guess. That one, you bought for yourself - dodał. Ja na to: Well, you are not good at guessing, then.
I like your trousers - dodał. W odpowiedzi usłyszał: That's leggings - powiedziałam, nieco już znudzona.
Sorry, I am not good at English - powiedział, na co ja zapytał skąd w takim razie jest. I w odpowiedzi, tym razem usłyszałam: Z innej planety. Stwierdziłam, że jest jakimś świrem i wzięłam kolejny pociąg, który był po minucie.
Dotarłam w końcu do mojej szkoły tańca. I pracowaliśmy nad tą samą choreografią, co tydzień wcześniej. Pamiętałam ją, nie przeszkadzało mi to, że większosc z ludzi to profesjonalni tancerze. Chodzę na tę grupę od stycznia, lubię tych ludzi i lubię energię Nino - mojego iście broadway'owskiego nauczyciela. Do momentu, kiedy powiedział: You should be on the front.
Stanęłam więc z przodu, przy lustrach. I dobrze tańczyło mi się do tej choreografii, do chwili, aż mieliśmy, na sam koniec zrobic podwójny, jazzowy piruet i chaine, razy cztery. Ja traktuje te zajęcia jako dobrą zabawę i na szczęście nie muszę brac udziału w wyścigu pozostałych tancerzy, którzy biegają na przesłuchania, po teatrach na West Endzie, szukając pracy i znajomości w tanecznym świecie.
Pod koniec zajęc Nino podsumował je, po czym stwierdził, patrząc na mnie: That was good. But you need to work on your double pirouette.
Nad podwójnym? Jeszcze nie opanowałam pojedyńczego, w szybkie tempie. Wiekszosc ludzi rezygnuje z tej klasy po 2 zajęciach, ja ciągle tam jestem i rzeczywiscie czuje, że mozna się od niego mnóstwo nauczyc, ale też bez przesady. :D
Nino prowadzi mnóstwo "master classes, w całej Europie. Poziom jest bardzo wysoki, ale "double"? To tak, jak gdybym powiedziała komuś, kto zaczał uczyc się grac na fortepianie 5 miesięcy temu, żeby zagrał w tempie walczyk z pierwszej ballady Chopina! Tym bardziej cieszę się, że mogę się uczyc w tej szkole i mam nadzieję, że jako nieprofesjonalistka, ale pełna miłości do tańca, niedługo będą robic nawet poczwórne obroty. Póki co, "single" jest ok. A to, że Nino kazał mi stac w pierwszym rzędzie, to duża satysfakcja.Zaprosił mnie za tydzień na kolejne zajęcia i pracę nad nową choreografią.

środa, 6 maja 2015

Tate Modern, czyli w oparach futuryzmu

W ostatnią niedzielę, tuż przed poniedziałkowy Bank Holiday, a zaraz po dwóch godzinach jazzu - lirycznego i komercyjnego, udałam się do Tate Modern.
To brytyjskie muzeum, znajduje się tuż obok stacji: London Bridge, Southwark bądź Blackfriars. Kiedy wysiądzie się na stacji Blackfriars, przed oczami ukazuje się pełna ulotności, pełna metropolii mozaika, utkana z wysokich budynków, chlupiącej Tamizy i piknikujących ludzi.
To jedna z moich ulubionych części Londynu. Po szybkim zerknięciu na telefon, wyruszyłam w stronę Tate Modern.To zaskakujące jak cała okolica tego muzeum odżyła i stała się tętniącą życia atrakcją, bo jeszcze kilkanaście lat temu, nawet szczury nie chciały tamtędy przechodzic.
Teraz jest to miejsce, gdzie słychac szelest dużych pieniędzy, gdzie businessmani siadając w przydrożnych restauracyjkach, omawiają swoje interesy.
Tate Modern sprawiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Pełne sztuki współczesnej, pełne dziwacznych a zarazem pięknych obrazów. Jak za machnięciem różdżki snujemy się między surrealistyczną wizją malarzy, by chwilę później odetchnąc futurystycznie. Kto z nas nie zna Pop Artu? Albo kubizmu?
Kto z nas nie chciał nigdy zobaczyc na żywo prac A. Warhola?
Na studiach omawialiśmy mnóstwo epok, mnóstwo malarzy, mnóstwo rożnych technik i muszę przyznac, że zawsze bardzo lubiłam o tym słuchac, lubiłam o tym czytac i uwielbiałam Pop Art!
Muzeum to jest idealna zarowno dla pasjonatów sztuki, jak i dla tych, którzy chcą spędzic miło czas. Tate Modern staje się dla mnie numerem jeden, galerii sztuki w Londynie.

poniedziałek, 4 maja 2015

Wembley Arena

Dwa tygodnie temu, udało mi się kupic bilet na koncert polskich artystów, którzy mieli wystąpic na sławetnej Wembley Arena. Kto z nas nie słyszał tej nazwy? 
Niby znam Londyn na wylot, a nigdy nie miałam okazji zobaczyc jak Wembley Arena wygląda w środku. Wprawdzie przechodziłam obok niej kilka razy, ale nigdy nie uczestniczyłam w żadnym wydarzeniu muzycznym, aż do niedzieli, 15 dni temu. 
Top Music, Wembley. Wśród prowadzących m. in. M. Prokop. Stanie w kolejce, zimno - smagające policzki i głośni, podekscytowani kibice, opuszczający Wembley Stadion.
Sama sala, mimo swej legendy i tego, że występowały tam wielkie nazwiska, jest zwyczajna. Wielka, słynna, ale zwyczajna. Niby to inny kaliber, niby nie ma co porównywac, ale pamiętam że gdy weszłam do Royal Opera House albo Royal Albert Hall, to nie mogłam wyjsc ze zdumienia, jak pięknie prezentują się te budynki. Wembley to zupełnie inna kategoria, powinno porównywac się ją do innych sal koncertowych, ale myślałam że wchodząc tam poczuje jakiś ulatniający się w powietrzu aromat "wow", a skończyło się na "jak zwyczajnie". Niemniej jednak przybyło całkiem sporo ludzi, którzy ze zniecierpliwieniem czekali by móc zobaczyc i usłyszec na zywo polskich wykonawców, których zapewne od wielu lat widzieli w telewizji, a tym razem mogli zobaczyc na własne oczy.
Wśród nich: Kamil Bednarek, Sylwia Grzeszczak, Zakopower, Edyta Górniak, Piasek, Margaret, Bracia, Lemon i inni.
Udało mi się dotrzec do pierwszego rzędu, tuż przy barierce i widziec wszystko naprawdę z bliskiej odległości.
Kamil Bednarek, to postac o której słyszałam, ale która nigdy mnie nie interesowała. Wiedziałam, że jest zdolny, że brał udział w Talent Shows, ale jakoś umykał mi w gąszczu innych artystów. Tym razem, miałam okazji usłszec go po raz pierwszy, na żywo. I muszę przyznac, że nie tylko ogromna pasja jaka z niego płynęła, jak i radosc z życia, czy też totalne spełnienie zawodowe udzialało się nie tylko jemu samemu, ale i publiczności. Taka apoteoza młodości, energii i uśmiechu. Ciekawe utwory, zaśpiewał nawet cover - Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, w zupełnie innej wersji i myślę, że zaprezentował się naprawdę dobrze.
Sylwia Grzeszczak, to wokalistka, którą obserwuję od dłuższego czasu. Głównie ze względu na to, że jest absolwentką szkoły muzycznej - fortepian. Z tego co wiem to studiowała na poznańskiej AMuz, choc nie wiem czy ją ukończyła. Dziewczyna, która nie robi wokół siebie zbędnego szumu, a i tak jest na topie. Ubrana elegancko, tworzy muzykę, tworzy melodię. Ma dużą skalę głosu i pięknie gra na fortepianie. Czego chciec więcej? 
Zakopower i Lemon również nieco stonowani, lecz grający dobrą muzykę.
Edyta Górniak, to ogromne zdolności wokalne, nieco niewykorzystane. Występująca przez wiele lat na deskach teatru Buffo, grająca w musicalu Metro. Ta, której wypomina się hymn. Edyta ma wielki głos, jednak na koncercie w Wembley zaśpiewała bardzo zachowawczo, bardzo przeciętnie jak na swoje możliwości i muszę przyznac, że rozczarowująco. Po kimś kto daje występy na taką miarę: https://www.youtube.com/watch?v=X4b8DO-pGPw&spfreload=10 oczekuje się więcej. 
Piasek natomiast śpiewał tak, jak gdybym słuchała go z płyty. A śpiewał na żywo. Piękna barwa głosu. Słyszałam, że jest niski, ale nie przypuszczałam że aż tak ! Telewizja maskuje !